niedziela, 15 maja 2011

Broń biologiczna

W ostatnich 20-30 latach większość wiodących państw świata przeprowadziło zmiany w prawie polegające na odstąpieniu od domniemania niewinności w przypadku przestępstw natury seksualnej. Dodatkowo rozszerzono znacznie katalog seksualnych przestępstw na takie kategorie jak np. molestowanie seksualne, czy tzw. inne czynności seksualne. Rozpętano wreszcie krucjatę antypedofilską, przy czym ściganiem objęto także "posiadanie pornografii dziecięcej", nie precyzując przy tym pojęć: "posiadania", "pornografii" i "dziecięcej". Ponieważ w 99% zmiany te w praktyce były wymierzone w mężczyzn, zostały uznane za "postępowe" i spotkały się z wielkim aplauzem w środowiskach feministycznych.

Ta hałaśliwa zgraja lesbijek nie zrozumiała, że w istocie chodzi tu o rzecz znacznie ważniejszą, niż ich antymęskie fobie i że orędownicy neozamordyzmu dostali narzędzie wymierzone nie tylko w jurnych mężczyzn, ale w całą ludzkość. Odstąpienie od domniemania niewinności powoduje bowiem, iż teraz można oskarżyć każdego bez żadnych dowodów. Wystarczy pomówienie przez osobę przekupioną lub szantażowaną, aby władza raz na zawsze mogła zgnoić niewinnego człowieka w majestacie prawa. W szczególności służby specjalne zyskały niezawodną broń biologiczną pozwalajacą im wyeliminować każdego przeciwnika politycznego.

Antypedofilska hucpa została wymierzona przede wszystkim w Kościół Katolicki, natomiast inne pargrafy stosowane są wybiórczo przeciwko różnym grupom i osobom w zależności od potrzeb. W Polsce ofiarą stał się Stanisław Łyżwiński, w Izraelu prezydent Mosze Kacaw, a w Szwecji oskarżono Juliana Assange'a z Wikileaks o gwałt w następstwie pęknięcia prezerwatywy i "gwałt psychiczny", lecz dopiero wydarzenia z dzisiejszego dnia tj. 15.05.2011 pokazują nam, ze to już naprawdę nie przelewki. W USA zatrzymano pod seksualnymi zarzutami prezesa Międzynarodowego Funduszu Walutowego Dominique'a Strauss-Kahna.

Oficjalne przekaziory każą nam wierzyć, że szef najważniejszej światowej instytucji finansowej wyskoczył jak dzikus nagi z łazienki i rzucił się na przypadkową pokojówkę hotelową. Jak mówią Rosjanie: "Eto, kak jebat' tigra. I smieszno i straszno". Straszne jest to, że na ofiarę wybrano jednego z najpotężniejszych ludzi świata, kohena wywodzącego się w prostej linii od kapłana Aarona , brata Mojżesza , a przy tym jednego z przywódców światowej masonerii. Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. W tym przypadku o pieniądze olbrzymie: biliony, tryliony, a może kwartyliony. Nieszczęsny kohen Dominik Struś nie chciał spełnić rozkazu ludzi jeszcze od niego potężniejszych. Odmówił zrobienia jakiegoś gigantycznego przekrętu finansowego na skalę niespotykaną w dziejach i musiał za to zapłacić. Struś nie zrobił swojego, Struś musiał odejść. Za niego to, co trzeba zrobi ktoś inny i to już niedługo. Oj, będzie się działo!

środa, 4 maja 2011

Chłopcy do przyznawania się

W średniowieczu istniała instytucja chłopców do bicia. Polegała ona na tym, że wynajęci w tym celu chłopcy odbierali lanie w zastępstwie latorośli koronowanych głów, kiedy te nabroiły. W mocno zmienionej formie zwyczaj ten odżył na przełomie XX i XXI wieku, kiedy to pojawiły się osoby zwyczajowo biorące na siebie odpowiedzialność za akty terroru i rozmaite niecne czyny.

Pierwszeństwo historyczne należy przyznać Rosjanom. Wojna w Czeczenii przebiegała dla Rosji w sposób niepomyślny, aż do chwili kiedy nagle zaczęły wybuchać jeden po drugim domy mieszkalne w różnych miastach Rosji, grzebiąc pod sobą dziesiątki mieszkańców. Było to jawne barbarzyństwo, które oburzyło cały świat. Rosyjska i światowa opinia publiczna podejrzewały udział rosyjskich służb specjalnych i osobiście nowego wówczas premiera Władimira Putina do chwili, kiedy do tego obrzydliwego terroryzmu przyznał się czołowy czeczeński rebeliant Szamil Basajew. Nastąpił przełom w wojnie. Putin dostał od świata moralne przyzwolenie na zastosowanie wobec Czeczenów najbrutalniejszych metod i skwapliwie z nich skorzystał. Czeczeni odpowiadali coraz ostrzejszymi aktami terroru. Od niektórych z nich na kilometr śmierdziało co najmniej współudziałem rosyjskiej bezpieki, ale wszystkie wątpliwości rozwiewał Szamil Basajew, przyznając się do ich inspiracji i organizacji. Kiedy już Rosjanie opanowali sytuację w Czeczenii, Basajew przestał być potrzebny i zginął w tajemniczych okolicznościach w wybuchu. Zginął w dosłownym tego słowa znaczeniu, bowiem pozostały po nim przysłowiowy smród i kamaszki.

Ataki terrorystyczne w USA z 11 września 2001 były szokiem dla całego świata. Przez kilka dni chyba wszyscy ludzie na świecie zadawali sobie pytanie, kto za nimi stoi. Pamiętam dyskusje w gronie rodziny i znajomych na ten temat. Padały podejrzenia pod adresem Rosji, Chin, a nawet Izraela. Po kilku dniach Amerykanie ogłosili światu, że winnym zamachów jest Osama bin Laden i Al Kaida, mało znacząca do tej pory islamska organizacja terrorystyczna. Nie przedstawiono żadnych dowodów tego twierdzenia, ale wkrótce przestały być one komukolwiek potrzebne, bo bin Laden przyznał się do wszystkiego. USA zaatakowały matecznik Al Kaidy w Afganistanie, a następnie rozszerzyły teatr wojny z islamskim fundamentalizmem na Irak. Nastąpiły odwetowe akty terroru w Londynie, Madrycie, Bombaju i wielu innych miejscach a brodaty przywódca Al Kaidy konsekwentnie brał je wszystkie na siebie. Do chwili kiedy zginął z rąk amerykańskich komandosów w pakistańskim Abbotabadzie 1 maja 2011.

Podobnie, jak w przypadku Basajewa nasuwają się wątpliwości, czy bin Laden zginął, czy też "zginął". Ciało w pośpiechu podobno wrzucono do morza i tym samym pozbyto się niezbitego dowodu w sprawie. Dlaczego? Pytań bez odpowiedzi jest zresztą o wiele więcej. Jak to możliwe, że bin Laden ukrywał się przez 6 lat pod nosem pakistańskiej armii i wywiadu? Czy rzeczywiście dobrowolnie przez tak długi czas przebywał w swego rodzaju areszcie domowym? A może wcale nie dobrowolnie? Jak się popatrzy na zdjęcia tzw. "fortecy bin Ladena", to od razu nasuwają się skojarzenia z więzieniem.

Osama bin Laden odegrał dla Stanów Zjednoczonych bardzo ważną i pozytywną rolę. Po pierwsze, był żywym dowodem na to, iż do ataków na "miłującą pokój i prawa człowieka awangardę demokracji światowej" może podnieść rękę jedynie zbrodniczy szaleniec otoczony niewielką garstką fanatyków. Po drugie, dał Amerykanom pretekst do rozpętania dwóch zbrodniczych w swej naturze wojen na Bliskim Wschodzie, które pochłonęły miliony ludzkich istnień. Po trzecie wreszcie, dał również pretekst do teoretycznej i praktycznej ofensywy ideologii światowego neozamordyzmu pod pozorem walki z globalnym niebezpieczeństwem terrorystycznym.

Nasuwa się pytanie, dlaczego bin Ladena pozbyto się właśnie teraz. Nie chodzi tutaj wcale o zwiększenie szans Baracka Obamy na reelekcję, bowiem do wyborów pozostało jeszcze półtora roku. Chodzi o to samo, co w przypadku ataku na Irak, a mianowicie o interesy Izraela. Spontaniczna arabska wiosna ludów, która wybuchła w Tunezji, a następnie rozszerzyła się na Egipt i inne kraje zaskoczyła Amerykanów i początkowo przysporzyła im kłopotów. W Bahrajnie, Jemenie i innych krajach sojuszniczych władze wzięły protestujących za mordę, krwawo się z nimi rozprawiając za przyzwoleniem USA. Ale już w Libii Amerykanie zwęszyli okazję do rozprawienia się z Kadafim i militarnie wsparli rebeliantów. Potem apetyt wzrósł w miarę jedzenia i przyszła kolej na Syrię, śmiertelnego wroga Izraela oraz największego sojusznika Palestyńczyków i znienawidzonego Iranu. Agresja na Syrię pod pozorem obrony ludności cywilnej to jest okazja, która może się długo nie powtórzyć. Tylko należałoby wcześniej zamknąć płonący na całej długości front afgański. Oczywiście wcześniej odnosząc spektakularny sukces w postaci zabicia wroga publicznego numer 1.

Zapewne nigdy nie uzyskamy pewności, czy ciało Osamy bin Ladena zniknęło w głębinach Morza Arabskiego, czy też żyje on sobie w luksusowych warunkach pod opieką CIA i FBI. To drugie jest bardziej prawdopodobne i zapewne taka wersja będzie od czasu do czasu rozpowszechniana przy pomocy celowo puszczanych w obieg plotek. Przecież nie można zniechęcać innych kandydatów na chłopców do przyznawania się.

poniedziałek, 21 marca 2011

Homeopatia monetarna

Homeopatia to dział medycyny niekonwencjonalnej, przez większość lekarzy i naukowców uważany za szarlatanerię. Podstawowe założenie homeopatii głosi, że choroby należy zwalczać substancjami wywołującymi w organiźmie ludzkim objawy zbliżone do tych właśnie chorób. Nie ma w tym nic nielogicznego i nawet można zauważyć analogię do działania szczepionek. Gorzej jest niestety z innymi regułami homeopatii. W szczególności z zasadą, która głosi, iż substancja lecznicza rozcieńczona w proporcji 1:1000, 1:1000000 i jeszcze bardziej, nic nie traci ze swoich zbawiennych dla zdrowia właściwości, a wręcz przeciwnie. Im większy stopień rozcieńczenia, tym lekarstwo bardziej skuteczne. Według Wikipedii i innych źródeł jest to sprzeczne z zasadami fizyki. Nie jestem fizykiem, więc nie potwierdzam i nie zaprzeczam. Mogę natomiast stwierdzić niezgodność tejże homeopatycznej reguły z logiką.

Gdzie jak gdzie, ale w ekonomii logika powinna królować. Tymczasem napotykamy tu do rozwikłania problem podobny do tego związanego z homeopatią. Jeżeli w jakimś kraju inflacja wynosi dajmy na to kilkanaście procent rocznie, wobec średniej dla danego regionu lub kontynentu powiedzmy 5%, to logicznym wydawałoby się, iż waluta tego kraju powinna tracić na wartości w stosunku do walut państw sąsiednich. Tymczasem praktyka gospodarcza pokazuje, że jest dokładnie inaczej. Taka waluta nie tylko nie traci, ale zyskuje na wartości w stosunku do innych. Jak to jest możliwe i dlaczego tak się dzieje?

Trzeba zacząć od tego, że w obowiązującym w świecie systemie pieniądza fiducjarnego obowiązuje specyficzna logika, którą nazwałbym logiką krótkoterminowa lub logiką rabunkową. Zgodnie z nią wyższa inflacja oznacza wyższe stopy procentowe w danym kraju. A jeżeli można się spodziewać wyższych stóp, to znaczy, że opłaca się pożyczyć we własnej walucie na 5% i ulokować w walucie oprocentowanej wyżej. Tak właśnie działa kapitał spekulacyjny i dlatego kurs wymiany rośnie na korzyść waluty kraju z wysoką inflacją. Jest oczywiste, że gospodarka tego kraju na tym traci, ponieważ wyprodukowane tam towary stają się mniej konkurencyjne. Spadają wpływy z podatków i aby kraj mógł dalej funkcjonować musi zadłużać się emitując obligacje skarbu państwa. Wpływy z emisji obligacji wchodzą do obiegu i jeszcze bardziej powiększają inflację. Jak w homeopatii mamy tu do czynienia z ciągłym rozcieńczaniem. W tym przypadku z rozcieńczaniem wartości pieniądza, który w kraju jest wart coraz mniej, ale za to za granicą coraz więcej. Czyżby triumf homeopatii?

Teoretycznie wydawałoby się, że taki proces nie może trwać długo, ponieważ wierzyciele stracą zaufanie i przestaną kupować obligacje zadłużonego po uszy kraju. Jednak współcześni macherzy od gospodarki znaleźli na to kilka dobrych sposobów. Jednym z nich są przymusowe fundusze emerytalne (np. nasze OFE). Są one przymusowe podwójnie. Obywatele przymusowo wpłacają do funduszów swoje składki, a fundusze przymusowo kupują obligacje skarbu państwa. Inną metodą jest Quantitative Easing, czyli dodruk pieniądza "na chama", czyli bez zaciągania z tego tytułu żadnych zobowiązań przez państwo. Homeopatia monetarna działa w najlepsze, ponieważ praktycznie prawie cały świat zadłuża się na potęgę i trudno już nawet rzetelnie policzyć, który kraj jest bliższy bankructwa: Japonia czy USA, Grecja czy Islandia, Hiszpania czy Polska.

Interesujące, że kapitał spekulacyjny bierze pod uwagę nie tylko inflację bieżącą, lecz antycypuje także tendencje na przyszłość. Klęska żywiołowa lub inna katastrofa oznacza dla dotkniętego nią kraju konieczność zwiększonych wydatków i przyśpieszonego zadłużania się. A więc skoro tragiczne trzęsienie ziemi dotknęło Japonię, to na giełdach jen japoński... umacnia się na potęgę. Im gorzej, tym lepiej? Ratujcie bracia fizycy, bo logika jest w tym przypadku bezsilna!

Od jakichś trzech dziesięcioleci wiodącym kierunkiem ekonomicznym na świecie jest monetaryzm, "twórcze" rozwinięcie klasycznego keynesizmu. Zgodnie z tą doktryną mocny pieniądz jest podstawą i kamieniem węgielnym zdrowej gospodarki. Monetaryści są oczywiście prorynkowi i za miernik siły pieniądza uważają kursy walutowe ustalone na światowych giełdach. Czego życzą sobie zatem nawzajem premierzy i prezesi banków centralnych, spotykając się np. na corocznym kongresie w Davos? Trzęsienia ziemi i tsunami? Fukushimy i Czarnobyla na raz? Powodzi tysiąclecia i suszy wszechczasów? Plagi szarańczy, dżumy i cholery? Amen.






sobota, 19 marca 2011

Chrabia prezydęt

Oglądając telewizję, człowiek czasami nie wie, czy śmiać się, czy płakać. Stopień kaleczenia polskiej mowy przez osoby publiczne jest przerażający. O ile można by przymknąć oko na błędy językowe sportowców, piosenkarzy i innych celebrytów, o tyle niewybaczalne jest to w przypadku polityków i dziennikarzy. Być może język polski jest za trudny i należałoby go uprościć np. przez zlikwidowanie przypadków, bo w tej dziedzinie błędy są najczęstsze. Coraz większą rzadkością stają się ludzie, którzy czują różnicę pomiędzy dopełniaczem i biernikiem.

Pół biedy jeszcze, kiedy się mówi. Czasami jednak trzeba coś napisać, a wtedy efektem jest zgroza, horror i ohyda, jak w przypadku dwóch karygodnych błędów ortograficznych w jednym zdaniu popełnionych przez pierwszego obywatela RP Bronisława Bul-Komorowskiego ( z innych Komorowskich, niż Bór-Komorowski). Nie wierzę w żadne dysleksje, czy dysortografie. Rażące błędy ortograficzne są wynikiem nie czytania niczego. Ani książek, ani nawet gazet. Mieliśmy już prezydenta RP, który publicznie chwalił się, że w życiu nie przeczytał żadnej książki. Teraz okazuje się, że to nie wyjątek, a reguła. Nie ma różnicy, czy się pochodzi z małorolnych kmiotów, czy jest się hrabią i synem profesora. Oba nieuki, Wałęsa i Komorowski to produkty współczesnej demokracji, podobnie jak Jarosław Kaczyński i reszta ciemnoty zapełniającej większość sejmowych ław i ministerialnych gabinetów.

Aby zostać posłem, senatorem, ministrem, premierem lub prezydentem trzeba najpierw zrobić karierę partyjną, która jest realizowana w oparciu o selekcję negatywną. Wiedza i inteligencja to cechy niepożądane, premiowane są bezczelność, tupet, chamstwo, prymitywne cwaniactwo, lizusostwo i brak jakichkolwiek zasad moralnych. Demokracja parlamentarna w obecnym wydaniu to gwarancja jełopów na najwyższych stanowiskach państwowych, co stwierdzam z bólem i bez żadnej nadziei na przyszłość.

środa, 2 marca 2011

Paragraf 39

Chyba nie ma bardziej nudnej i monotonnej lektury, niż ustawy i rozporządzenia regulujące gospodarkę. Przypuszczam, że nie ma człowieka, który czytałby takie teksty z upodobaniem z własnej i nieprzymuszonej woli. Czasami jednak trzeba je przeczytać z takich, czy innych powodów i coś takiego niedawno mi się przydarzyło. Przeczytałem szereg najważniejszych dokumentów dotyczących spraw gospodarczych w naszym kraju i lektura jednego z nich mną głęboko wstrząsneła. Konkretnie chodzi o paragraf 39 ustawy o obrocie instrumentami finansowymi z dnia 29 lipca 2005 r.

Paragraf 39 dotyczy manipulacji instrumentami finansowymi. Ustęp 1 stanowi, że takowa manipulacja jest zakazana. Ustęp 2 wymienia przykłady rozmaitych łajdactw, stanowiących rzeczoną manipulację w myśl ustawy. Przytoczę tylko kilka najważniejszych:
- składanie zleceń lub zawieranie transakcji wprowadzających w błąd co do rzeczywistego popytu, podaży lub ceny instrumentu finansowego
- składanie zleceń lub zawieranie transakcji powodujących sztuczne ustalanie się ceny jednego lub kilku instrumentów finansowych
- rozpowszechnianie za pomocą środków masowego przekazu fałszywych lub nierzetelnych informacji albo pogłosek, które wprowadzają w błąd w zakresie instrumentów finansowych
- zapewnianie kontroli nad popytem lub podażą instrumentu finansowego z naruszeniem zasad uczciwego obrotu

Do tej pory wszystko jest jasne i O.K. Zobaczcie jednak, co mówi m.in. ustęp 3: "Przepisów ust.2 nie stosuje się do transakcji służących realizacji ustawowych zadań w zakresie polityki pieniężnej lub dewizowej państwa albo zarządzania długiem publicznym, zawieranych przez osoby uprawnione do reprezentowania właściwych organów państwowych lub Narodowego Banku Polskiego, a także przez Europejski System Banków Centralnych". Jak to rozumieć? Ano tak, że mamy manipulacje złe i dobre. Jeżeli manipuluje Kowalski lub Nowak albo firma KRZAK, to jest to naganne i podlega odpowiedzialności karnej. Ale jeżeli manipuluje wyższy urzędnik państwowy (premier, minister, prezes NBP), to jest to uzasadnione i w związku z tym bezkarne. Inaczej paragrafu 39 zrozumieć się nie da.

Trudno o lepszy przykład podwójnej moralności, zwanej u nas także "moralnością Kalego". Pragnienie zapewnienia sobie "blachy na dupę" sprawiło, że w tym przypadku władza gra z nami w otwarte karty. Po lekturze paragrafu 39 powinno być dla każdego jasne, iż jeżeli premier mówi, że polski złoty ma silne fundamenty, to znaczy, że manipuluje, bo jest dokładnie odwrotnie. Jeżeli tenże polski złoty na początku 2011 mocno zwyżkuje w stosunku do innych walut, to znaczy, że prezes NBP w zmowie z ministrem finansów rzucili nagle na rynek 9 mld euro z rezerw państwowych i nie ma to nic wspólnego z kursem kształtowanym przez rzeczywistą podaż i popyt. Jeżeli wysoki urzędnik państwowy twierdzi, że inflacja będzie spadać, to otrzymujesz obywatelu sygnał, że będzie rosnąć. A jeżeli słyszysz o świetlanej przyszłości naszej gospodarki, to możesz to odczytać jako: "Okręt tonie, ratuj się kto może."

wtorek, 21 grudnia 2010

Mieszkaniowe mity

Do napisania tego tekstu skłonił mnie wczorajszy post na blogu Roberta Gwiazdowskiego. Ten ceniony przeze mnie ekonomista tym razem popełnił ewidentnego knota niezgodnego z logiką, za to bardzo spolegliwego w stosunku do tez od lat lansowanych przez lobby deweloperskie. W szczególności pan Gwiazdowski powielił kilka mitów nie mających nic wspólnego z rzeczywistością.

Mit nr 1: W odróżnieniu od Zachodu (USA, Europa Zachodnia) w Polsce popyt na nieruchomości kształtowany jest przez rzeczywiste potrzeby, a nie przez spekulację.

Tak się składa, że od 11 lat mieszkam na osiedlu składającym się z domów jednorodzinnych i wielomieszkaniowych kamienic oddanych do użytku w okresie ostatnich 15 lat. Mogę stwierdzić, że ponad połowa zasobów mieszkaniowych nie jest i nigdy nie była zasiedlona. Domy i mieszkania zostały kupione przez ludzi, których priorytetowym celem był zysk na rosnących cenach nieruchomości. Ich właścicieli można podzielić na 3 grupy:
a) zamożni ludzie mieszkający w Polsce posiadający 2 lub więcej nieruchomości
b) Polacy pracujący za granicą planujący na starość powrót do Polski
c) osoby z zagranicy (na ogól polskiego pochodzenia, chociaż niekoniecznie) nie planujące kiedykolwiek zamieszkania w Polsce
Kupno nieruchomości w Polsce (za gotówkę lub na kredyt) przez cały czas traktowane było jako doskonała inwestycja, na której można dobrze zarobić. Do tego stopnia, że właściciele owych pustostanów nigdy nie byli zainteresowani ich wynajmem. Sytuacja pod tym względem zaczęła się zmieniać dopiero w bieżącym roku.

Mit Nr 2: Ponieważ Polacy traktują zakup nieruchomości jako inwestycję życiową (żeby nie mieszkać z teściową), a nie kapitałową, to rynek hipoteczny w Polsce jest bezpieczniejszy niż na Zachodzie (ze względu na większą motywację do spłacania kredytu).

To już jest kompletna brednia. Inwestor kapitałowy posiadający inne mieszkanie i trochę oszczędności, w razie kryzysu ryzykuje stratą na inwestycji. Natomiast w Polsce (podobnie, jak w USA i w Hiszpanii, ale odmiennie, niż na przykład w Niemczech) banki udzieliły kredytów wielu młodym ludziom nie posiadającym niczego poza lichą pracą i dobrymi chęciami. W razie utraty pracy (co jest bardzo prawdopodobne w perspektywie 30-40 lat spłacania kredytu) taki człowiek staje się niewypłacalnym NINJA i żadna motywacja nie zapobiegnie wylądowaniu pod mostem (z jednoczesną stratą dla banku). Dodatkowy pogarsza sytuację fakt, że duża część kredytów w Polsce została zaciągnięta w walutach obcych. Jak by na to nie patrzeć, rynek hipoteczny w Polsce obciążony jest bardzo dużym ryzykiem.

Mit Nr 3: Kupno mieszkania na kredyt jest znacznie lepszą alternatywą od wynajmu

Przez blisko 10 lat pracowałem i mieszkałem w jednym z krajów zachodniej Europy. Ponieważ traktowałem swój pobyt jako czasowy, wynajmowałem mieszkanie w dużej kamienicy. Rozpiętość dochodów wśród moich sąsiadów była znaczna. Trafiały się samotne matki z trojgiem dzieci żyjące z socjalu, ale z drugiej strony wynajmowali mieszkania także samotni lekarze lub prawnicy. Generalnie spory odsetek społeczeństwa przez całe życie mieszkał w lepszych lub gorszych wynajętych nieruchomościach, czego nikt nie traktował jako ujmy na honorze. W Polsce pozostałości PRL-owskiego myślenia plus propaganda deweloperskiego lobby doprowadziła do powstania swoistej ideologii, w myśl której człowiek mieszkający w wynajętym mieszkaniu to "nieudacznik", a człowiek kupujący mieszkanie na kredyt to "zaradny". Przy tym wynajmowanie mieszkania, to "nabijanie kabzy prywaciarzowi", podczas gdy w zakupie mieszkania na kredyt nie widzi się "nabijania kabzy zagranicznemu bankowi". Wybór pomiędzy wynajmem i zakupem to sprawa indywidualnych priorytetów każdego człowieka, a nie jakiejś poprawności politycznej.

Mit Nr 4: W Polsce perspektywy dla budownictwa są znakomite, ponieważ istnieją duże potrzeby mieszkaniowe wśród ludności.

Tu już nawet trudno polemizować na przyzwoitym poziomie. Jeszcze większe potrzeby są w Czarnej Afryce. No, i co z tego wynika? Gówno, panie Gwiazdowski.

wtorek, 14 grudnia 2010

Pierwsza dekada

11 lat temu cała ludzkość szykowała się na wielkie wydarzenie, jakim miało być wkroczenie w nowe tysiąclecie. Niezgodnie z matematyką, ale zgodnie z emocjami uznano, że rok 2000 to pierwszy rok XXI wieku i nikogo nie przekonywały racjonalne dowody, że właściwie pierwszym dniem trzeciego tysiąclecia będzie dopiero 1 stycznia 2001. Dzisiaj te millenijne emocje opadły i chyba już nikt nie zakwestionuje faktu, że 31 grudnia br. zakończy pierwszą dekadę nowego wieku i tysiąclecia. To dobra pora, aby przeanalizować, co z licznych przed 11 laty przepowiedni i prognoz potwierdziło się, a co można już teraz miedzy bajki włożyć.

Zacznijmy od sytuacji politycznej współczesnego świata. Jest on dość diametralnie różna, od tego co prognozowano. A prognozowano wówczas "koniec historii" i zgodne współżycie narodów świata, strzeżone przez jedno światowe mocarstwo - Stany Zjednoczone Ameryki. Co prawda, niektóre decyzje administracji prezydenta Billa Clintona pod koniec lat 90-tych XX wieku wzbudzały zastrzeżenia opinii publicznej (zbyt jednostronne popieranie Izraela w konflikcie bliskowschodnim, kontrowersyjne bombardowanie Jugosławii), to jednak prawie nikt nie brał na serio możliwości zakwestionowania "Pax Americana" przez najbliższe kilkadziesiąt lat.

Wydarzenia z 11 września 2001 roku stanowiły dla świata szok tym większy, że uderzenie wyszło ze strony, której nikt by nawet nie podejrzewał o takie możliwości techniczne i logistyczne, a mianowicie radykalnych islamistów ucieleśnionych w postaci Al-Kaidy Osamy bin Ladena. Mocarstwo zareagowało jak zraniony lew, z furią atakując prawdziwego lub domniemanego przeciwnika w Afganistanie i Iraku. Rozpętano dwie wojny,w których śmierć poniosły setki tysięcy, jeśli nie miliony ludzi, a które (zwłaszcza ta w Afganistanie) okazały się wojnami nie do wygrania. USA ubrudziły sobie mocno ręce (Abu Ghraib, Guantanamo itp.) i stopniowo straciły sympatię świata. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że za kadencji George'a W. ("Debilju") Busha utraciły cały swój budowany przez dziesięciolecia autorytet moralny, którego nie zdołał odzyskać też jego następca, Barack Obama.

Jednocześnie z politycznym osłabieniem USA ujawniły się nowe siły, które zgłosiły swoje mocarstwowe aspiracje. Olbrzymi sukces gospodarczy Chin zaowocował powstaniem drugiej światowej siły, która w coraz większym stopniu stanowi przeciwwagę dla USA. Na dalszych pozycjach nastąpiły także istotne przetasowania. Kompletnej degrengoladzie uległa Organizacja Narodów Zjednoczonych. Osłabieniu roli Unii Europejskiej i Japonii towarzyszyło częściowe odbudowanie silnej pozycji Rosji, a także powstanie nowych moczrstw regionalnych w postaci Indii i Brazylii. Zwalczany przez USA islamski terroryzm nie tylko nie zniknął, ale wręcz umocnił się w wielu muzułmańskich krajach i środowiskach, chociaż nie zanotował już tak spektakularnych sukcesów, jak atak na World Trade Center.

Należy też zwrócić uwagę na powstanie i systematyczny rozwój bardzo niepokojącego zjawiska, które nazwałbym pełzającym zamordyzmem. Pod wpływem rosnących w siłę służb specjalnych i pod pozorem walki z terroryzmem, narkomanią i pedofilią w coraz większym stopniu dochodzi do systematycznego łamania praw człowieka w krajach formalnie czysto demokratycznych. Na lotniskach i posterunkach policji uczciwi obywatele zmuszani są do poddawania się upokarzającym procedurom, w coraz większym stopniu stosuje się podsłuchy, pojawiają się kolejne działania władz godzące w wolność słowa, zwłaszcza w internecie. Walka z przestępstwami natury seksualnej stała się wygodną przykrywką do zwalczania przeciwników politycznych. Państwowa kontrola mediów stwarza warunki do rozprzestrzeniania się modelu demokracji totalitarnej ewentualnie totalitaryzmu demokratycznego, abstrahując od pozornej absurdalności tych określeń.

Millenijne prognozy gospodarcze były również optymistyczne. Zakładano przedłużenie na czas nieokreślony wspaniałej koniunktury lata 90-tych. Założenie te zostały rychło skorygowane przez kryzys tzw. nowych technologii w połowie roku 2000, a następnie załamanie gospodarcze towarzyszące zamachom z 11.09.2001. Chcąc przeciwdziałac grożącej recesji, banki centralne wiodących państw świata zareagowały wówczas obniżeniem stóp procentowych poniżej poziomu inflacji, co z kolei doprowadziło do powstawania na wielką skalę kolejnych baniek spekulacycjnych na rynkach kapitałowych i surowcowych. Pęknięcie balona na cenach nieruchomości w USA było bezpośrednią przyczyną potężnego kryzysu jesienią 2008. Został on pozornie zażegnany poprzez wsparcie na nigdy niespotykaną skalę zagrożonego sektora finansowego zastrzykiem sztucznie wykreowanego przez banki centralne pieniądza. Wielu ekonomistów uważa, że ta metoda nie tyle zlikwidowała zarzewie potężnej recesji, co odsunęła ją w czasie za cenę nieuchronnej światowej hiperinflacji.

Jednocześnie zadłużenie większości państw świata sięgnęło poziomów spotykanych dotychczas jedynie w czasach długotrwałych wyniszczajacych wojen. Kolejne kraje stają się faktycznymi bankrutami (Islandia, kraje bałtyckie, Grecja, Irlandia) sztucznie reanimowanymi przy pomocy instytucji międzynarodowych (Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Unia Europejska). Wdrożone w wielu krajach programy oszczędnościowe są kompletnie niewystarczające w stosunku do potrzeb. Najbardziej zagrożone są sytemy emerytalne i publicznej ochrony zdrowia. Widmo światowej katastrofy ekonomicznej jest bliższe rzeczywistości, niz kiedykolwiek wczesniej od czasów II Wojny Światowej.

Stosunkowo najmniej zmieniło się w pierwszej dekadzie XXI wieku w sferze wiary i ideologii. Śmierć papieża Jana Pawła II osłabiła katolicyzm i pogłębiła światowy kryzys religii i religijności. W skali świata dominują bezideowość i bezmyślny konsumpcjonizm nastawiony na "tu i teraz". Człowiek coraz bardziej psychicznie upodabnia się do bydlęcia. Pytania o początek istnienia, sens życia i nieśmiertelność stają się dla większości mało istotne wobec wyboru kolejnego nachalnie lansowanego przez media gadżetu. Sprawy ostateczne i przykre zostały ukryte przed okiem ludzkim za wysokimi płotami i grubymi murami szpitali i hospicjów, a uniwersalnym środkiem na problemy materialne stał się kredyt. Zaciagany bez umiaru przez państwa, samorządy i pojedyńczych przedstawicieli naszego gatunku. Dla jego odmiany z początków XXI wieku przyszli naukowcy być może przyjmą określenie "Homo debeticus", czyli człowiek zadłużony, dla którego kredyt jest równie niezbędny do życia, jak woda i powietrze.

środa, 8 grudnia 2010

Wałach trojański

Kilka lat temu ktoś nazwał Polskę osłem trojańskim USA w Europie. Nie ma się co obrażać, bowiem to określenie było ( i nadal jest) bardzo słuszne. Nasi, pożal się Boże, politycy różnych opcji rzeczywiście zachowują się wobec Stanów Zjednoczonych, jak wierne i usłużne przydupasy, liczące na to, iż za pokorną postawę spadnie im jakaś kość z pańskiego stołu. Niestety, ta uniżona służalczość zupełnie nie popłaca. Za czynne popieranie amerykańskich zamorskich awantur w Iraku i Afganistanie Polska nie otrzymała kompletnie nic. Nawet wiz do USA nie zniesiono. Mało tego, zapewne przyjdzie nam przeżyć jeszcze większe upokorzenie, kiedy owe wizy zostaną zniesione dla obywateli Rosji, bo na to się zanosi.

No, ale na tym dosyć o Polsce. W związku z międzynarodową nagonką na twórcę i szefa Wikileaks Juliana Assange'a przyszło mi bowiem do głowy, że Amerykanie mają na europejskim kontynencie jeszcze jednego wiernego sojusznika. Tym razem nie na polu polityki, ale w dziedzinie poprawności politycznej. Jest nim Szwecja. Skoro Polska jest osłem, to nasz skandynawski sąsiad zza wielkiej bałtyckiej kałuży niewątpliwie zasłuzył sobie na miano wałacha. Wałacha trojańskiego USAw Europie.

Julian Assange jest ścigany bynajmniej nie za działalność na szkodę USA, ale za gwałt i molestowanie seksualne, co doskonale wplata się w dzisiejszą modę "made in USA" ścigania po całym świecie "pedofilów" i innych "szowinistycznych męskich świń". Szwedzka prokuratura wystawiła za Assange'em międzynarodowy list gończy w oparciu o zeznania dwóch pań, które mniej więcej w jednym czasie miały z nim łóżkową okoliczność. Dzisiaj do mediów przenikły pikantne szczegóły. Jedna ze Szwedek oskarżyła Julka o to, że w trakcie stosunku doszlo do peknięcia prezerwatywy. Druga natomiast zarzuciła mu "gwałt psychiczny". I smieszno i straszno, jak mawiają Rosjanie. Trzeba doprowadzić poprawność seksualną do absurdu, by ścigać mężczyznę za coś takiego. Ale tak właśnie jest w USA i w Szwecji, przy czym nie ma już tutaj większego znaczenia, czy obie panie udały się do prokuratury powodowane zazdrością, czy też zostały odpowiednio zmotywowane przez CIA.

Już dość dawno odkryłem, że o charakterze kraju i zamieszkującego go narodu doskonale świadczą ograniczenia prędkości w poruszaniu się na drogach, a także sposób, w jaki ludzie się do tych ograniczeń odnoszą. Generalnie im większy zamordyzm, tym niższa dopuszczalna prędkość maksymalna w terenie niezabudowanym. W Szwecji na większości dróg obowiązuje ograniczenie do 70 km/h, a kierowcy na ogół poruszają się z prędkością o 10 km/h niższą. Przekonanie, że władza zawsze wie lepiej? Mentalność muła? Raczej wałacha.

W USA dopuszczalne prędkości na drogach też należą do najniższych na świecie, a kary za ich przekroczenie są drakońskie. Na tym jednak nie kończą się podobieństwa pomiędzy obydwoma krajami. Zarówno w USA, jak i w Szwecji prawie wszystkie zakupy odbywają się przy użyciu kart kredytowych, a na człowieka płacącego gotówką patrzy się, jak na złodzieja, który zapewne przed chwilą obrabował bank. W Szwecji zresztą mocno zaawansowany był pomysł kompletnego zniesienia obrotu gotówkowego i chyba tylko ze względu na kryzys ekonomiczny władza czasowo od niego odstąpiła. W USA i Szwecji państwo wpierdala się (przepraszam za wulgaryzm, ale uważam go za niezbędny) we wszystko i z buciorami włazi nawet w życie prywatne. Zakazana jest prostytucja (w Szwecji i wielu stanach USA), przy czym ścigana i karana jest nie prostytutka, tylko mężczyzna chcący skorzystać z jej usług. Państwo szwedzkie uzurpowało sobie nawet prawo do karania swoich obywateli za takie czyny popełnione w innych krajach (na przykład przez turystów, czy marynarzy), ale na szczęście spotkało się z odmowa współpracy ze strony pozostałych państw Europy.

Większość krajów Europy ciągle opiera się przyjęciu szwedzko-amerykańskiego modelu życia. To znaczy takiego, w którym państwo ogranicza i kontroluje obywatela, który z kolei powinien wykazywać sie do tegoż państwa ( a także banków) maksymalnym zaufaniem i posłuszeństwem. Jest w Europie kraj, w którym na pustej autostradzie można sobie jechać autem nawet 270 km/h bez narażania się na etykietę "pirata drogowego". W którym można pójść do burdelu bez obaw o jakiekolwiek sankcje karne, czy nawet ostracyzm otoczenia. W którym w stanie nietrzeźwym można sobie swobodnie pośpiewać lub pokrzyczeć na temat zalet ojczyzny i ukochanego klubu piłkarskiego. Na przykład tak: Deutsche Huren, deutsches Bier, Schalke Null Vier!

sobota, 23 października 2010

Jaś i Małgosia

Kiedyś chciałem zostać dramatopisarzem, ale zawsze brakowało mi chęci, weny lub zapału. Aż do wczoraj. Postanowiłem spróbować swych sił w tej dziedzinie po przeczytaniu informacji o nowym sukcesie naszych dzielnych służb wymiaru sprawiedliwości. Złapali pedofila. I to jakiego! Artysta malarz po ASP rozpowszechniał w internecie własnoręcznie malowane obrazy o treści pedofilskiej. Jakby tego było mało, zbrodniarz zachęcał do ich kupna wierszykiem o pedofilskiej tematyce.

JAŚ I MAŁGOSIA
dramat w 1 akcie z pedofilią w tle

Miejsce akcji: sala sądowa podczas rozprawy przy drzwiach zamkniętych

Osoby:

1. Jan, prokurator, kawaler w wieku lat trzydziestu kilku z wyglądu podobny do Zbigniewa Ziobry

2. Małgorzata, sędzina, czterokrotna rozwódka
w wieku lat 38,5 , blondynka o bujnych kształtach

3. Pedofil, wiek i wygląd nieistotny


J: - Wysoki Sądzie! Oskarżony dopuścił się czynów zasługujących na najsurowszą karę. Zacznę od dowodu rzeczowego numer 1. Jest to namalowany własnoręcznie przez oskarżonego obraz przedstawiający nagą dziewczynkę lat około 12. - (wręcza obraz Małgorzacie)

M: - Oskarżony, kim jest osoba przedstawiona na tym obrazie i ile ma lat? -

P: - Taka osoba nie istnieje. Malowałem z wyobraźni. -

J: - Tym gorzej dla oskarżonego. To dowodzi, że ma chorą wyobraźnię. Ten obraz to ponad wszelką wątpliwość pornografia dziecięca. Świadczy o tym fakt, że pokazane są organy płciowe dziewczynki. -

P: - Protestuję. Tam nie ma żadnych organów płciowych. -

M: (zakładając okulary i przyglądając się obrazowi) - Ja też nie widzę organów. Co pan na to, panie prokuratorze? -

J: - Eee... Ponieważ dziewczynki w przeciwieństwie do chłopców nie mają organów płciowych, a więc skoro ich nie ma, to znaczy, że są. -

M: - Dziewczynki nie mają organów płciowych? Czy widział pan kiedyś nagą dziewczynkę, panie prokuratorze? -

J: - Broń Boże! Nie jestem pedofilem. -

M: - A nagą kobietę? -

J: (czerwieniąc się) - No, tak się złożyło, że też nie.

M: - A więc niech pan sobie zapamięta. Kobiety mają organy płciowe i są z nich dumne. Na tym obrazie ich nie widać, bo dziewczynka ma założoną nogę na nogę. Oskarżony, czy przedstawiona na obrazie osoba jest nieletnia, czy dorosła? -

P: - Oczywiście dorosła, Wysoki Sądzie! -

M: - To dlaczego nie ma owłosienia łonowego? -

P: - Bo jest chora na białaczkę i leczona chemioterapią. -

M: - To dlaczego ma włosy na głowie. -

P: - To peruka. -

M: - Na górze ma perukę, a na dole nie ma peruki? Coś kręcicie, oskarżony. Ile, waszym zdaniem lat ma osoba przedstawiona na obrazie? -

P: - Trzydzieści osiem i pół. -

M: (z oburzeniem) - Trzydzieści osiem i pół? Ja wam pokażę, jak wygląda kobieta w wieku trzydziestu ośmiu i pół roku. (Wstaje i bierze w dłonie swój obfity biust, a następnie nim potrząsa). Dlaczego osoba na obrazie nie ma biustu? -

P: - Niektóre kobiety tak mają, Wysoki Sądzie. Na przykład biegaczki na długich dystansach. Albo gimnastyczki .. -

M: - Co wy mi tutaj zawracacie głowę jakimiś sportowymi pierdołami, oskarżony? To wy już nie macie kogo malować, tylko gimnastyczki chore na białaczkę? Jak by nie było na tym świecie zdrowych kobiet? -

P: - Chętnie panią namaluję, Wysoki Sądzie. Z wyobraźni. -

M: - Dlaczego z wyobraźni? Ja mogę przecież pozować. Pogadamy o tym po rozprawie. Poproszę o następne dowody, panie prokuratorze. -

J: - Oto dowód rzeczowy numer 2, który dobitnie potwierdzi pedofilskie skłonności oskarżonego. Ten obraz przedstawia dojrzałą, nawet bardzo dojrzałą nagą kobietę, która swoimi szponami... to jest chciałem powiedzieć rękami manipuluje przy genitaliach nagiego chłopca w wieku lat około 8. (wręcza obraz Małgorzacie)

M: (przyglądając się obrazowi) - Co wy na to, oskarżony? Chyba nie chcecie nam wmówić, że to też malowane z wyobraźni? Tę panią na obrazie to ja przecież gdzieś widziałam w telewizji. Czy to jest pani minister od edukacji? -

P: - Nie, to Baba Jaga, Wysoki Sądzie.-

M: (lekko skonfundowana) - Mniejsza o kobietę. Ile lat ma chłopiec? -

P: - To dorosły mężczyzna. -

M: - To dlaczego jest taki mały? -

P: - On się wydaje mały, bo Baba Jaga ma dwa i pół metra. Tak naprawdę, to on jest wzrostu pana prokuratora. -

J: - Ja sobie wypraszam. Mam 166, 5 cm i jestem średniego wzrostu. -

M: - Cicho, kurduplu! Nie wtrącaj się. Słuchajcie no, oskarżony. Jak mi wytłumaczycie fakt, że dorosły mężczyzna ma tak małego penisa? Z literatury fachowej i z własnego doświadczenia wiem, że niscy mężczyźni bywają hojnie obdarzeni przez naturę. Nawet mój pierwszy mąż, który miał najkrótszego w całym akademiku, miał trochę dłuższego, niż ten tutaj, na obrazku. Chyba już się nie wykręcicie od pedofilii. -

P: - Ja wszystko wyjaśnię, Wysoki Sądzie. Chciałem mu namalować dłuższego, ale właśnie skończyła mi się farba. A następnego dnia rano przyszła policja, więc już nie zdążyłem. -

M: - Tak, to brzmi przekonująco. Czy są jeszcze inne dowody rzeczowe? -

J: - Mam jeszcze wierszyk o pedofilskiej treści autorstwa oskarżonego. -

M: - Niech pan przeczyta. -

J: (czerwieniąc się) - Ale to są takie świństwa. Ja nie mogę. To mi nie przejdzie przez usta. -

M: - Dorosły mężczyzna, a taki wstydliwy. Jak pan ma na imię? -

J: (zaskoczony pytaniem): Ja? Ja..n. Dla przyjaciół Janek. -

M: - No więc niech pan czyta, panie Janku. W końcu nie ma tutaj dzieci, tylko sami dorośli. -

J: (spocony i zdenerwowany) - No, dobrze. Przeczytam. (zaczyna czytać)
"Tam na łące, tam przy szosie
Jaś pierdolił fest Małgosię."
Dalej nie mogę. Wstydzę się. -

M: (wsadzając sobie rękę pod spódnicę) - No, pierdol Jasiu, to jest chciałam powiedzieć, czytaj dalej. -

J: (płacząc) - Nie mogę. Naprawdę nie mogę. -

M: (uderza młotkiem w stół) - Zarządzam przerwę w rozprawie. Niech oskarżenie stawi się w moim gabinecie za 5 minut. Albo nie. Natychmiast!


czwartek, 21 października 2010

Imperia umierają stojąc.

Według określenia z Wikipedii imperium to wielkie państwo władające ogromnym terytorium, najczęściej powstałe drogą podbojów. Myślę, że należałoby dodać do tej definicji także frazę :"istniejące w tym kształcie i charakterze przez minimum 100 lat". W historii mamy bowiem dziesiątki przykładów efemerycznych potęg, które pomimo pozorów wielkości ulegały dezintegracji, zanim zdołały odegrać jakąś znaczącą rolę. Nie mam zamiaru analizować imperiów starożytnych i średniowiecznych, lecz skupić się na ostatnich 500 latach historii, po to by znaleźć pewne wspólne cechy mocarstw imperialnych i na tej podstawie spróbować odgadnąć, co niesie nam przyszłość. Wydaje mi się, że zawężone przeze mnie kryterium imperialności spełniało w tym okresie 5 państw: 2 europejskie tj. Hiszpania i Wielka Brytania, 2 euroazjatyckie tj. Turcja i Rosja i 1 pozaeuropejskie czyli Stany Zjednoczone Ameryki.

Lata 1500 -1900 to bezsprzeczna dominacja Europy w świecie. Nie ma więc nic dziwnego, że wśród imperiów przodują kraje tego kontynentu. Zastanawiające jest coś innego. Kiedy spojrzymy na mapę, zauważymy, że do największej potęgi doszły kraje położone nie w centrum, lecz na obrzeżach Europy. Graniczące na dużej długości z morzem, bezkresną tajgą, stepem lub pustynią, a przez to znacznie mniej narażone na napaść niż państwa otoczone wokół przez mniej lub bardziej życzliwych sąsiadów. Ponieważ powyższe spostrzeżenie dotyczy również USA, chyba można przyjąć, że pierwsza wspólna cecha imperiów polega na korzystnym (czyli zewnętrznym w stosunku do innych) położeniu geograficznym.

Śledząc historię, można zauważyć dalsze wspólne prawidłowości. Pierwszym etapem tworzenia imperium było pokonanie państw sąsiedzkich i zdobycie pozycji mocarstwa regionalnego. W przypadku Turcji była to likwidacja Bizancjum, w przypadku Rosji - pokonanie Rzeczpospolitej i Szwecji, w przypadku Hiszpanii - rekonkwista i wyparcie z Europy Arabów, w przypadku Wielkiej Brytanii - zwycięskie wojny z Francją i Holandią, wreszcie w przypadku USA - pokonanie i zdominowanie Meksyku. W następnym etapie zaprawione w boju, zwycięskie armie (w przypadku W. Brytanii głównie flota) ruszały na podbój dalszych terytoriów, coraz bardziej powiększając granice danego państwa (lub strefy wpływów). Warto też zauważyć, że w okresie dynamicznego wzrostu terytorialnego prawie wszystkie z wymienionych państw charakteryzowały się na tle innych zaawansowaniem cywilizacyjnym i sprawną administracją. Zarówno Turcja i Hiszpania w XVI wieku, jak W.Brytania w XVIII i XIX wieku, czy wreszcie Stany Zjednoczone w wieku XX wyprzedzały pod tym względem większość innych państw. Pewnym wyjątkiem jest tylko Rosja, której udało się zbudować imperialną pozycję pomimo cywilizacyjnego i ekonomicznego zacofania. Tak więc droga imperiów wiodła na ogół od potęgi gospodarczej do politycznej i wojskowej.

Również analizując okresy schyłkowe imperiów można dopatrzyć się pewnych norm. Z reguły i tutaj porażki na polu gospodarczym wyprzedzały klęski na polach bitew. Turcja i Hiszpania ewidentnie przegapiły rozwój gospodarczy wykreowany przez miasta i burżuazję. Pozostały ostojami feudalizmu, podczas gdy konkurenci czerpali już pełnymi garściami z dorobku i owoców kapitalizmu. Zacofanie gospodarcze przełożyło się na zacofanie techniczne i zwycięskie niegdyś armie i floty zaczęły przegrywać z rywalami. Hiszpania z Anglia i Francją, a Turcja z Austrią i Rosją. Młodsze imperia wyrosły na gruzach starszych. Wielka Brytania zajęła miejsce Hiszpanii na zachodzie Europy, Rosja zastąpiła Turcję w roli mocarstwa położonego na styku Europy i Azji.

Trochę inny jest przypadek Wielkiej Brytanii. W wieku XIX była ona wiodącą potęga gospodarczą, lecz z powodów natury geograficznej i demograficznej pod koniec tego stulecia zaczęła przegrywać ekonomicznie z dwoma nowymi mocarstwami tj. USA i Niemcami. Błąd Brytyjczyków polegał na nie wyeliminowaniu tych rywali w stosownym momencie (USA w czasie wojny secesyjnej, a Niemiec w przededniu zjednoczenia). Upatrujący tradycyjnie głównych rywali w Francuzach i Rosjanach, nie dostrzegli w porę zagrożenia ze strony zupełnie nowych współzawodników aspirujących do przejęcia władzy nad światem. W efekcie zostali zmuszeni najpierw do przymusowego uczestnictwa w największym wyścigu zbrojeń w historii, a następnie w dwóch wojnach światowych. Pozornie zwycięskie Imperium Brytyjskie wykrwawiło się w nich na śmierć i utraciło swą mocarstwowość w tempie szybszym, niż niegdyś Turcja, czy Hiszpania.

Losy Imperium Rosyjskiego potoczyły się jeszcze bardziej odmiennie. Wyjątkowo korzystne położenie geograficzne (od XVI wieku kompletny brak jakiegokolwiek rywala na wschodzie) sprawiło, że Rosja osiągnęła i utrzymywała przez dwa wieki mocarstwową pozycję pomimo poważnych mankamentów natury gospodarczej, społecznej i cywilizacyjnej. Dopiero nieuniknione w XIX wieku szersze otwarcie na świat doprowadziło do tego, iż zaczęła ona ewidentnie przegrywać rywalizację z innymi. Najpierw na polu gospodarczym, a potem także wojskowym (wojna krymska, wojna z Japonią, I Wojna Światowa). Zainicjowana w krytycznym momencie i przeprowadzona przez komunistów ucieczka w kierunku izolacjonizmu, zamordyzmu i społeczno-gospodarczego eksperymentu przyniosła w efekcie przedłużenie trwania imperium (w postaci ZSRR) o 70 lat. ZSRR odniósł wiele spektakularnych sukcesów (zwycięstwo w II Wojnie Światowej, loty w kosmos) zanim ostatecznie wyczerpał swe rozwojowe możliwości. Dzisiejszą Rosję, pomimo potęgi militarnej, można i trzeba postrzegać w kategoriach imperium schyłkowego.

Zanim przejdziemy do analizy imperium amerykańskiego, warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną wspólną cechę charakterystyczną dla wszystkich wymienionych tu mocarstw. Otóż armia i administracja ( a także przemysł zbrojeniowy), które w okresie rozwojowym imperiów były motorem napędowym, w okresie schyłkowym stawały się kula u nogi gospodarki i źródłem destrukcji. Tak było w Turcji (bunty janczarów, korupcja wielkich wezyrów), Wielkiej Brytanii (nadmiernie rozbudowana przed I Wojną Światową, a następnie bezproduktywnie pocięta na złom Royal Navy) i Rosji (rewolucja 1917 wywołana przez niezadowolonych żołnierzy, zabójcze dla gospodarki ZSRR koszty wyścigu zbrojeń z USA w latach 70-tych i 80-tych XX wieku).

Wychodząc z podanej na wstępie definicji, mamy obecnie na świecie jedno imperium w fazie schyłkowej (Rosja), jedno państwo aspirujące do tej roli (Chiny) i jedno imperium z prawdziwego zdarzenia (USA). Imperialną pozycję osiągnęły Stany Zjednoczone pod koniec XIX wieku, przy czym za przełomowy moment można uznać zwycięską wojnę z Hiszpanią (1898). Ugruntowanie tej pozycji przyniosły obie wojny światowe, po czym nastąpił trwający blisko pół wieku okres rywalizacji z ZSRR o prymat na świecie. USA wyszły z tej rywalizacji zwycięsko i można było spodziewać się ich długotrwałej dominacji. Dość niespodziewanie ich pozycja uległa jednak gwałtownemu zachwianiu i pojawiły się pierwsze objawy świadczące o początkach utraty imperialnej roli. Przyczyniły sie do tego rażące błędy Amerykanów zarówno natury politycznej, jak i ekonomicznej. W sferze politycznej największym błędem było i jest jednostronne i dalekie od wszelkiego obiektywizmu popieranie Izraela w konflikcie bliskowschodnim. Efektem takiego bezkrytycznego działania jest totalna konflikt ze światem islamu i uwikłanie się w przewlekłe i kosztowne wojny w Iraku i Afganistanie. W dziedzinie ekonomii opłakane dla USA skutki przyniosła lansowana przez nie globalizacja, która doprowadziła do ewidentnie przegranej konkurencji gospodarczej z Chinami i kilkoma innymi mniejszymi krajami Azji. Dzisiaj Stany Zjednoczone stoją w obliczu potężnego kryzysu gospodarczego, a jednocześnie utraciły w świecie jakikolwiek autorytet moralny. Strefa wpływów USA radykalnie się skurczyła. Wypadła z niej większość krajów Ameryki Łacińskiej, Afryki i Azji Południowo-Wschodniej. Osłabieniu uległy wpływy amerykańskie w Europie i na Bliskim Wschodzie. Rola światowego żandarma okazała się niewdzięczna i bardzo kosztowna.

Sukces gospodarczy Chin pozwolił im na odgrywanie większej roli także w światowej polityce. Chiny jeszcze nie są imperium, ale są już mocarstwem coraz bardziej wpływjącym na losy świata. Sprzeczność interesów pomiędzy Chinami a USA stale rośnie, co musi doprowadzić do otwartej walki o światowy prymat. Czy będzie to walka jedynie na płaszczyźnie gospodarczej, czy też dojdzie pomiedzy tymi państwami do konfrontacji militarnej? Sądzę, że podobnie jak to było w przypadku rywalizacji amerykańsko-sowieckiej, obydwie potęgi wybiorą wariant unikania ostatecznego starcia i wojowania cudzymi rękoma (np. na Bliskim Wschodzie) Sadzę też, że zwycięzcą rywalizacji zostaną Chiny, gdyż historia uczy nas, iż następstwem prymatu ekonomicznego jest prymat polityczny i militarny.

Nie znaczy to, że Stany Zjednoczone z dnia na dzień stracą swą imperialną rolę. Przykłady czterech poprzednich imperiów (Turcja, Hiszpania, Wielka Brytania, Rosja) wskazują, iż imperia nie ulegają zagładzie w sposób nagły i gwałtowny. Nie giną dramatycznie w wyniku rewolucji lub przegranej wojny, lecz powoli tracą siły, stopniowo oddając władzę młodszym i zaradniejszym konkurentom. Imperia nie upadają z hukiem. One umierają stojąc, tak jak drzewa.