sobota, 2 października 2010

Pozostanie po nas lastriko

Podobnie, jak przed 80 laty mamy obecnie na świecie dwie całkowicie odmienne metody walki z kryzysem gospodarczym. Bardziej niekonwencjonalna jest metoda amerykańska, którą można by porównać do gaszenia pożaru benzyną. A więc zero oszczędności i pompowanie państwowych pieniędzy szerokim strumieniem do wszystkich potrzebujących. Pieniędzy świeżo pożyczonych lub świeżo dodrukowanych, jako że innych do dyspozycji nie ma. Przypomina to trochę New Deal Franklina Delano Roosevelta z lat 30-tych XX wieku, a także politykę gospodarczą Adolfa Hitlera. Jak wiemy, Niemcy wyszli na hitleryzmie fatalnie, podobnie jak (nie ze swojej winy) większość Europy. Natomiast Stany Zjednoczone za Roosevelta dokonały dynamicznego skoku naprzód i umocniły zdecydowanie swój prymat gospodarczy w świecie. Śmiem jednak twierdzić, że większa w tym zasługa wodza III Rzeszy (i zainicjowanego jego agresywną polityką ciągu wydarzeń), niż prezydenta USA i jego ekonomicznych doradców.

Metoda europejska jest bardziej tradycyjna i opiera się na zaciskaniu pasa w obliczu deficytów budżetowych i lawinowo rosnących długów publicznych. Na razie pas zaciskany jest głównie w sferze werbalnej, przy czym jak Europa długa i szeroka trwają spory, komu i ile zacisnąć. Jak dowodzi chociażby niedawna dyskusja premiera Donalda Tuska z redaktorem Tomaszem Lisem, każdy chętnie widzi się w roli zaciskającego cudzy pas, natomiast nikomu nie jest miła perspektywa poddania tej procedurze własnego tułowia. Pomimo dużego oporu związków zawodowych, od Hiszpanii po Ukrainę i od Wielkiej Brytanii po Grecję trwają wielkie przymiarki rządów poszczególnych państw do wprowadzenia w życie planów oszczędnościowych mających skutkować uzdrowieniem finansów publicznych.

Na tle innych krajów sytuacja Polski pozornie wygląda nie najgorzej. Deficyt budżetowy na poziomie 4% PKB i dług publiczny sięgający 55% PKB to znacznie poniżej średniej Unii Europejskiej i całej Europy. Jednak kiedy "wymiecie się śmieci spod dywanu", obydwa wymienione wskaźniki dramatycznie rosną. Przyjrzyjmy się więc dokładniej, jakie nasz kraj ma szanse na naprawę finansów publicznych i zastanówmy się, jakie skutki mogą przynieść rozważane przez polityków i media przedsięwzięcia oszczędnościowe.

Patrząc od strony dochodów Skarbu Państwa, nieunikniona i konieczna wydaje się podwyżka podatków. Na razie rząd Donalda Tuska zapowiedział podwyżkę VAT-u do 23%. W połączeniu z tradycyjnymi corocznymi podwyżkami gazu, prądu i wody będzie to dla społeczeństwa bolesne uderzenie. A przecież podwyżka VAT-u o 1 punkt procentowy to kropla w morzu potrzeb budżetu. Zapewne więc czekają nas w następnych latach kolejne podwyżki nie tylko VAT-u, ale i podatku dochodowego ewentualnie likwidacja ulg w tymże podatku (na dzieci, na internet). Nie trzeba być ekonomistą, żeby dostrzec, iż nie tędy droga. Przecież mniej pieniędzy w rękach obywateli musi skutkować zmniejszeniem popytu wewnętrznego. Na wzrost eksportu też nie ma co liczyć, ponieważ prezes NBP Marek Belka jest zwolennikiem działań na rzecz umacniania kursu złotego jako remedium na inflacyjne skutki podwyżki VAT-u. Logicznym następstwem wydają się więc wzrost bezrobocia i spadek PKB. No, ale premier Tusk i minister Rostowski prognozują wzrost PKB o 3,5 % w 2011 i jeszcze większy w kolejnych latach. Czyżby panowie byli "na proszkach", a może nawet "na dopalaczach"?

Logiczną alternatywą dla wzrostu dochodów budżetu jest spadek wydatków. Jednym z najbardziej chwytliwych medialnie postulatów jest szukanie oszczędności poprzez "zniesienie przywilejów emerytalnych". Niestety, jest to hasło nie mające żadnych szans na realizację. Komu można było, temu przywileje emerytalne odebrano już dawno, jak np. matkom wychowującym niepełnosprawne dzieci. Górnicy i służby mundurowe mają niepodważalne argumenty w postaci praw nabytych i jeszcze lepsze w postaci kilofów ewentualnie broni palnej i gazu łzawiącego. Jakoś nie wyobrażam sobie żadnego z polskich polityków na wzór prezydenta Ekwadoru walczącego wręcz w masce gazowej na twarzy przeciwko zbuntowanym policjantom.

Inną opcją jest podniesienie wieku emerytalnego, do czego przymierza się wiele europejskich państw. Ma to pewien sens w krajach, w których ten wiek wynosi obecnie 55-58 lat, a bezrobocie jest niewielkie. W naszych warunkach przymusowa praca niedomagających zdrowotnie staruszków wyrządzi jedynie krzywdę rzeszy bezrobotnej młodzieży, a efekt ekonomiczny będzie więcej niż wątpliwy. Chyba już lepiej płacić emerytury starym, niż zasiłki dla bezrobotnych młodym.

Pozostaje oszczędność o której rządzący czasami przebąkują półgębkiem, a która dla przeciętnego obywatela jest najbardziej oczywista. Chodzi o zmniejszenie administracji, która na przestrzeni ostatnich 20 lat rozrosła się ze 190 tys. do 470 tys. osób. Zwłaszcza najbardziej upartyjniona, niekompetentna i skorumpowana administracja centralna kwalifikuje się do natychmiastowej redukcji nawet o ponad 50%. Cyfry jednak są bezlitosne. Całkowity koszt administracji w Polsce to 78 mld zł rocznie, podczas gdy rzeczywiste potrzeby oszczędnościowe to kwota co najmniej 100 mld zł. Jak by nie liczyć, nie starczy.

Wnioski są smutne. Pakiety oszczędnościowe, które można zaaplikować w Polsce i innych krajach to półśrodki, które są daleko niewystarczające, aby zażegnać kryzys zadłużeniowy, tym bardziej, że na niekorzyść działa fatalna sytuacja demograficzna. Punkt krytyczny został dawno przekroczony i dzisiaj jest nie "za pięć dwunasta", lecz ładnych kilka godzin po północy. Wkrótce nadejdzie świt i bolesne przebudzenie żyjącego ponad stan świata. Wariant amerykański musi doprowadzić do hiperinflacji, wariant europejski (o ile wejdzie w życie) do głębokiej recesji. Liczniki długu publicznego (zarówno ten w Nowym Jorku, jak i ten zainstalowany niedawno w Warszawie) to tykające bomby zagarowe. Im później nastąpi eksplozja, tym będzie mocniejsza. System emerytalny i system powszechnej opieki zdrowotnej zawalą się z hukiem.Porządek gospodarczy oparty na pieniądzu fiducjarnym (nie mającym oparcia w dobrach materialnych, jak np. złoto) nieuchronnie zmierza do gwałtownego i niechlubnego końca.

Odwiedzanie cmentarzy w dniu Święta Zmarłych to także okazja do przemyśleń natury ekonomicznej. Przedwojenne lub jeszcze starsze okazałe grobowce zdają się sugerować, iż w owych czasach panował dobrobyt. Byłby to jednak wniosek fałszywy, jako że groby biedoty (która stanowiła zdecydowaną większość) po prostu na ogół nie przetrwały do dzisiaj. Przetrwały za to groby z 45 lat realnego socjalizmu. Na każdym cmentarzu można zobaczyć długie rzędy brzydkich nagrobków wykonanych z tanich materiałów: betonu, żelaznych prętów, a przede wszystkim lastriko. Jakże odmiennie prezentują się groby z ostatnich 15-20 lat. Piekne czarne marmury i kolorowe ozdobne kamienie sprowadzone z egzotycznych krajów to (obok sznurów samochodów i osiedli pełnych nowych eleganckich domów) wymierny i namacalny dowód ogromnego awansu cywilizacyjnego naszego kraju. Awansu, który w dużej mierze nastąpił na kredyt, a właściwie na koszt przyszłych pokoleń. Rachunki trzeba spłacać. Dużo wskazuje na to, że większości naszych dzieci i wnuków nie będzie stać na wystawienie naszemu pokoleniu porządnych marmurowych nagrobków. Pozostanie po nas lastriko.

piątek, 10 września 2010

Z frontu walki z pedofilią

Jak wczoraj rano poinformowały nas media, w ramach ogólnopolskiej policyjnej akcji pod kryptonimem "Regina" zatrzymano 102 pedofilów i zabezpieczono setki komputerów, laptopów, płyt CD i DVD. Zanim przejdę do szczegółów, myślę, że warto poruszyć pewien drobiazg. Jeżeli ktoś w biały dzień na oczach setek świadków zamorduje człowieka, to do chwili wydania prawomocnego wyroku sądowego jest jedynie "podejrzanym o morderstwo". Ale pedofilem człowiek staje się w momencie zatrzymania. A może jeszcze wcześniej? W momencie powzięcia podejrzenia przez organa ścigania? A może w momencie napisania donosu przez np. "życzliwą" sąsiadkę?

Po południu dowiedzieliśmy się więcej. Przede wszystkim to, że ze 102 zatrzymanych "pedofilów" postawiono zarzuty dwóm, a tymczasowo aresztowano jednego. A więc najprawdopodobniej do mieszkań 100 Bogu ducha winnych ludzi o 6 rano wtargnęły z łomotem jakieś specjalne grupy policji i wyciągnęły biedaków z łóżek. Po to, by parę godzin później zwolnić ich z braku jakichkolwiek dowodów na popełnienie przestępstwa. Śledztwo trwało od dwóch lat i zapewne zaangażowano do niego dziesiątki funkcjonariuszy. Akcja "Regina" kosztowała miliony, których zabrakło na walkę z bandytami, złodziejami i z prawdziwymi (a nie urojonymi w chorym umyśle jakiegoś nadgorliwego wyższego oficera policji) przestępcami seksualnymi. A setka niewinnych ludzi do końca życia będzie musiała żyć z piętnem "pedofilów".

Z mediów można było się też dowiedzieć, że jako podejrzanych wytypowano tych, którzy ściągali z pewnego forum internetowego zdjęcia nagiej dziewczynki. Nie wiem, ile lat miała dziewczynka kto jej zrobił i opublikował zdjęcia i czy stało się to za jej zgodą, czy też nie. Na te pytania powinna poszukać odpowiedzi policja, zamiast przeprowadzać spektakularną akcję, która okazała się wielkim niewypałem. Mój sprzeciw wzbudza również coraz częstsze traktowanie każdego zdjęcia nagiego dziecka jako pornografii dziecięcej. Nikt jeszcze nie zdefiniował pornografii, ale na pewno nagość (niezależnie od płci i wieku) nie jest z nią tożsama. Ktoś, kto tak twierdzi powinien się leczyć. Zarówno u seksuologa, jak i u psychiatry.

czwartek, 9 września 2010

Neosymonia

Niedawno napisałem tekst o poważnym kryzysie w Kościele katolickim. Kryzys ten ma także swój wymiar ekonomiczny. W wielu krajach co roku dziesiątki tysięcy wiernych formalnie wypisują się z Kościoła, co skutkuje coraz mniejszymi kwotami podatku kościelnego. W Polsce takiego podatku nie ma, lecz spadek osób chodzących do kościoła oznacza mniejsze wpływy z tacy. Negatywnie na finanse kościelne wpływa także drastyczny spadek zawieranych małżeństw i rodzących się dzieci, co uszczupla opłaty pobierane przez Kościół za udzielanie ślubów i chrztów. Chyba tylko wpływy z pogrzebów utrzymują się na w miarę niezmiennym poziomie.

Potrzeba jest matką wynalazku, a Kościół nie po raz pierwszy ma problemy finansowe. Kiedy na początku XVI wieku podjęto budowę bazyliki św. Piotra w Rzymie, wydatki Kościoła wzrosły lawinowo. Zbudowanie tak wspaniałej budowli kosztowało krocie, kolejni papieże zadbali więc o finansowanie, kierując się przy tym sformułowaną przez Machiavellego maksymą głoszącą, iż cel uświęca środki. Rozpoczęto na szeroką skalę sprzedaż odpustów. Papież w imieniu Pana Boga, a poszczególni biskupi w imieniu papieża odpuszczali grzechy wszystkim tym, którzy zapłacili odpowiednie kwoty. Płacili wszyscy, bogaci i biedni. Biednych stać było na wykupienie się od kilku dni czyśćca, bogacze mogli sobie pozwolić na odpuszczenie wszystkich grzechów popełnionych w przeszłości, a także w przyszłości. Mając gwarancje zbawienia, mogli więc dopuszczać się największych niegodziwości, z gwałtami i morderstwami włącznie. Wtedy właśnie narodziło się powiedzenie: "Hulaj dusza, piekła nie ma".

Od strony moralnej proceder sprzedaży odpustów był przez co światlejsze umysły postrzegany jako jednoznacznie negatywny. Zakonnik z Wittenbergi Marcin Luter jako pierwszy ośmielił się go skrytykować publicznie, zarzucając papieżowi i biskupom symonię, czyli świętokupstwo. Kupczenie zbawieniem doprowadziło do schizmy i wystąpienia z Kościoła zwolenników Lutra, którzy utworzyli niezależny od papieża Kościół ewangelicki, a także do krwawych wojen religijnych w prawie całej Europie. Ostatecznie Kościół katolicki zaprzestał praktyki handlu odpustami. Na Watykanie powstała jedna z najwspanialszych budowli w dziejach ludzkości, lecz za wspaniałości bazyliki św. Piotra przyszło katolicyzmowi zapłacić definitywnym zaprzepaszczeniem szans na jedność chrześcijaństwa.

Mam wrażenie, że po 500 latach mamy do czynienia z powtórką z historii, przy czym tym razem kupczenie dotyczy świętości związku małżeńskiego kobiety i mężczyzny. Na straży świętości małżeńskiej przysięgi Kościół katolicki stał nieprzerwanie przez 2000 lat. Nie było wyjątków nawet dla najpotężniejszych władców. Henryk VIII nie otrzymał od papieża unieważnienia małżeństwa z Katarzyną Aragońską, chociaż bardzo o to zabiegał . Maksyma "dura lex sed lex" obowiązywała wszystkich, chociaż wielu ludziom zawarcie małżeństwa z nieodpowiednim partnerem mocno komplikowało życie. Z nadmiarem było to rekompensowane przez dobro dzieci, które wychowywały się w pełnych rodzinach. Warto też pamiętać, o czym zapominają krytykujące dziś katolicyzm feministki, że przez wieki nienaruszalność związku małżeńskiego zabezpieczała przede wszystkim interesy kobiet.

Dzisiaj Kościół znacznie rozluźnił swe stanowisko w kwestii sakramentu małżeńskiego. Przez wieki za wyłączne powody do unieważnienia małżeństwa uznawano kazirodztwo, bigamię i brak współżycia seksualnego małżonków. Obecnie pretekstem do unieważnienia ślubu jest także "zatajenie przed współmałżonkiem kwestii istotnych dla trwałości związku". Podobnie, jak "rozbieżność charakterów" przy rozwodach cywilnych, jest to pojecie tak ogólne, że może obejmować wszystko. Za powód do unieważnienia małżeństwa można więc uznać, iż żona zataiła przed mężem swoje lenistwo lub rozrzutność, a ten z kolei zataił upodobanie do hazardu lub skłonność do chrapania.

O skali zjawiska świadczy fakt, że w ubiegłym roku do sądów diecezjalnych w Polsce skierowano 40.000 takich spraw. Należy sądzić, że wnioskodawcy liczyli się z pozytywnym rozpatrzeniem swych wniosków, skoro decydowali się na zapłacenie adwokatom od 10.000 do 30.000 zł adwokatom reprezentującym ich interesy. Warto też zauważyć, że wyłączność na uczestnictwo w procesie o unieważnienie małżeństwa mają adwokaci, którzy uzyskali specjalną aplikację przyznawaną indywidualną decyzją odpowiedniego biskupa diecezjalnego. Trzeba być ślepym, żeby nie dostrzec w tym procederze ogromnego zagrożenia korupcją, a także symonią. Papieżu Benedykcie, prymasie Józefie, nie idźcie tą drogą!

środa, 1 września 2010

Seksualna teoria ekonomii

Mamy 1 września i, jak co roku, patriotyczno-męczennicze zadęcie w mediach. Jako odtrutkę na odgórne ogłupianie i odwracanie uwagi społecznej od spraw istotnych proponuję poniższy tekst napisany pół żartem, pól serio.

Jak wiemy z biologii, rozmnażanie płciowe polega na akcie miłosnym z udziałem osobników płci męskiej i żeńskiej. Efektem aktu jest (lub bywa) powstanie nowego życia i tym samym przedłużenie gatunku. Z własnego doświadczenia wiemy, że towarzyszy temu (a przynajmniej powinna towarzyszyć) przyjemność. Szanse zarówno na nowe życie, jak i na przyjemność spadają, jeżeli temu intymnemu kontaktowi dwojga różnych płci towarzyszy jakakolwiek ingerencja z zewnątrz (np. teściowej, duchowieństwa lub władzy).

Zauważyłem, że podobne mechanizmy działają również w gospodarce. Mamy tam do czynienia z pierwiastkiem męskim (popyt) i pierwiastkiem żeńskim (podaż). W wyniku kontaktu popytu z podażą dochodzi do transakcji kupna/sprzedaży, która jest podstawą wzrostu gospodarczego. Dzieje się tak wtedy, kiedy transakcja handlowa jest udana, to znaczy obie strony (kupujący i sprzedający) czerpią satysfakcję z jej realizacji. Jeżeli sprzedający sprzeda za tanio lub kupujący kupi za drogo, to taka transakcja nie będzie sprzyjała wzrostowi gospodarczemu.

Immanentną cechą każdej władzy jest chęć ingerowania zarówno w życie seksualne ludzi, jak i w stosunki ekonomiczne zachodzące miedzy nimi. Dopóki ta ingerencja nie przekracza umiarkowanego poziomu, jej wpływ zarówno na rozmnażanie, jak i na gospodarkę jest niewielki. Jednak często brutalne mieszanie się władz w sprawy prywatne prowadzi do powstawania poważnych patologii. Zakaz posiadanie więcej niż jednego dziecka w Chinach skutkował masowym procederem zabijania noworodków płci żeńskiej i doprowadził do sytuacji, w której 30% młodych Chińczyków na przestrzeni co najmniej 20-30 lat będzie bez szans na znalezienie partnerki we własnym kraju. Dopiero dowiemy się, jakie będą tego konsekwencje dla Chin i dla świata.

Zarówno w sferze płciowej, jak i gospodarczej mamy do czynienia z pewnymi cyklami. Kobieta jest płodna przez kilka dni w miesiącu, a gospodarka (przy założeniu braku ingerencji lub nieznacznej ingerencji ze strony państwa) rozwija się skokowo. Po okresie dynamicznego wzrostu następuje stagnacja, a nawet lekki regres. Podobnie jak cykl owulacyjny to zjawisko ekonomiczne winno być uznane za coś naturalnego, czego nie należy poprawiać. Znaleźli się jednak mędrkowie, którzy uznali, że cykl ekonomiczny to wada, a obowiązkiem władzy jest tę wadę naprawić. Chęć, by gospodarka rozwijała się w stałym tempie można porównać z żądaniem, aby kobieta była płodna bez przerwy lub z działaniem na rzecz ustanowienia ciągłego lata zamiast czterech pór roku.

Na przestrzeni dziejów zakres ingerencji władzy w gospodarkę bywał mniejszy lub większy. Najdalej posunął się realny socjalizm, który zupełnie oddzielił popyt od podaży i wprowadził pomiędzy nie nakazowo-rozdzielczy mechanizm regulowany przez centralne planowanie. W efekcie otrzymaliśmy nienaturalny system, w którym sztucznemu (bo produkcja była oderwana od rynku) wzrostowi gospodarczemu towarzyszył kompletny brak jakiejkolwiek satysfakcji tak dla sprzedającego, jak i dla kupującego. Można porównać to do wynaturzenia, jakim byłoby wprowadzenie sztucznej inseminacji wśród ludzi.

Dominujący w ostatnich dziesięcioleciach w ekonomicznej teorii i praktyce keynesizm nie posuwa się tak daleko, jak realny socjalizm, niemniej ingerencja państwa w gospodarkę jest wystarczająco głęboka, by doprowadzić do ciężkiej patologii, jaką jest globalny kryzys zadłużeniowy. Keynesiści nie ingerują w samą transakcję kupna/sprzedaży, lecz poprzez pieniądz fiducjarny (tzn. nie mający oparcia w wartościach materialnych i emitowany według urzędniczego widzimisię) i ręczne sterowanie stopami procentowymi stymulują zarówno popyt, jak i podaż. Innymi słowy dokonują gospodarczego samogwałtu. To tak, jakby kobietę i mężczyznę poddawać obowiązkowej długotrwałej masturbacji w okresie poprzedzającym właściwy stosunek seksualny. Wiadomo, że upowszechnienie takich praktyk musiałoby skutkować spadkiem dzietności. W gospodarce na dłuższą metę skutkuje nieuniknioną głęboką recesją, której poczatki własnie możemy obserwować.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Butem w USA

12 października 1960 roku w ONZ toczyła się debata poświęcona likwidacji systemu kolonialnego. Przemawiał pewien filipiński senator, który wychwalał korzyści, jakie odniósł jego kraj w czasie, kiedy był kolonią Stanów Zjednoczonych. To tak zdenerwowało przewodniczącego delegacji ZSRR sekretarza generalnego KPZR Nikitę Siergiejewicza Chruszczowa, że ściagnął z nogi but i zaczął nim walić w pulpit. Filipińczyk stropił się i w dalszej części przemówienia nie wspominał już o zasługach USA, natomiast poparł wniosek ZSRR w sprawie rezolucji, jaką miano uchwalić.

Walenie butem w pulpit przeszło do historii. Chruszczow dał pokaz chamstwa, ale jednocześnie brutalnej siły. Większość krajów Trzeciego Świata zagłosowała za rezolucją taką, jakiej sobie życzyli Rosjanie, a wbrew stanowisku USA i ich sojuszników. Kraj Rad pokazał wszystkim, że trzeba się z nim liczyć. Właśnie za Chruszczowa ZSRR ( a tym samym Rosja) osiągnął historyczny szczyt potęgi. Ani za Katarzyny Wielkiej, ani za Stalina, ani za Breżniewa Rosjanie nie byli tak silni, jak właśnie za rządów Nikity Siergiejewicza. To wtedy zestrzelili szpiegowski U2 Gary Powersa, to wtedy poleciał w kosmos Jurij Gagarin. Ech, łza się w oku kręci.

Musiało minąć 48 lat, żeby USA ponownie zostało zaatakowane butem. Tym razem rzecz wydarzyła się w Iraku. Przemawiał prezydent USA George W. "Debilju" Bush i wychwalał korzyści, jakie odniósł Irak w okresie amerykańskiej okupacji. Trzeba być wyjątkowo bezczelnym człowiekiem, żeby mówić takie słowa. To prawie tak, jakby Hitler opowiadał o dobrodziejstwach, jakie odnieśli Żydzi za jego rządów. Nie wytrzymał tym razem iracki dziennikarz i rzucił w Busha butem. Rzut był celny, ale "Debilju" wykonał zręczny unik i uniknął uderzenia w głowę. Dziennikarz został aresztowany, ale pod naciskiem międzynarodowej opinii publicznej wkrótce wypuszczony.

Trzeci cios Butem zadała Amerykanom Tajlandia. Chodzi o Wiktora Anatoliewicza Buta, rosyjskiego handlarza bronią, który na wniosek USA został w Tajlandii aresztowany i decyzją tajskiego sądu miał być wydany Amerykanom. W ostatniej chwili tajski rząd wstrzymał ekstradycję Buta. Nie wiadomo jeszcze, jak sprawa się skończy, ale na razie wygląda na to, że po Szwajcarii (sprawa Polańskiego) kolejny kraj uznał, że Stany Zjednoczone nie maja prawa dyktować swej woli całemu światu. W sprawie Buta amerykańska buta została poskromiona.

P.S.
Zachęcam wszystkich do czytania kolejnych odcinków "W szponach złotego cielca". Tak się złożyło, że akcja książki w wielu miejscach mimowolnie nawiązuje do życiorysu Wiktora Anatoliewicza Buta.

sobota, 14 sierpnia 2010

Wojna i geografia

Znam wielu kierowców, w tym także zawodowych, którzy nie lubią i nie potrafią posługiwać się mapą. Jeżdżą zawsze na pamięć utartymi szlakami, a każde geograficzne odstępstwo od rutyny sprawia im poważny problem. Jeżeli więc zdarzy im się utknąć w korku spowodowanym przez poważny wypadek, to stoją w nim godzinami. Boją się zawrócić i poszukać innej drogi do celu, bo przecież mogliby zabłądzić. Na szczęście dla takich ludzi wynaleziono GPS.

Bywa znacznie gorzej, kiedy mapą nie potrafią posługiwać się wyżsi dowódcy wojskowi. Nie wiem, jaką ocenę z geografii miał w szkole późniejszy marszałek II Rzeczpospolitej Edward Rydz- Śmigły, ale podejrzewam, że nie był to jego ulubiony przedmiot. Gdyby lepiej znał się na geografii, to nie opracowałby tak beznadziejnego i kompletnie nie uwzględniającego przeszkód terenowych planu wojny obronnej przeciwko Niemcom. Zamiast zawczasu skoncentrować główne siły na rubieży Narew- Wisła - San ( z forpocztami na liniach Biebrzy, Bzury, Pilicy i Nidy), obsadził nimi granice, przez co skazał polskie wojska na forsowny i demoralizujący odwrót od pierwszego dnia walk.

Nie lepiej od naczelnego wodza wypadli pod tym samym względem jego podwładni, czyli dowódcy polskich armii. Zazwyczaj na wojnach bywa tak, że strona, na której terytorium toczą się walki odnosi pewne korzyści wynikające z lepszej znajomości terenu. W kampanii wrześniowej było dokładnie odwrotnie. To Niemcy bezlitośnie objeżdżali Polaków z lewa i prawa, wykorzystując polne drogi i leśne dukty, podczas gdy polskie armie na ogól wycofywały się głównymi drogami, zatarasowanymi przez tłumy cywilnych uciekinierów. Nawet najlepszy (obok gen. Antoniego Szyllinga) dowódca polskiej armii generał Stanisław Kutrzeba nie ustrzegł się poważnego błędu wynikającego z braku znajomości terenu. Podjął bowiem zaczepny kontratak na najmniej do tego celu nadającym się obszarze, a mianowicie na zupełnie pozbawionej lasów Równinie Kutnowskiej. W warunkach całkowitego panowania Luftwaffe w powietrzu taki kontratak z góry skazany był na niepowodzenie, podobnie jak pustynne szarże irackich czołgów podczas I Wojny w Zatoce.

Śmiem przypuszczać, że znacznie lepsi z geografii byli autorzy wspaniałego zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej 1920, której 90 rocznicę właśnie obchodzimy, a mianowicie generał Tadeusz Rozwadowski (autor planu bitwy) i marszałek Józef Piłsudski (autor wykonania planu). Dostrzegli oni bowiem konsekwencje wynikające z obecności na wojennym teatrze tak niezwykłego zjawiska przyrodniczo-geograficznego, jakim były wówczas bagna Polesia. W ciągu ostatnich 50 lat poleskie bagna zostały w dużym stopniu zmeliorowane i osuszone, ale wtedy stanowiły jeden z największych na świecie obszarów bagiennych o wymiarach 300 x 150 km. Polesia nie była w stanie sforsować żadna armia. Prący do przodu bolszewicy musieli rozdzielić swoje siły na dwie części, przy czym odległość pomiędzy Frontem Zachodnim Tuchaczewskiego (na północ od Polesia), a Frontem Południowo-Zachodnim Jegorowa (na południe od Polesia) wynosiła przeszło 200 km w linii prostej. Stwarzało to stronie przeciwnej jedyną w swoim rodzaju szansę rozbicia jednego z ugrupowań bolszewickich, w czasie, gdy drugie nie było mu w stanie przyjść z pomocą.

Polscy wodzowie bezbłędnie wykorzystali zaistniałą sytuację. Co prawda, opóźnienia w mobilizacji rezerw sprawiły, że decydująca bitwa rozegrana została bardziej na zachód, niz to planował Piłsudski, tym niemniej istnienie olbrzymiej luki pomiedzy bolszewickim frontami umożliwiło skoncentrowanie wiekszości polskich sił przeciw Tuchaczewskiemu, a nastepnie okrążenie i rozbicie wiekszości jego wojsk śmiałym manewrem znad Wieprza. Zwycięstwo nie było wynikiem żadnego cudu, lecz skutkiem dobrego planu i precyzyjnego wykonania. Tak, jak pod Grunwaldem, czy Wiedniem, triumfowała polska sztuka wojenna.


piątek, 13 sierpnia 2010

Najważniejsza przewaga

Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego niż zarabianie pieniędzy na giełdzie. Nawet, jak się nie ma zielonego pojęcia o ekonomii, to przecież wystarczy posłuchać "niezależnych ekspertów" i uczynić tak, jak oni radzą. Oni potrafią wszystko doskonale uzasadnić. Do niedawna (jesień 2008) radzili głównie, że "światowa gospodarka jest w doskonałym stanie, więc akcje, surowce, nieruchomości bedą iść w górę" oraz, że "polska gospodarka ma mocne fundamenty, więc złoty będzie się umacniał". Dzisiaj przepowiadają w zasadzie to samo, lecz jakby nieco ostrożniej, bo wrzesień 2008 dobitnie pokazał, iż "drzewa nie rosną do nieba".

Z prognozowaniem ekonomii jest trochę tak, jak z prognozowaniem pogody. Jeżeli dzisiaj świeci słońce i jest 30 stopni w cieniu, to z dużym prawdopodobieństwem można przepowiadać, że jutro też będzie ładna pogoda. A skoro jutro, to zapewne również pojutrze, z czego można wyciągnąć wniosek, że dobra pogoda ma mocne fundamenty, więc w dającej się przewidzieć perspektywie nie grozi nam żaden deszcz, mróz, czy gradobicie. A jeśli jednak nastąpi pogodowy kataklizm i zmiecie z powierzchni jakąś Bogatynię, czy inną Lanckoronę, to "niezależny ekspert" wzruszy ramionami i powie: "Tego przecież nie dało się przewidzieć. Nie mam sobie nic do zarzucenia". Lansowani przez media "niezależni eksperci" od gospodarki to zazwyczaj ludzie, którzy w życiu nie przeprowadzili żadnego interesu na własny rachunek, a ich niezależność to zwykłe pozory. To po prostu propagandziści na usługach wielkiego kapitału, mający skłonić zwykłych obywateli do takiego, a nie innego rozporządzenia własnymi pieniędzmi.

W rzeczywistości inwestowanie na giełdzie to interes mocno ryzykowny. Uczciwe (tzn. np. uwzględniające inflację) badania pokazują, że 70% inwestorów giełdowych traci. W normalnych czasach, bo w momentach rozchwiania rynków, takich jak obecnie, ten odsetek rośnie do 80-90%. Łatwo zatem wywnioskować, że owe 10-30% zwycięzców gry giełdowej to "wielcy", podczas, gdy przegrani to na ogół "mali". Na giełdzie rozmiar ma więc na pewno większe znaczenie, aniżeli w życiu seksualnym.

Wielcy wcale nie kryją tego, że mają przewagę w porównaniu z drobnymi. Na ogół chętnie wskazują na różnice natury informacyjnej i technologicznej. Jest rzeczą naturalną i zrozumiałą, że drobny inwestor jest rażąco niedoinformowany w porównaniu z wielkim bankiem i, że ten ostatni posiada kolosalną przewagę technologiczną polegającą np. na zastosowaniu najnowocześniejszych programów komputerowych tam, gdzie indywidualnemu inwestorowi służy jedynie własna intuicja. Często zdarza się, że "mali" stosują taktykę polegającą na naśladowaniu "wielkich". Niestety, ta taktyka w praktyce się nie sprawdza. Robiąc prawie to samo, zawsze są o krok do tyłu i w momentach kryzysowych najczęściej pozostają "z ręką w nocniku". "Prawie" czyni w tym przypadku wielką różnicę.

Jeszcze bardziej istotna jest przewaga kapitałowa "wielkich". Potężne rezerwy finansowe pozwalają im przetrwać okresy strat, które są zabójcze dla "małych". Drobny inwestor, który trafnie przewidział wieloletni trend w jakiejś dziedzinie, często zostaje załatwiony przez drobne wahnięcie w przeciwnym kierunku. Natomiast duża międzynarodowa korporacja jest w stanie przetrwać nawet wieloletnie dołki, by w końcu powrócić na ścieżkę zysku. Nie bez znaczenia jest bowiem solidarność pomiędzy rekinami kapitału, sprawiająca, iż liczące się w świecie banki i ubezpieczalnie prawie nigdy nie bankrutują, a jedynie zmieniają strukturę własności.

O najważniejszym atucie "wielkich" nie mówi się wcale, a jeżeli już, to po cichu. O ich sile stanowi bowiem przewaga korupcyjna. Na usługach wielkiego kapitału są tabuny przekupionych polityków, gotowych uczynić wszystko dla swych mocodawców. Takich, którzy "kiedy mówią, kłamią; kiedy milczą, kradną". Nie chodzi tylko o propagandę, ale o konkretne kroki prawne podejmowane w określonym celu. O ustawy pisane "na zamówienie" i korzystne dla wielkiej finansjery zmiany w polityce fiskalnej, monetarnej, celnej, zdrowotnej, emerytalnej itd. itp. A nawet o wywołanie wojny lub rewolucji, jeśli takie są aktualne potrzeby. "Oni" nie cofną się przed niczym, co zwiększy ich zysk i powiększy zakres władzy. Dlatego każdy drobny inwestor przystępujący do gry na giełdzie powinien sobie zdawać sprawę, że staje do rozgrywki z szulerem, który gra znaczonymi kartami i na kolanach trzyma odbezpieczony rewolwer.

czwartek, 29 lipca 2010

Ekonomiczny aspekt umierania

Jak kilka tygodni temu policzył fachowiec z NBP Janusz Jabłonowski dług publiczny Polski (razem z tak zwanym długiem ukrytym) wynosi 220% PKB. Skąd bierze się tak duża różnica pomiędzy wyliczeniami Jabłonowskiego, a długiem publicznym podawanym oficjalnie (50-55% PKB)? Otóż Jabłonowski wziął pod uwagę przyszłe, ale już zaciągnięte przez państwo polskie w świetle obowiązujących przepisów zobowiązania na rzecz polskich obywateli. Chodzi głównie o zobowiązania ZUS (emerytury już wypracowane, a płatne w przyszłości) i NFZ (koszty leczenia przyszłych emerytów). Ponieważ skarb państwa nie dysponuje żadnymi rezerwami odłożonymi na te cele, metodologia Jabłonowskiego wydaje mi się jak najbardziej zasadna. W końcu, jaka jest różnica między zobowiazaniem z tytułu obligacji, które należy wykupić za 10 lat, a emeryturą, którą należy wypłacić za 10 lat panu Wiśniewskiemu?

To, co mnie zaskoczyło w obliczeniach Jabłonowskiego to fakt, że największym składnikiem długu ukrytego są nie zobowiązania ZUS, a NFZ (koszty leczenia). Dla człowieka młodego (czyli nie dla mnie) koszty leczenia to czysta abstrakcja. Raz na parę lat łapie się jakąś grypę, czy anginę, trzeba wtedy pójść do lekarza, a następnie przez kilka dni zażywać przepisane tabletki. Koszt tak niewielki, że nawet nie warto się zastanawiać, czy za to płaci państwo, czy pacjent z własnej kieszeni. Z wiekiem jednak koszty leczenia zaczynają rosnąć, a po 60-ce jest to już postęp geometryczny. To już nie są błahe sprawy. To walka o życie, a właściwie o jego przedłużenie. Właśnie zaczyna przechodzić na emeryturę największy w historii Polski wyż demograficzny z lat 50-tych. Zanim wymrze, NFZ będzie musiał przez dziesiątki lat płacić za leczenie milionów ludzi, którym prawo do tego gwarantuje konstytucja. A więc zapewne Janusz Jabłonowski ma rację.

W innych krajach niezależne instytucje od lat liczą dług publiczny w taki właśnie sposób., jak Jabłonowski. Wychodzą z tego astronomiczne sumy, zwłaszcza w przypadku USA. Warto jednak przyjrzeć się i innym obliczeniom. Nie tak dawno przeczytałem, że w USA koszty leczenia w ostatnim roku życia stanowią ponad połowę kosztów leczenia na przestrzeni całego życia. Płyną z tego dwa dość porażające wnioski. Po pierwsze, medycyna jest nadal bezsilna wobec poważnych schorzeń. Po drugie, ktoś zarabia olbrzymie pieniądze na umieraniu.

Według mnie, pacjent cierpiący na nieuleczalną chorobę powinien usłyszeć od lekarza następujące słowa: " Ma pan dwa wyjścia, panie Kowalski. Jedno złe, a drugie jeszcze gorsze. W wariancie pierwszym pożyje pan około roku. Będzie pan stopniowo tracić siły. O ból fizyczny niech się pan nie boi. Zapewnimy panu środki przeciwbólowe, które na 95% uśmierzą pańskie cierpienia. Umrze pan we własnym łóżku w otoczeniu rodziny. W wariancie drugim przedłużymy panu życie statystycznie o pół roku. 90% czasu, jaki panu pozostał, spędzi pan w szpitalu. Pańskie życie stanie się koszmarem. Będzie pan przedmiotem przerzucanym z sali do sali, z łóżka na łóżko, w zależności od widzimisię personelu szpitalnego. Będzie pan leżał godzinami we własnych odchodach, a we wszystkie otwory pańskiego ciała powtykamy różne przedmioty. Jest bardzo prawdopodobne, że będzie pan cierpiał fizycznie, bo wśród personelu medycznego jest wielu takich, którzy uważają, iż życzeniem Boga jest, aby człowiek cierpiał. Umrze pan w szpitalu, a pańskiej agonii będą się przyglądali obcy ludzie. No, to który wariant pan wybiera, panie Kowalski?"

W praktyce takich pytań się nie zadaje. Państwowa służba zdrowia z góry wybiera dla pacjenta wariant drugi "dla jego własnego dobra". Żeby przypadkiem nikt nie uciekł swojemu przeznaczeniu, dostęp do środków przeciwbólowych jest ograniczany bardziej, niż dostęp do broni palnej. Z umierania uczyniono najbardziej dochodowy biznes. Dochody personelu medycznego to tylko wierzchołek góry lodowej. Tuczy się na ludzkim nieszczęściu cała masa urzędasów. Lekarstwa np. na raka są drogie dlatego, że są drogie. Koncerny farmaceutyczne osiągają horrendalne zyski, nijak nie mające się do kosztów produkcji. A z państwowej kasy płyną miliony, miliardy, biliony.

Problem obrotu lekami zasługuje zresztą na szerszą wzmiankę. Ograniczenia w tym obszarze zostały wprowadzone rzekomo "dla dobra ogółu". Chodzi o to, żeby jakiś idiota nie zmarł na skutek przedawkowania, a inny kretyn nie uzależnił się z tego samego powodu. Dlaczego jednak państwo tak bardzo przejmuje się kretynami i idiotami, skoro stanowią oni znikomy procent całego społeczeństwa? Czy w interesie pozostałych 99% "normalnych" ludzi na rynku lekarstw nie powinno działać zwyczajne prawo popytu i podaży? Leki na poważne choroby są drogie podobno dlatego, że koncerny farmaceutyczne muszą sobie odbić w cenie duże koszty wieloletnich badań i doświadczeń. Ale czy inne branże przemysłu nie prowadzą takich kosztownych badań? Postęp w motoryzacji jest na pewno szybszy, niż w farmacji. Dlaczego zatem mogę swobodnie decydować, czy i za ile kupię sobie Forda, Opla lub Fiata, ale o tym jakim lekarstwem mam być leczony i ile to będzie kosztowało decyduje za mnie urzędnik? Kiedy nie wiadomo o co chodzi, to znaczy, że chodzi o pieniądze. Wielkie pieniądze przeznaczane przez koncerny farmaceutyczne na korumpowanie lekarzy (powszechnie znany proceder), ale także polityków decydujących o polityce państwa w zakresie ochrony zdrowia.

Do niedawna w niektórych odległych od cywilizacji regionach świata (np. północ Syberii, wschodnia Afryka) panował zwyczaj, zgodnie z którym starzy ludzie, kiedy nadszedł ich czas opuszczali własną chatę i oddalali się od rodzinnej wioski, gdzie wkrótce padali ofiarą dzikich zwierząt (wilków, niedźwiedzi, lwów, krokodyli). Kiedyś wydawało mi się to barbarzyństwem. Dziś nie jestem tego już taki pewien. Czy bolesna, ale szybka śmierć w paszczy dzikiego zwierza nie jest lepsza od długotrwałej, sztucznie przedłużanej agonii, jaką funduje nam państwowy system opieki zdrowotnej. Może przynajmniej w miastach wojewódzkich należałoby zbudować fosy dla drapieżników i zapewnić w ten sposób wolność wyboru starym, nieuleczalnie chorym ludziom. Byłoby to rozwiązanie bardziej humanitarne i o wiele, wiele tańsze.

sobota, 24 lipca 2010

Warszawskie fatum

Ocena Powstania Warszawskiego dzieli Polaków od 66 lat i chyba będzie dzielić przez następne długie dziesięciolecia. O ile nikt nie kwestionuje bohaterstwa powstańców, o tyle ocena inspiratorów i przywódców powstania bywa skrajnie różna. Jedni uważają ich "najdzielniejszych z dzielnych", inni natomiast za lekkomyślnych, a nawet zbrodniczych politykierów, którzy popchnęli warszawską młodzież do beznadziejnej walki i doprowadzili do jednej z największych tragedii w dziejach Polski.

Obiektywna ocena ówczesnego dowództwa AK jest bardzo trudna i wymaga wzięcia pod uwagę wszystkich uwarunkowań. Punktem wyjścia powinna być chyba analiza dokonań polskiego podziemia w okresie 1939-1944. Jak wiadomo, po wojnie komuniści zarzucali AK "stanie z bronią u nogi" przez większość okupacji. Jest to ocena krzywdząca, choć na pozór trafna. Rzeczywiście osiągnięcia blisko półmilionowego polskiego ruchu oporu (wliczając formacje działające niezależnie od AK) przedstawiają się nader mizernie na tle dokonań partyzantki sowieckiej, jugosłowiańskiej, a nawet francuskiej, norweskiej, czy czeskiej (spektakularny zamach na Heydricha). Nie da się ukryć, że wielu partyzantów więcej czasu spędziło na piciu bimbru i chędożeniu wiejskich dziewczyn, niż na rzeczywistej walce z okupantem. Z drugiej strony nie sposób nie dostrzec okoliczności usprawiedliwiających taką właśnie postawę. Nigdzie indziej (może poza ZSRR i Jugosławią) hitlerowcy nie stosowali takiego terroru i odpowiedzialności zbiorowej, jak w Polsce. Za jednego zabitego Niemca ginęły w masowych egzekucjach dziesiątki i setki niewinnych ludzi, a w odwecie za akcje ruchu oporu puszczano z dymem całe wsie. Nie bez znaczenia był też teren działania. Polska jest krajem równinnym, gęsto zaludnionym i pozbawionym wielkich kompleksów leśnych. Nawet Góry Świętokrzyskie i lasy Roztocza nie dawały takiego schronienia, jak Góry Dynarskie, czy bagna Polesia. W czasie operacji Sturmwind II polska partyzantka boleśnie przekonała się, że wróg jest w stanie sforsować nawet najbardziej niedostępne polskie knieje i uroczyska.

Latem 1944 roku w obliczu potężnej sowieckiej ofensywy dowództwo AK stanęło przed dylematem: teraz albo nigdy. Bierność oznaczała oddanie Polski w ręce Stalina i jego polskich komunistycznych kolaborantów. Z kolei doświadczenia wyniesione z niepowodzeń akcji "Burza" i "Wachlarz" nakazywały daleko idącą ostrożność w podejmowaniu współpracy z Armią Czerwoną. Wiemy, jaką decyzję podjęli generał Bór-Komorowski i jego sztab. Wiemy, jakie były jej tragiczne dla Warszawy i Polski skutki. Czy decyzja była błędna, czy też tragedia Powstania Warszawskiego była efektem fatalnego zbiegu okoliczności?

Dość powszechnie zarzuca się kierownictwu AK błędną ocenę zamierzeń wojsk sowieckich, które nie przyszły z pomocą powstańcom, zachowując do końca walk wrogą neutralność w stosunku do obu stron walczących w Warszawie. Sowieci mieli wówczas dwie opcje działania. Opcja wojskowa (taktyczna) nakazywała za wszelką cenę zdobyć przyczółek na lewym brzegu Wisły, a Powstanie Warszawskie znakomicie taką możliwość ułatwiało. Stalin wybrał jednak opcję polityczną (strategiczną) polegającą na biernej obserwacji, jak przeważające siły niemieckie zgniatają stopniowo powstanie i przy okazji mordują 200 tys. ludności cywilnej. Decyzja Stalina była nieludzka i cyniczna, ale całkowicie zgodna ze imperialnymi interesami ZSRR.

Napisano grube tomy na temat takiego, a nie innego zachowania się Rosjan, natomiast w ogóle nie podejmuje się tematu zachowania Niemców, tak jakby uporczywa i bezwzględna walka z powstaniem była czymś z góry przesądzonym. Tymczasem Niemcy też mieli dwie opcje. Wojskowa nakazywała zdusić powstanie wszelkimi możliwymi środkami, ale polityczna coś wręcz przeciwnego, czyli wycofanie wojsk z Warszawy. Powstanie jakiegoś polskiego (i niezależnego od ZSRR) bufora oddzielającego nacierającą Armię Czerwoną od cofających się Wehrmachtu i SS nie tylko dawało Niemcom chwilę wytchnienia, ale także stwarzało wiele potencjalnych korzyści na przyszłość. Najmniejszą z możliwych byłoby potężne zamieszanie w najważniejszym centralnym punkcie natarcia Rosjan, największą - trwała destabilizacja antyniemieckiej koalicji i realne perspektywy zawarcia separatystycznego pokoju na jednym z dwóch frontów.

Jeżeli Komorowski, Pełczyński i Chruściel rozważali różne wersje zachowania się Niemców (co chyba należy domniemywać), to znaczy, że musieli brać pod uwagę 4 możliwe warianty rozwoju sytuacji, a mianowicie:
1. Rosjanie wybierają opcję polityczną i Niemcy wybierają opcję polityczną
2. Rosjanie wybierają opcję wojskową, a Niemcy wybierają opcję polityczną
3. Rosjanie wybierają opcję wojskową i Niemcy wybierają opcję wojskową
4. Rosjanie wybierają opcję polityczną, Niemcy wybierają opcję wojskową

Wariant pierwszy był oczywiście najbardziej pożądany i korzystny. W takiej sytuacji powstańcy zajęliby Warszawę bez większych walk, a następnie kierownictwo Polski Podziemnej mogłoby podjąć polityczne i wojskowe rozmowy z Rosjanami, mając w ręce atut samodzielnego opanowania stolicy Polski.

Wariant drugi był nieco gorszy od pierwszego, ale w sumie też bardzo korzystny. Do negocjacji z Rosjanami musiałoby dojść w trybie pilnym i na niższym szczeblu. Podobnie, jak w wariancie pierwszym nie doszłoby do ofiar wśród ludności Warszawy.

Wariant trzeci doprowadziłby do krwawych, ale w sumie zwycięskich walk, w których doszłoby do polsko-rosyjskiego braterstwa broni. Groziły spore straty wśród cywilów, a także powtórzenie się sytuacji z Wilna. W sumie jednak przebieg wydarzeń rysował się korzystniej, niż w wersji biernego czekania na rozwój wypadków.

Wariantu czwartego nie warto analizować. On właśnie się ziścił i oznaczał tragedię dla Warszawy i Polski.

Wojna i polityka to nie są zdarzenia losowe (jak np. rzut monetą) i dlatego nie można przyjmować, że prawdopodobieństwo fatalnego czwartego wariantu wynosiło 1/4 czyli 25%. Na pewno było jednak w ocenie kierownictwa AK wyraźnie mniejsze od 50%. Nikt nie mógł przewidzieć, że Stalin wykaże się zimnym wyrachowaniem, a Hitler i Himmler tępym krótkowzrocznym fanatyzmem, co w sumie złożyło się na tragiczne warszawskie fatum.

piątek, 16 lipca 2010

Polak potrafi

Nie da się ukryć, że w dziedzinie odkryć i wynalazków jako naród nie mamy się czym poszczycić. Właściwie tylko jednym Kopernikiem przed 500 laty, ale do niego przyznają się też Niemcy, więc chyba mamy w narodowym dorobku połowę odkrywcy na przeszło 1000 lat polskiej państwowości. Polacy otrzymali wprawdzie kilka nagród Nobla, ale tylko w literaturze i jedną pokojową (Bolek Ubolek). W dziedzinie nauk ścisłych i ekonomii prawdziwa posucha. Za komuny to chociaż mogliśmy się pochwalić turbinką Kowalskiego. W wolnej Rzeczpospolitej totalne zero.

Jest jednak szansa, że to się może zmienić, i to w prestiżowej dziedzinie nauk ekonomicznych, do tej pory zastrzeżonej prawie wyłącznie dla potomków w linii żeńskiej patriarchy Abrahama. Epokowego odkrycia nie dokonał żaden młody zdolny naukowiec, ale szacowna państwowa instytucja, a mianowicie GUS. Media podały, że w ciągu kilku lat nas Główny Urząd Statystyczny zamierza zmienić metodologię liczenia PKB i włączyć do niej PKB wytworzony w szarej strefie. Eureka!!! Archimedes, Newton i Einstein to cienkie Bolki przy naszych mędrcach z GUSu. Epokowe odkrycie i jak najbardziej odpowiadające potrzebie chwili.

Błysk geniuszu widać najbardziej w stwierdzeniu, że proces będzie rozłożony na kilka lat. Jakiś narwaniec mógłby włączyć do PKB całą szarą strefę naraz. I co by mu z tego przyszło? Efektowne 15-20% wzrostu PKB w jednym roku, a potem znowu klops. A tak, spokojnie po 4% rocznie przez powiedzmy 4-5 lat. Starczy do następnych wyborów parlamentarnych i prezydenckich. A jak trochę braknie, to i tak można dołożyć. W końcu to szara strefa i dokładnie jej nie da się policzyć. Jak będzie trzeba, to można stwierdzić, że to 30, 50, 80, 125 % rejestrowanej gospodarki. Nikt nie będzie w stanie udowodnić, że jest inaczej.

Nie chodzi zresztą o sam PKB, ale o proporcję długu publicznego do tegoż. Zbliża się do 60%, no to zaraz spadnie po uwzględnieniu szarej strefy bez konieczności manipulowania przy konstytucji. Że też Zachód nie wpadł na to wcześniej. Ani chłopaki z Enronu, ani z Lehman Brothers, ani z FEDu. Za jednym zamachem rozwiązany cały problem światowego długu publicznego. Ile będzie odtąd wynosił deficyt budżetowy i dług publiczny w odniesieniu do PKB USA, Japonii, Wielkiej Brytanii, Grecji itd? Tyle, ile odpowiednie władze uznają za stosowne. I to wszystko dzięki Polakom. Opatentować tej szarej strefy chyba nam nie pozwolą, ale z wdzięczności kapitał spekulacyjny powinien teraz wywindować złotówkę co najmniej do poziomu szwajcarskiego franka. Szara strefa to brzmi dumnie!!! A Polak naprawdę potrafi.

P.S. (17.07.2010, 10.00)
Poczytałem więcej na ten temat i okazało się, że mój zachwyt nad wynalazkiem GUSu jest równie chybiony, jak fascynacja turbinką inżyniera Alojzego Kowalskiego w latach 70-tych XX wieku. Inni to już mają i stosują od dawna tzn. zaliczają szarą strefę do PKB. Nasz GUS zresztą też zaczął to praktykować w latach 90-tych, bo wcześniej tego nie robił. A więc kilkanaście procent wzrostu PKB naszego kraju w ciągu ostatnich ok. 15 lat to skutek manipulacji statystycznych.

Cała innowacyjność GUSu polega na pomyśle doliczenia do PKB produkcji i usług "nielegalnej szarej strefy", w odróżnieniu od "legalnej szarej strefy", która tam już jest od dawna. Podobno zezwala na to dyrektywa Unii Europejskiej. GUS bynajmniej nie ukrywa, że jego intencją jest ulżenie rządowi w poprawie relacji długu publicznego do PKB. Pomożecie, GUS? Pomożemy, panie premierze!

Czort jeden wie, gdzie przebiega granica pomiędzy "legalną szarą strefą", a "nielegalną szarą strefą" i co by tu można zaliczyć do PKB, czego dotychczas nie zaliczano? Przyszło mi do głowy, że na pewno do "nielegalnej szarej strefy" należy składanie samochodów w dziuplach z kradzionych części (produkcja przemysłowa), piwniczne uprawy konopi indyjskich (rolnictwo), a także zabójstwa na zlecenie. Usługa, jak każda inna, tyle że nielegalna. Tylko jak oszacować jej wartość, skoro zleceniobiorca nie wystawia faktury VAT? Chyba należałoby przyjąć jakieś uproszczone, ale obiektywne kryteria np. zabójstwo bezdomnego - wartość pół litra wódki, zabójstwo biznesmena - wartość 1 mln zł, zabójstwo prezydenta RP - ho, ho, ho, a może i więcej.

Katastrofa smoleńska jest tajemnicza i niewyjaśniona. Gdyby tak przyjąć, że samolot rozbił się w w wyniku spisku, to może PKB mógłby z tego powodu wzrosnąć w sposób istotny.Nie wiadomo tylko, czy nam, czy Rosjanom. Wiadomo za to, że w kwestii PKB ktoś kogoś chce zrobić na szaro.