środa, 2 marca 2011

Paragraf 39

Chyba nie ma bardziej nudnej i monotonnej lektury, niż ustawy i rozporządzenia regulujące gospodarkę. Przypuszczam, że nie ma człowieka, który czytałby takie teksty z upodobaniem z własnej i nieprzymuszonej woli. Czasami jednak trzeba je przeczytać z takich, czy innych powodów i coś takiego niedawno mi się przydarzyło. Przeczytałem szereg najważniejszych dokumentów dotyczących spraw gospodarczych w naszym kraju i lektura jednego z nich mną głęboko wstrząsneła. Konkretnie chodzi o paragraf 39 ustawy o obrocie instrumentami finansowymi z dnia 29 lipca 2005 r.

Paragraf 39 dotyczy manipulacji instrumentami finansowymi. Ustęp 1 stanowi, że takowa manipulacja jest zakazana. Ustęp 2 wymienia przykłady rozmaitych łajdactw, stanowiących rzeczoną manipulację w myśl ustawy. Przytoczę tylko kilka najważniejszych:
- składanie zleceń lub zawieranie transakcji wprowadzających w błąd co do rzeczywistego popytu, podaży lub ceny instrumentu finansowego
- składanie zleceń lub zawieranie transakcji powodujących sztuczne ustalanie się ceny jednego lub kilku instrumentów finansowych
- rozpowszechnianie za pomocą środków masowego przekazu fałszywych lub nierzetelnych informacji albo pogłosek, które wprowadzają w błąd w zakresie instrumentów finansowych
- zapewnianie kontroli nad popytem lub podażą instrumentu finansowego z naruszeniem zasad uczciwego obrotu

Do tej pory wszystko jest jasne i O.K. Zobaczcie jednak, co mówi m.in. ustęp 3: "Przepisów ust.2 nie stosuje się do transakcji służących realizacji ustawowych zadań w zakresie polityki pieniężnej lub dewizowej państwa albo zarządzania długiem publicznym, zawieranych przez osoby uprawnione do reprezentowania właściwych organów państwowych lub Narodowego Banku Polskiego, a także przez Europejski System Banków Centralnych". Jak to rozumieć? Ano tak, że mamy manipulacje złe i dobre. Jeżeli manipuluje Kowalski lub Nowak albo firma KRZAK, to jest to naganne i podlega odpowiedzialności karnej. Ale jeżeli manipuluje wyższy urzędnik państwowy (premier, minister, prezes NBP), to jest to uzasadnione i w związku z tym bezkarne. Inaczej paragrafu 39 zrozumieć się nie da.

Trudno o lepszy przykład podwójnej moralności, zwanej u nas także "moralnością Kalego". Pragnienie zapewnienia sobie "blachy na dupę" sprawiło, że w tym przypadku władza gra z nami w otwarte karty. Po lekturze paragrafu 39 powinno być dla każdego jasne, iż jeżeli premier mówi, że polski złoty ma silne fundamenty, to znaczy, że manipuluje, bo jest dokładnie odwrotnie. Jeżeli tenże polski złoty na początku 2011 mocno zwyżkuje w stosunku do innych walut, to znaczy, że prezes NBP w zmowie z ministrem finansów rzucili nagle na rynek 9 mld euro z rezerw państwowych i nie ma to nic wspólnego z kursem kształtowanym przez rzeczywistą podaż i popyt. Jeżeli wysoki urzędnik państwowy twierdzi, że inflacja będzie spadać, to otrzymujesz obywatelu sygnał, że będzie rosnąć. A jeżeli słyszysz o świetlanej przyszłości naszej gospodarki, to możesz to odczytać jako: "Okręt tonie, ratuj się kto może."

wtorek, 21 grudnia 2010

Mieszkaniowe mity

Do napisania tego tekstu skłonił mnie wczorajszy post na blogu Roberta Gwiazdowskiego. Ten ceniony przeze mnie ekonomista tym razem popełnił ewidentnego knota niezgodnego z logiką, za to bardzo spolegliwego w stosunku do tez od lat lansowanych przez lobby deweloperskie. W szczególności pan Gwiazdowski powielił kilka mitów nie mających nic wspólnego z rzeczywistością.

Mit nr 1: W odróżnieniu od Zachodu (USA, Europa Zachodnia) w Polsce popyt na nieruchomości kształtowany jest przez rzeczywiste potrzeby, a nie przez spekulację.

Tak się składa, że od 11 lat mieszkam na osiedlu składającym się z domów jednorodzinnych i wielomieszkaniowych kamienic oddanych do użytku w okresie ostatnich 15 lat. Mogę stwierdzić, że ponad połowa zasobów mieszkaniowych nie jest i nigdy nie była zasiedlona. Domy i mieszkania zostały kupione przez ludzi, których priorytetowym celem był zysk na rosnących cenach nieruchomości. Ich właścicieli można podzielić na 3 grupy:
a) zamożni ludzie mieszkający w Polsce posiadający 2 lub więcej nieruchomości
b) Polacy pracujący za granicą planujący na starość powrót do Polski
c) osoby z zagranicy (na ogól polskiego pochodzenia, chociaż niekoniecznie) nie planujące kiedykolwiek zamieszkania w Polsce
Kupno nieruchomości w Polsce (za gotówkę lub na kredyt) przez cały czas traktowane było jako doskonała inwestycja, na której można dobrze zarobić. Do tego stopnia, że właściciele owych pustostanów nigdy nie byli zainteresowani ich wynajmem. Sytuacja pod tym względem zaczęła się zmieniać dopiero w bieżącym roku.

Mit Nr 2: Ponieważ Polacy traktują zakup nieruchomości jako inwestycję życiową (żeby nie mieszkać z teściową), a nie kapitałową, to rynek hipoteczny w Polsce jest bezpieczniejszy niż na Zachodzie (ze względu na większą motywację do spłacania kredytu).

To już jest kompletna brednia. Inwestor kapitałowy posiadający inne mieszkanie i trochę oszczędności, w razie kryzysu ryzykuje stratą na inwestycji. Natomiast w Polsce (podobnie, jak w USA i w Hiszpanii, ale odmiennie, niż na przykład w Niemczech) banki udzieliły kredytów wielu młodym ludziom nie posiadającym niczego poza lichą pracą i dobrymi chęciami. W razie utraty pracy (co jest bardzo prawdopodobne w perspektywie 30-40 lat spłacania kredytu) taki człowiek staje się niewypłacalnym NINJA i żadna motywacja nie zapobiegnie wylądowaniu pod mostem (z jednoczesną stratą dla banku). Dodatkowy pogarsza sytuację fakt, że duża część kredytów w Polsce została zaciągnięta w walutach obcych. Jak by na to nie patrzeć, rynek hipoteczny w Polsce obciążony jest bardzo dużym ryzykiem.

Mit Nr 3: Kupno mieszkania na kredyt jest znacznie lepszą alternatywą od wynajmu

Przez blisko 10 lat pracowałem i mieszkałem w jednym z krajów zachodniej Europy. Ponieważ traktowałem swój pobyt jako czasowy, wynajmowałem mieszkanie w dużej kamienicy. Rozpiętość dochodów wśród moich sąsiadów była znaczna. Trafiały się samotne matki z trojgiem dzieci żyjące z socjalu, ale z drugiej strony wynajmowali mieszkania także samotni lekarze lub prawnicy. Generalnie spory odsetek społeczeństwa przez całe życie mieszkał w lepszych lub gorszych wynajętych nieruchomościach, czego nikt nie traktował jako ujmy na honorze. W Polsce pozostałości PRL-owskiego myślenia plus propaganda deweloperskiego lobby doprowadziła do powstania swoistej ideologii, w myśl której człowiek mieszkający w wynajętym mieszkaniu to "nieudacznik", a człowiek kupujący mieszkanie na kredyt to "zaradny". Przy tym wynajmowanie mieszkania, to "nabijanie kabzy prywaciarzowi", podczas gdy w zakupie mieszkania na kredyt nie widzi się "nabijania kabzy zagranicznemu bankowi". Wybór pomiędzy wynajmem i zakupem to sprawa indywidualnych priorytetów każdego człowieka, a nie jakiejś poprawności politycznej.

Mit Nr 4: W Polsce perspektywy dla budownictwa są znakomite, ponieważ istnieją duże potrzeby mieszkaniowe wśród ludności.

Tu już nawet trudno polemizować na przyzwoitym poziomie. Jeszcze większe potrzeby są w Czarnej Afryce. No, i co z tego wynika? Gówno, panie Gwiazdowski.

wtorek, 14 grudnia 2010

Pierwsza dekada

11 lat temu cała ludzkość szykowała się na wielkie wydarzenie, jakim miało być wkroczenie w nowe tysiąclecie. Niezgodnie z matematyką, ale zgodnie z emocjami uznano, że rok 2000 to pierwszy rok XXI wieku i nikogo nie przekonywały racjonalne dowody, że właściwie pierwszym dniem trzeciego tysiąclecia będzie dopiero 1 stycznia 2001. Dzisiaj te millenijne emocje opadły i chyba już nikt nie zakwestionuje faktu, że 31 grudnia br. zakończy pierwszą dekadę nowego wieku i tysiąclecia. To dobra pora, aby przeanalizować, co z licznych przed 11 laty przepowiedni i prognoz potwierdziło się, a co można już teraz miedzy bajki włożyć.

Zacznijmy od sytuacji politycznej współczesnego świata. Jest on dość diametralnie różna, od tego co prognozowano. A prognozowano wówczas "koniec historii" i zgodne współżycie narodów świata, strzeżone przez jedno światowe mocarstwo - Stany Zjednoczone Ameryki. Co prawda, niektóre decyzje administracji prezydenta Billa Clintona pod koniec lat 90-tych XX wieku wzbudzały zastrzeżenia opinii publicznej (zbyt jednostronne popieranie Izraela w konflikcie bliskowschodnim, kontrowersyjne bombardowanie Jugosławii), to jednak prawie nikt nie brał na serio możliwości zakwestionowania "Pax Americana" przez najbliższe kilkadziesiąt lat.

Wydarzenia z 11 września 2001 roku stanowiły dla świata szok tym większy, że uderzenie wyszło ze strony, której nikt by nawet nie podejrzewał o takie możliwości techniczne i logistyczne, a mianowicie radykalnych islamistów ucieleśnionych w postaci Al-Kaidy Osamy bin Ladena. Mocarstwo zareagowało jak zraniony lew, z furią atakując prawdziwego lub domniemanego przeciwnika w Afganistanie i Iraku. Rozpętano dwie wojny,w których śmierć poniosły setki tysięcy, jeśli nie miliony ludzi, a które (zwłaszcza ta w Afganistanie) okazały się wojnami nie do wygrania. USA ubrudziły sobie mocno ręce (Abu Ghraib, Guantanamo itp.) i stopniowo straciły sympatię świata. Można nawet pokusić się o stwierdzenie, że za kadencji George'a W. ("Debilju") Busha utraciły cały swój budowany przez dziesięciolecia autorytet moralny, którego nie zdołał odzyskać też jego następca, Barack Obama.

Jednocześnie z politycznym osłabieniem USA ujawniły się nowe siły, które zgłosiły swoje mocarstwowe aspiracje. Olbrzymi sukces gospodarczy Chin zaowocował powstaniem drugiej światowej siły, która w coraz większym stopniu stanowi przeciwwagę dla USA. Na dalszych pozycjach nastąpiły także istotne przetasowania. Kompletnej degrengoladzie uległa Organizacja Narodów Zjednoczonych. Osłabieniu roli Unii Europejskiej i Japonii towarzyszyło częściowe odbudowanie silnej pozycji Rosji, a także powstanie nowych moczrstw regionalnych w postaci Indii i Brazylii. Zwalczany przez USA islamski terroryzm nie tylko nie zniknął, ale wręcz umocnił się w wielu muzułmańskich krajach i środowiskach, chociaż nie zanotował już tak spektakularnych sukcesów, jak atak na World Trade Center.

Należy też zwrócić uwagę na powstanie i systematyczny rozwój bardzo niepokojącego zjawiska, które nazwałbym pełzającym zamordyzmem. Pod wpływem rosnących w siłę służb specjalnych i pod pozorem walki z terroryzmem, narkomanią i pedofilią w coraz większym stopniu dochodzi do systematycznego łamania praw człowieka w krajach formalnie czysto demokratycznych. Na lotniskach i posterunkach policji uczciwi obywatele zmuszani są do poddawania się upokarzającym procedurom, w coraz większym stopniu stosuje się podsłuchy, pojawiają się kolejne działania władz godzące w wolność słowa, zwłaszcza w internecie. Walka z przestępstwami natury seksualnej stała się wygodną przykrywką do zwalczania przeciwników politycznych. Państwowa kontrola mediów stwarza warunki do rozprzestrzeniania się modelu demokracji totalitarnej ewentualnie totalitaryzmu demokratycznego, abstrahując od pozornej absurdalności tych określeń.

Millenijne prognozy gospodarcze były również optymistyczne. Zakładano przedłużenie na czas nieokreślony wspaniałej koniunktury lata 90-tych. Założenie te zostały rychło skorygowane przez kryzys tzw. nowych technologii w połowie roku 2000, a następnie załamanie gospodarcze towarzyszące zamachom z 11.09.2001. Chcąc przeciwdziałac grożącej recesji, banki centralne wiodących państw świata zareagowały wówczas obniżeniem stóp procentowych poniżej poziomu inflacji, co z kolei doprowadziło do powstawania na wielką skalę kolejnych baniek spekulacycjnych na rynkach kapitałowych i surowcowych. Pęknięcie balona na cenach nieruchomości w USA było bezpośrednią przyczyną potężnego kryzysu jesienią 2008. Został on pozornie zażegnany poprzez wsparcie na nigdy niespotykaną skalę zagrożonego sektora finansowego zastrzykiem sztucznie wykreowanego przez banki centralne pieniądza. Wielu ekonomistów uważa, że ta metoda nie tyle zlikwidowała zarzewie potężnej recesji, co odsunęła ją w czasie za cenę nieuchronnej światowej hiperinflacji.

Jednocześnie zadłużenie większości państw świata sięgnęło poziomów spotykanych dotychczas jedynie w czasach długotrwałych wyniszczajacych wojen. Kolejne kraje stają się faktycznymi bankrutami (Islandia, kraje bałtyckie, Grecja, Irlandia) sztucznie reanimowanymi przy pomocy instytucji międzynarodowych (Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Unia Europejska). Wdrożone w wielu krajach programy oszczędnościowe są kompletnie niewystarczające w stosunku do potrzeb. Najbardziej zagrożone są sytemy emerytalne i publicznej ochrony zdrowia. Widmo światowej katastrofy ekonomicznej jest bliższe rzeczywistości, niz kiedykolwiek wczesniej od czasów II Wojny Światowej.

Stosunkowo najmniej zmieniło się w pierwszej dekadzie XXI wieku w sferze wiary i ideologii. Śmierć papieża Jana Pawła II osłabiła katolicyzm i pogłębiła światowy kryzys religii i religijności. W skali świata dominują bezideowość i bezmyślny konsumpcjonizm nastawiony na "tu i teraz". Człowiek coraz bardziej psychicznie upodabnia się do bydlęcia. Pytania o początek istnienia, sens życia i nieśmiertelność stają się dla większości mało istotne wobec wyboru kolejnego nachalnie lansowanego przez media gadżetu. Sprawy ostateczne i przykre zostały ukryte przed okiem ludzkim za wysokimi płotami i grubymi murami szpitali i hospicjów, a uniwersalnym środkiem na problemy materialne stał się kredyt. Zaciagany bez umiaru przez państwa, samorządy i pojedyńczych przedstawicieli naszego gatunku. Dla jego odmiany z początków XXI wieku przyszli naukowcy być może przyjmą określenie "Homo debeticus", czyli człowiek zadłużony, dla którego kredyt jest równie niezbędny do życia, jak woda i powietrze.

środa, 8 grudnia 2010

Wałach trojański

Kilka lat temu ktoś nazwał Polskę osłem trojańskim USA w Europie. Nie ma się co obrażać, bowiem to określenie było ( i nadal jest) bardzo słuszne. Nasi, pożal się Boże, politycy różnych opcji rzeczywiście zachowują się wobec Stanów Zjednoczonych, jak wierne i usłużne przydupasy, liczące na to, iż za pokorną postawę spadnie im jakaś kość z pańskiego stołu. Niestety, ta uniżona służalczość zupełnie nie popłaca. Za czynne popieranie amerykańskich zamorskich awantur w Iraku i Afganistanie Polska nie otrzymała kompletnie nic. Nawet wiz do USA nie zniesiono. Mało tego, zapewne przyjdzie nam przeżyć jeszcze większe upokorzenie, kiedy owe wizy zostaną zniesione dla obywateli Rosji, bo na to się zanosi.

No, ale na tym dosyć o Polsce. W związku z międzynarodową nagonką na twórcę i szefa Wikileaks Juliana Assange'a przyszło mi bowiem do głowy, że Amerykanie mają na europejskim kontynencie jeszcze jednego wiernego sojusznika. Tym razem nie na polu polityki, ale w dziedzinie poprawności politycznej. Jest nim Szwecja. Skoro Polska jest osłem, to nasz skandynawski sąsiad zza wielkiej bałtyckiej kałuży niewątpliwie zasłuzył sobie na miano wałacha. Wałacha trojańskiego USAw Europie.

Julian Assange jest ścigany bynajmniej nie za działalność na szkodę USA, ale za gwałt i molestowanie seksualne, co doskonale wplata się w dzisiejszą modę "made in USA" ścigania po całym świecie "pedofilów" i innych "szowinistycznych męskich świń". Szwedzka prokuratura wystawiła za Assange'em międzynarodowy list gończy w oparciu o zeznania dwóch pań, które mniej więcej w jednym czasie miały z nim łóżkową okoliczność. Dzisiaj do mediów przenikły pikantne szczegóły. Jedna ze Szwedek oskarżyła Julka o to, że w trakcie stosunku doszlo do peknięcia prezerwatywy. Druga natomiast zarzuciła mu "gwałt psychiczny". I smieszno i straszno, jak mawiają Rosjanie. Trzeba doprowadzić poprawność seksualną do absurdu, by ścigać mężczyznę za coś takiego. Ale tak właśnie jest w USA i w Szwecji, przy czym nie ma już tutaj większego znaczenia, czy obie panie udały się do prokuratury powodowane zazdrością, czy też zostały odpowiednio zmotywowane przez CIA.

Już dość dawno odkryłem, że o charakterze kraju i zamieszkującego go narodu doskonale świadczą ograniczenia prędkości w poruszaniu się na drogach, a także sposób, w jaki ludzie się do tych ograniczeń odnoszą. Generalnie im większy zamordyzm, tym niższa dopuszczalna prędkość maksymalna w terenie niezabudowanym. W Szwecji na większości dróg obowiązuje ograniczenie do 70 km/h, a kierowcy na ogół poruszają się z prędkością o 10 km/h niższą. Przekonanie, że władza zawsze wie lepiej? Mentalność muła? Raczej wałacha.

W USA dopuszczalne prędkości na drogach też należą do najniższych na świecie, a kary za ich przekroczenie są drakońskie. Na tym jednak nie kończą się podobieństwa pomiędzy obydwoma krajami. Zarówno w USA, jak i w Szwecji prawie wszystkie zakupy odbywają się przy użyciu kart kredytowych, a na człowieka płacącego gotówką patrzy się, jak na złodzieja, który zapewne przed chwilą obrabował bank. W Szwecji zresztą mocno zaawansowany był pomysł kompletnego zniesienia obrotu gotówkowego i chyba tylko ze względu na kryzys ekonomiczny władza czasowo od niego odstąpiła. W USA i Szwecji państwo wpierdala się (przepraszam za wulgaryzm, ale uważam go za niezbędny) we wszystko i z buciorami włazi nawet w życie prywatne. Zakazana jest prostytucja (w Szwecji i wielu stanach USA), przy czym ścigana i karana jest nie prostytutka, tylko mężczyzna chcący skorzystać z jej usług. Państwo szwedzkie uzurpowało sobie nawet prawo do karania swoich obywateli za takie czyny popełnione w innych krajach (na przykład przez turystów, czy marynarzy), ale na szczęście spotkało się z odmowa współpracy ze strony pozostałych państw Europy.

Większość krajów Europy ciągle opiera się przyjęciu szwedzko-amerykańskiego modelu życia. To znaczy takiego, w którym państwo ogranicza i kontroluje obywatela, który z kolei powinien wykazywać sie do tegoż państwa ( a także banków) maksymalnym zaufaniem i posłuszeństwem. Jest w Europie kraj, w którym na pustej autostradzie można sobie jechać autem nawet 270 km/h bez narażania się na etykietę "pirata drogowego". W którym można pójść do burdelu bez obaw o jakiekolwiek sankcje karne, czy nawet ostracyzm otoczenia. W którym w stanie nietrzeźwym można sobie swobodnie pośpiewać lub pokrzyczeć na temat zalet ojczyzny i ukochanego klubu piłkarskiego. Na przykład tak: Deutsche Huren, deutsches Bier, Schalke Null Vier!

sobota, 23 października 2010

Jaś i Małgosia

Kiedyś chciałem zostać dramatopisarzem, ale zawsze brakowało mi chęci, weny lub zapału. Aż do wczoraj. Postanowiłem spróbować swych sił w tej dziedzinie po przeczytaniu informacji o nowym sukcesie naszych dzielnych służb wymiaru sprawiedliwości. Złapali pedofila. I to jakiego! Artysta malarz po ASP rozpowszechniał w internecie własnoręcznie malowane obrazy o treści pedofilskiej. Jakby tego było mało, zbrodniarz zachęcał do ich kupna wierszykiem o pedofilskiej tematyce.

JAŚ I MAŁGOSIA
dramat w 1 akcie z pedofilią w tle

Miejsce akcji: sala sądowa podczas rozprawy przy drzwiach zamkniętych

Osoby:

1. Jan, prokurator, kawaler w wieku lat trzydziestu kilku z wyglądu podobny do Zbigniewa Ziobry

2. Małgorzata, sędzina, czterokrotna rozwódka
w wieku lat 38,5 , blondynka o bujnych kształtach

3. Pedofil, wiek i wygląd nieistotny


J: - Wysoki Sądzie! Oskarżony dopuścił się czynów zasługujących na najsurowszą karę. Zacznę od dowodu rzeczowego numer 1. Jest to namalowany własnoręcznie przez oskarżonego obraz przedstawiający nagą dziewczynkę lat około 12. - (wręcza obraz Małgorzacie)

M: - Oskarżony, kim jest osoba przedstawiona na tym obrazie i ile ma lat? -

P: - Taka osoba nie istnieje. Malowałem z wyobraźni. -

J: - Tym gorzej dla oskarżonego. To dowodzi, że ma chorą wyobraźnię. Ten obraz to ponad wszelką wątpliwość pornografia dziecięca. Świadczy o tym fakt, że pokazane są organy płciowe dziewczynki. -

P: - Protestuję. Tam nie ma żadnych organów płciowych. -

M: (zakładając okulary i przyglądając się obrazowi) - Ja też nie widzę organów. Co pan na to, panie prokuratorze? -

J: - Eee... Ponieważ dziewczynki w przeciwieństwie do chłopców nie mają organów płciowych, a więc skoro ich nie ma, to znaczy, że są. -

M: - Dziewczynki nie mają organów płciowych? Czy widział pan kiedyś nagą dziewczynkę, panie prokuratorze? -

J: - Broń Boże! Nie jestem pedofilem. -

M: - A nagą kobietę? -

J: (czerwieniąc się) - No, tak się złożyło, że też nie.

M: - A więc niech pan sobie zapamięta. Kobiety mają organy płciowe i są z nich dumne. Na tym obrazie ich nie widać, bo dziewczynka ma założoną nogę na nogę. Oskarżony, czy przedstawiona na obrazie osoba jest nieletnia, czy dorosła? -

P: - Oczywiście dorosła, Wysoki Sądzie! -

M: - To dlaczego nie ma owłosienia łonowego? -

P: - Bo jest chora na białaczkę i leczona chemioterapią. -

M: - To dlaczego ma włosy na głowie. -

P: - To peruka. -

M: - Na górze ma perukę, a na dole nie ma peruki? Coś kręcicie, oskarżony. Ile, waszym zdaniem lat ma osoba przedstawiona na obrazie? -

P: - Trzydzieści osiem i pół. -

M: (z oburzeniem) - Trzydzieści osiem i pół? Ja wam pokażę, jak wygląda kobieta w wieku trzydziestu ośmiu i pół roku. (Wstaje i bierze w dłonie swój obfity biust, a następnie nim potrząsa). Dlaczego osoba na obrazie nie ma biustu? -

P: - Niektóre kobiety tak mają, Wysoki Sądzie. Na przykład biegaczki na długich dystansach. Albo gimnastyczki .. -

M: - Co wy mi tutaj zawracacie głowę jakimiś sportowymi pierdołami, oskarżony? To wy już nie macie kogo malować, tylko gimnastyczki chore na białaczkę? Jak by nie było na tym świecie zdrowych kobiet? -

P: - Chętnie panią namaluję, Wysoki Sądzie. Z wyobraźni. -

M: - Dlaczego z wyobraźni? Ja mogę przecież pozować. Pogadamy o tym po rozprawie. Poproszę o następne dowody, panie prokuratorze. -

J: - Oto dowód rzeczowy numer 2, który dobitnie potwierdzi pedofilskie skłonności oskarżonego. Ten obraz przedstawia dojrzałą, nawet bardzo dojrzałą nagą kobietę, która swoimi szponami... to jest chciałem powiedzieć rękami manipuluje przy genitaliach nagiego chłopca w wieku lat około 8. (wręcza obraz Małgorzacie)

M: (przyglądając się obrazowi) - Co wy na to, oskarżony? Chyba nie chcecie nam wmówić, że to też malowane z wyobraźni? Tę panią na obrazie to ja przecież gdzieś widziałam w telewizji. Czy to jest pani minister od edukacji? -

P: - Nie, to Baba Jaga, Wysoki Sądzie.-

M: (lekko skonfundowana) - Mniejsza o kobietę. Ile lat ma chłopiec? -

P: - To dorosły mężczyzna. -

M: - To dlaczego jest taki mały? -

P: - On się wydaje mały, bo Baba Jaga ma dwa i pół metra. Tak naprawdę, to on jest wzrostu pana prokuratora. -

J: - Ja sobie wypraszam. Mam 166, 5 cm i jestem średniego wzrostu. -

M: - Cicho, kurduplu! Nie wtrącaj się. Słuchajcie no, oskarżony. Jak mi wytłumaczycie fakt, że dorosły mężczyzna ma tak małego penisa? Z literatury fachowej i z własnego doświadczenia wiem, że niscy mężczyźni bywają hojnie obdarzeni przez naturę. Nawet mój pierwszy mąż, który miał najkrótszego w całym akademiku, miał trochę dłuższego, niż ten tutaj, na obrazku. Chyba już się nie wykręcicie od pedofilii. -

P: - Ja wszystko wyjaśnię, Wysoki Sądzie. Chciałem mu namalować dłuższego, ale właśnie skończyła mi się farba. A następnego dnia rano przyszła policja, więc już nie zdążyłem. -

M: - Tak, to brzmi przekonująco. Czy są jeszcze inne dowody rzeczowe? -

J: - Mam jeszcze wierszyk o pedofilskiej treści autorstwa oskarżonego. -

M: - Niech pan przeczyta. -

J: (czerwieniąc się) - Ale to są takie świństwa. Ja nie mogę. To mi nie przejdzie przez usta. -

M: - Dorosły mężczyzna, a taki wstydliwy. Jak pan ma na imię? -

J: (zaskoczony pytaniem): Ja? Ja..n. Dla przyjaciół Janek. -

M: - No więc niech pan czyta, panie Janku. W końcu nie ma tutaj dzieci, tylko sami dorośli. -

J: (spocony i zdenerwowany) - No, dobrze. Przeczytam. (zaczyna czytać)
"Tam na łące, tam przy szosie
Jaś pierdolił fest Małgosię."
Dalej nie mogę. Wstydzę się. -

M: (wsadzając sobie rękę pod spódnicę) - No, pierdol Jasiu, to jest chciałam powiedzieć, czytaj dalej. -

J: (płacząc) - Nie mogę. Naprawdę nie mogę. -

M: (uderza młotkiem w stół) - Zarządzam przerwę w rozprawie. Niech oskarżenie stawi się w moim gabinecie za 5 minut. Albo nie. Natychmiast!


czwartek, 21 października 2010

Imperia umierają stojąc.

Według określenia z Wikipedii imperium to wielkie państwo władające ogromnym terytorium, najczęściej powstałe drogą podbojów. Myślę, że należałoby dodać do tej definicji także frazę :"istniejące w tym kształcie i charakterze przez minimum 100 lat". W historii mamy bowiem dziesiątki przykładów efemerycznych potęg, które pomimo pozorów wielkości ulegały dezintegracji, zanim zdołały odegrać jakąś znaczącą rolę. Nie mam zamiaru analizować imperiów starożytnych i średniowiecznych, lecz skupić się na ostatnich 500 latach historii, po to by znaleźć pewne wspólne cechy mocarstw imperialnych i na tej podstawie spróbować odgadnąć, co niesie nam przyszłość. Wydaje mi się, że zawężone przeze mnie kryterium imperialności spełniało w tym okresie 5 państw: 2 europejskie tj. Hiszpania i Wielka Brytania, 2 euroazjatyckie tj. Turcja i Rosja i 1 pozaeuropejskie czyli Stany Zjednoczone Ameryki.

Lata 1500 -1900 to bezsprzeczna dominacja Europy w świecie. Nie ma więc nic dziwnego, że wśród imperiów przodują kraje tego kontynentu. Zastanawiające jest coś innego. Kiedy spojrzymy na mapę, zauważymy, że do największej potęgi doszły kraje położone nie w centrum, lecz na obrzeżach Europy. Graniczące na dużej długości z morzem, bezkresną tajgą, stepem lub pustynią, a przez to znacznie mniej narażone na napaść niż państwa otoczone wokół przez mniej lub bardziej życzliwych sąsiadów. Ponieważ powyższe spostrzeżenie dotyczy również USA, chyba można przyjąć, że pierwsza wspólna cecha imperiów polega na korzystnym (czyli zewnętrznym w stosunku do innych) położeniu geograficznym.

Śledząc historię, można zauważyć dalsze wspólne prawidłowości. Pierwszym etapem tworzenia imperium było pokonanie państw sąsiedzkich i zdobycie pozycji mocarstwa regionalnego. W przypadku Turcji była to likwidacja Bizancjum, w przypadku Rosji - pokonanie Rzeczpospolitej i Szwecji, w przypadku Hiszpanii - rekonkwista i wyparcie z Europy Arabów, w przypadku Wielkiej Brytanii - zwycięskie wojny z Francją i Holandią, wreszcie w przypadku USA - pokonanie i zdominowanie Meksyku. W następnym etapie zaprawione w boju, zwycięskie armie (w przypadku W. Brytanii głównie flota) ruszały na podbój dalszych terytoriów, coraz bardziej powiększając granice danego państwa (lub strefy wpływów). Warto też zauważyć, że w okresie dynamicznego wzrostu terytorialnego prawie wszystkie z wymienionych państw charakteryzowały się na tle innych zaawansowaniem cywilizacyjnym i sprawną administracją. Zarówno Turcja i Hiszpania w XVI wieku, jak W.Brytania w XVIII i XIX wieku, czy wreszcie Stany Zjednoczone w wieku XX wyprzedzały pod tym względem większość innych państw. Pewnym wyjątkiem jest tylko Rosja, której udało się zbudować imperialną pozycję pomimo cywilizacyjnego i ekonomicznego zacofania. Tak więc droga imperiów wiodła na ogół od potęgi gospodarczej do politycznej i wojskowej.

Również analizując okresy schyłkowe imperiów można dopatrzyć się pewnych norm. Z reguły i tutaj porażki na polu gospodarczym wyprzedzały klęski na polach bitew. Turcja i Hiszpania ewidentnie przegapiły rozwój gospodarczy wykreowany przez miasta i burżuazję. Pozostały ostojami feudalizmu, podczas gdy konkurenci czerpali już pełnymi garściami z dorobku i owoców kapitalizmu. Zacofanie gospodarcze przełożyło się na zacofanie techniczne i zwycięskie niegdyś armie i floty zaczęły przegrywać z rywalami. Hiszpania z Anglia i Francją, a Turcja z Austrią i Rosją. Młodsze imperia wyrosły na gruzach starszych. Wielka Brytania zajęła miejsce Hiszpanii na zachodzie Europy, Rosja zastąpiła Turcję w roli mocarstwa położonego na styku Europy i Azji.

Trochę inny jest przypadek Wielkiej Brytanii. W wieku XIX była ona wiodącą potęga gospodarczą, lecz z powodów natury geograficznej i demograficznej pod koniec tego stulecia zaczęła przegrywać ekonomicznie z dwoma nowymi mocarstwami tj. USA i Niemcami. Błąd Brytyjczyków polegał na nie wyeliminowaniu tych rywali w stosownym momencie (USA w czasie wojny secesyjnej, a Niemiec w przededniu zjednoczenia). Upatrujący tradycyjnie głównych rywali w Francuzach i Rosjanach, nie dostrzegli w porę zagrożenia ze strony zupełnie nowych współzawodników aspirujących do przejęcia władzy nad światem. W efekcie zostali zmuszeni najpierw do przymusowego uczestnictwa w największym wyścigu zbrojeń w historii, a następnie w dwóch wojnach światowych. Pozornie zwycięskie Imperium Brytyjskie wykrwawiło się w nich na śmierć i utraciło swą mocarstwowość w tempie szybszym, niż niegdyś Turcja, czy Hiszpania.

Losy Imperium Rosyjskiego potoczyły się jeszcze bardziej odmiennie. Wyjątkowo korzystne położenie geograficzne (od XVI wieku kompletny brak jakiegokolwiek rywala na wschodzie) sprawiło, że Rosja osiągnęła i utrzymywała przez dwa wieki mocarstwową pozycję pomimo poważnych mankamentów natury gospodarczej, społecznej i cywilizacyjnej. Dopiero nieuniknione w XIX wieku szersze otwarcie na świat doprowadziło do tego, iż zaczęła ona ewidentnie przegrywać rywalizację z innymi. Najpierw na polu gospodarczym, a potem także wojskowym (wojna krymska, wojna z Japonią, I Wojna Światowa). Zainicjowana w krytycznym momencie i przeprowadzona przez komunistów ucieczka w kierunku izolacjonizmu, zamordyzmu i społeczno-gospodarczego eksperymentu przyniosła w efekcie przedłużenie trwania imperium (w postaci ZSRR) o 70 lat. ZSRR odniósł wiele spektakularnych sukcesów (zwycięstwo w II Wojnie Światowej, loty w kosmos) zanim ostatecznie wyczerpał swe rozwojowe możliwości. Dzisiejszą Rosję, pomimo potęgi militarnej, można i trzeba postrzegać w kategoriach imperium schyłkowego.

Zanim przejdziemy do analizy imperium amerykańskiego, warto zwrócić uwagę na jeszcze jedną wspólną cechę charakterystyczną dla wszystkich wymienionych tu mocarstw. Otóż armia i administracja ( a także przemysł zbrojeniowy), które w okresie rozwojowym imperiów były motorem napędowym, w okresie schyłkowym stawały się kula u nogi gospodarki i źródłem destrukcji. Tak było w Turcji (bunty janczarów, korupcja wielkich wezyrów), Wielkiej Brytanii (nadmiernie rozbudowana przed I Wojną Światową, a następnie bezproduktywnie pocięta na złom Royal Navy) i Rosji (rewolucja 1917 wywołana przez niezadowolonych żołnierzy, zabójcze dla gospodarki ZSRR koszty wyścigu zbrojeń z USA w latach 70-tych i 80-tych XX wieku).

Wychodząc z podanej na wstępie definicji, mamy obecnie na świecie jedno imperium w fazie schyłkowej (Rosja), jedno państwo aspirujące do tej roli (Chiny) i jedno imperium z prawdziwego zdarzenia (USA). Imperialną pozycję osiągnęły Stany Zjednoczone pod koniec XIX wieku, przy czym za przełomowy moment można uznać zwycięską wojnę z Hiszpanią (1898). Ugruntowanie tej pozycji przyniosły obie wojny światowe, po czym nastąpił trwający blisko pół wieku okres rywalizacji z ZSRR o prymat na świecie. USA wyszły z tej rywalizacji zwycięsko i można było spodziewać się ich długotrwałej dominacji. Dość niespodziewanie ich pozycja uległa jednak gwałtownemu zachwianiu i pojawiły się pierwsze objawy świadczące o początkach utraty imperialnej roli. Przyczyniły sie do tego rażące błędy Amerykanów zarówno natury politycznej, jak i ekonomicznej. W sferze politycznej największym błędem było i jest jednostronne i dalekie od wszelkiego obiektywizmu popieranie Izraela w konflikcie bliskowschodnim. Efektem takiego bezkrytycznego działania jest totalna konflikt ze światem islamu i uwikłanie się w przewlekłe i kosztowne wojny w Iraku i Afganistanie. W dziedzinie ekonomii opłakane dla USA skutki przyniosła lansowana przez nie globalizacja, która doprowadziła do ewidentnie przegranej konkurencji gospodarczej z Chinami i kilkoma innymi mniejszymi krajami Azji. Dzisiaj Stany Zjednoczone stoją w obliczu potężnego kryzysu gospodarczego, a jednocześnie utraciły w świecie jakikolwiek autorytet moralny. Strefa wpływów USA radykalnie się skurczyła. Wypadła z niej większość krajów Ameryki Łacińskiej, Afryki i Azji Południowo-Wschodniej. Osłabieniu uległy wpływy amerykańskie w Europie i na Bliskim Wschodzie. Rola światowego żandarma okazała się niewdzięczna i bardzo kosztowna.

Sukces gospodarczy Chin pozwolił im na odgrywanie większej roli także w światowej polityce. Chiny jeszcze nie są imperium, ale są już mocarstwem coraz bardziej wpływjącym na losy świata. Sprzeczność interesów pomiędzy Chinami a USA stale rośnie, co musi doprowadzić do otwartej walki o światowy prymat. Czy będzie to walka jedynie na płaszczyźnie gospodarczej, czy też dojdzie pomiedzy tymi państwami do konfrontacji militarnej? Sądzę, że podobnie jak to było w przypadku rywalizacji amerykańsko-sowieckiej, obydwie potęgi wybiorą wariant unikania ostatecznego starcia i wojowania cudzymi rękoma (np. na Bliskim Wschodzie) Sadzę też, że zwycięzcą rywalizacji zostaną Chiny, gdyż historia uczy nas, iż następstwem prymatu ekonomicznego jest prymat polityczny i militarny.

Nie znaczy to, że Stany Zjednoczone z dnia na dzień stracą swą imperialną rolę. Przykłady czterech poprzednich imperiów (Turcja, Hiszpania, Wielka Brytania, Rosja) wskazują, iż imperia nie ulegają zagładzie w sposób nagły i gwałtowny. Nie giną dramatycznie w wyniku rewolucji lub przegranej wojny, lecz powoli tracą siły, stopniowo oddając władzę młodszym i zaradniejszym konkurentom. Imperia nie upadają z hukiem. One umierają stojąc, tak jak drzewa.






piątek, 15 października 2010

Franciszek Ferdynand - prekursor Unii Europejskiej

- A to nam zabili Ferdynanda - rzekła posługaczka do pana Szwejka, który opuściwszy przed laty służbę w wojsku, gdy ostatecznie przez wojskową komisję lekarską uznany został za idiotę, utrzymywał się z handlu psami, pokracznymi, nierasowymi kundlami, których rodowody fałszował.

Pierwsze zdanie "Przygód dobrego wojaka Szwejka" Jaroslava Haska spowodowało, że chyba już na zawsze zastrzelony w Sarajewie 28 czerwca 1914 roku arcyksiążę Franciszek Ferdynand będzie budził komiczne skojarzenia. Niesłusznie, bowiem był to człowiek dużego formatu i polityk, który wyprzedził swoją epokę. Urodzony w 1863 bratanek cesarza Austro-Węgier Franciszka Józefa I po tragicznej śmierci kilku innych członków dynastii Habsburgów chyba nieoczekiwanie dla samego siebie został następcą tronu. Cztery lat później Franciszek Ferdynand poślubił pochodzącą z czeskiej szlachty hrabinę Zofię Chotek. Franciszek Józef nadał Zofii tytuł księżnej von Hohenberg, ale jednocześnie uznał małżeństwo za morganatyczne, co oznaczało, że potomstwo Franciszka Ferdynanda i Zofii (córka Zofia - ur. 1901, synowie Maksymilian - ur. 1902 i Ernest - ur. 1904) nie będzie posiadało w przyszłości żadnych praw do tronu.



Jako następca tronu Franciszek Ferdynand odpowiedzialny był za sprawy wojskowe i zasłynął wówczas z niekonwencjonalnie przeprowadzanych inspekcji w garnizonach. Swoją wizytę zapowiadał z wyprzedzeniem i nakazywał wszystkim oficereom zgromadzenie się w najlepszym lokalu w mieście. W czasie, gdy wyelegantowany korpus oficerski niecierpliwie oczekiwał jego przyjazdu, on sam niespodziewanie zjawiał się w koszarach. Można sobie wyobrazić, że dalej wydarzenia toczyły się według scenariusza przedstawionego w filmie "C.K. Dezerterzy".

Na znacznie większą uwagę zasługują poglądy polityczne Franciszka Ferdynanda. Pod wpływem wizyty w USA stał się on największym zwolennikiem lansowanej przez rumuńskiego prawnika i jednocześnie profesora Uniwersytetu Wiedeńskiego Aurela Popovici koncepcji Stanów Zjednoczonych Wielkiej Austrii. Zakładała ona pełne równouprawnienie wszystkich narodów monarchii austro-węgierskiej i jej przekształcenie w federację 15 stanów wzorowanych na Stanach Zjednoczonych Ameryki. Nie trzeba dodawać, że Franciszek Ferdynand i Popovici liczyli w dalszym etapie na dobrowolny akces innych państw do federacji i jej przekształcenie w Stany Zjednoczone Europy. Oczywiście pod berłem Franciszka Ferdynanda. Ot, taka monarchistyczna wersja Unii Europejskiej sprzed 100 lat.

Franciszek Ferdynand wraz z żoną Zofią zginęli z rąk serbskich zamachowców w Sarajewie, a wkrótce potem narody Europy rzuciły się sobie do gardeł. Trzeba było dwóch wojen światowych i przyzwyciężenia komunistycznego totalitaryzmu, by Europa zaczęła się jednoczyć. Czy plany Franciszka Ferdynanda miały szanse na realizację, gdyby do zamachu nie doszło? Chyba nie, biorąc pod uwagę trwajacy wówczas najwiekszy w historii ludzkości wyścig zbrojeń. A jednak szkoda, że historia potoczyła się, tak jak się potoczyła i Europa definitywnie utraciła prymat w świecie. Dla nas Polaków zamach w Sarajewie to preludium wydarzeń, które sprawiły, że odzyskaliśmy niepodległość. Jednak dla Europy jako kontynentu, strzały w Sarajewie to niewątpliwie strzały we własną stopę.


środa, 13 października 2010

Halloween

Media zapodały, że miłościwie nam urzędujący Prezydent RP Bronisław hrabia Komorowski raczył powołać 6 nowych doradców. Na czele tej listy wymieniono Tadeusza Mazowieckiego, zaznaczając, że będzie on Doradcą Strategicznym. Tak jakoś się składa, że wszystko, co strategiczne kojarzy mi się z wojskiem i z wojnami. Na przykład bombowiec strategiczny B52, lotniskowiec strategiczny klasy Nimitz, strategiczne głowice jądrowe itd. Posunięty w leciech Tadeusz Mazowiecki nie za bardzo pasował więc mi na strategicznego. Doszedłem jednak do wniosku, że moim myśleniem kierują przesądy. Wszak bywali wodzowie, co dopiero grubo po 80-ce odnosili swe największe zwycięstwa (np. marszałek Radetzky).

Doradca strategiczny to więcej niż taki np. doradca ds bezpieczeństwa narodowego (którą to rolę w USA pełnił swego czasu Zbigniew Brzeziński). O ile bezpieczeństwo narodowe brzmi defensywnie, o tyle "strategiczny" wręcz przeciwnie. To, że wojna nieunikniona dotarło do mnie, kiedy zobaczyłem nazwiska pozostałych powołanych doradców ( w odróżnieniu od strategicznego, nazwijmy ich taktycznymi). No bo przecież dwojga imion Epaminondas Jerzy Osiatyński, chcąc nie chcąc musi kojarzyć się nie tylko ze Świętym Jerzym, który zabił smoka, ale przede wszystkim z wielkim starożytnym wodzem. Albo np. Henryk Wujec, który walkę z komuną przypłacił utratą oka. Wiadomo z historii i literatury, że tacy jednoocy to z reguły najstraszniejsi wojownicy, jak np. Jurand ze Spychowa, Jan Żiżka, czy Horatio Nelson.

A więc wodzu prowadź! Lance do boju, szable w dłoń! Zaraz, zaraz... Ale dokąd? Na Moskwę, czy na Teheran? No, bo przecież na ryby już za zimno, na grzyby chyba też. Przyszło mi do głowy, że może na pół litra, ale szybko porzuciłem tę myśl. Gdyby o to chodziło, to z pewnością powołania otrzymaliby także Aleksander Kwaśniewski i biskup Sławoj Głódź. Dedukowałem dalej. Gdybyśmy mieli iść na Moskwę, to w zacnym gronie doradców nie powinno zabraknąć Józefa Kowalskiego, 111-letniego weterana, co to jeszcze razem z ksiedzem Ignacym Skorupką przepedzał w 1920 roku bolszewików spod Warszawy. Brak Kowalskiego, to jednoznaczny sygnał, że ruszamy na Iran. Drżyjcie ajatollahy! Już tam Wielki Lew Lechistanu pogoni wam kota, że hej.

Pełen patriotycznego uniesienia, wgryzłem się w dalszą część tekstu podanego przez przekaziory. I zaraz patriotyzm uszedł ze mnie, jak powietrze z przekłutego balona. No, bo prezydent Komorowski stwierdził, iż "głównym zadaniem doradców będzie budowanie ducha Kancelarii Prezydenta". A więc nie chodzi o przedmurze chrześcijaństwa, walkę z pohańcem i desant jednostki Grom na wybrzeżu Morza Kaspjskiego. Chodzi o głupi pogański obyczaj zwany Halloween.

Zastanowiło mnie jednakowoż, jak to możliwe, żeby pałac prezydencki nie posiadał ducha, skoro dopiero trzeba go budować. Przejrzałem na Wikipedii historię tej budowli i dowiedziałem się ciekawych rzeczy. W XVIII wieku pałac służył za teatr i wystawiono w nim pierwszą polską operę zatytułowaną "Nędza uszczęśliwiona". Pomyślałem sobie, że chyba najwyższy czas wznowić to wiekopomne dzieło. Ale generalnie szukałem wzmianek o duchach. Jednego znalazłem. W 1944 roku w pałacu odbył się "junkierski ślub" martwego (bo zastrzelonego przez AK) generała Franza Kutschery z jego żywą norweską narzeczoną. Brrr, aż ciary mnie przeszły na myśl o takiej nekrofilii.

Franz Kutschera, hitlerowski zbrodniarz jako duch pałacu prezydenckiego w Warszawie? Never! Jamais! Takiego wała! Nam potrzebny jest duch polski, patriotyczny i katolicki. Doskonale nadawałby sie do tej roli duch świetej pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego. No, ale skoro decyzją kardynała Dziwisza Zimny Lech ma straszyć na Wawelu, to pałac prezydencki potrzebuje innego ducha, którego zbudują Tadeusz Mazowiecki i spółka. Wezmą chłopaki dynię i coś tam wyskrobią. Na Halloween będzie, jak znalazł. A potem znajdzie im się inne zajęcie. W zimie mogą lepić bałwana, a na wiosnę strugać wariata. Taktycznie i strategicznie. Tylko czemu, kurwa, za moje pieniądze?

niedziela, 10 października 2010

Widok z wierzchołka sinusoidy

W latach 70-tych i 80-tych ubiegłego stulecia wyprodukowano sporo filmów katastroficznych, których akcja toczyła się w bliżej niesprecyzowanej przyszłości, a które pokazywały problemy, z jakimi musi się borykać ludzkość w sytuacji dramatycznego przeludnienia naszej planety. Filmy były jak najbardziej na czasie, bowiem mniej więcej od połowy XIX wieku tempo wzrostu liczby ludności świata uległo gwałtownemu przyśpieszeniu. W świetle współczesnej wiedzy można przyjąć, że pierwsza istota, którą bez wątpienia można nazwać człowiekiem pojawiła się na Ziemi jakieś 70.000 lat temu. Ilość ludzi zwiększała się stopniowo, by około roku 1820 po Chrystusie osiągnąć pierwszy miliard. W 1930 było już 2 miliardy ludzi, w 1960 - 3 miliardy, a w 1974 - 4 miliardy. Na wykresie był to typowy obraz funkcji potęgowej. Ktoś skonstatował, że podobny wykres dla populacji lemingów prowadzi do wybuchu zbiorowego szaleństwa i masowego topienia się tych gryzoni w wodach Północnego Oceanu Lodowatego.

Ludzie jakoś uniknęli losu lemingów. Nie spełniły się też czarne scenariusze zakładające olbrzymie kłopoty ludzkości związane z brakiem pożywienia, brakiem wody lub zanieczyszczeniem środowiska naturalnego. Stało się tak, ponieważ tempo wzrostu ludzkiej populacji zaczęło raptownie wyhamowywać. Według prognoz z lat 70-tych w roku 2010 ludność świata powinna wynosić 9-10 mld, tymczasem w rzeczywistości osiągnęliśmy zaledwie 6,8 mld. Siódmy miliard zapewne czeka nas w roku 2012 lub 2013, a prognozy odnośnie ósmego są mocno niepewne. Być może ludzkość osiągnie ten poziom pod koniec lat 20-tych XXI wieku, a być może nigdy. Nasz wykres uległ gwałtownej zmianie. Zamiast funkcji potęgowej mamy teraz coś, co mocno przypomina sinusoidę, czyli wzgórze o stromych zboczach i łagodnym wierzchołku. Warto przy tym zauważyć, że o ile świat jako całość nie dotarł jeszcze do wierzchołka sinusoidy, to Europa znajduje się dokładnie na szczycie, a Polska przekroczyła go jakieś 10 lat temu. Powoli oswajamy się z myślą, że nigdy nie będziemy 40-milionowym krajem.

Wiele wskazuje na to, że ludzkość wpadła z deszczu pod rynnę, a problemy przed którymi stoi obecnie wcale nie są mniejsze, niż te, których szczęśliwie uniknęła. Zanim je określimy, wcześniej warto chyba się zastanowić nad przyczynami, które doprowadziły do tego, iż demografia sprawiła nam wszystkim tak wielką niespodziankę. Najprościej byłoby stwierdzić, że spadek tempa przyrostu naturalnego w świecie jest konsekwencją upowszechnienia się środków antykoncepcyjnych. Oznaczałoby to jednak spłycenie tematu bez próby odnalezienia faktycznego drugiego dna. Trzeba więc wymienić także inne poważne powody demograficznego regresu. W Chinach, najludniejszym kraju świata przyrost naturalny został zahamowany poprzez celową politykę państwa, zakazującą obywatelom posiadania więcej niż jednego dziecka. W południowej i środkowej Afryce spustoszenia dokonał AIDS. W sferze psychologicznej mocno namieszał feminizm, nakazujący kobietom rywalizację z mężczyznami i upodobnienie się do nich, a więc pośrednio deprecjonujący macierzyństwo. Jednak najważniejszy impuls, który skłonił ludzi do ograniczenia dzietności był natury ekonomicznej.

Od wieków i tysiącleci posiadanie dzieci był dla rodziców naturalnym ubezpieczeniem przed biedą i nędzą na starość. Niepisana umowa międzypokoleniowa głosiła: Ja ciebie chronię i żywię, póki nie osiągniesz fizycznej, psychicznej i ekonomicznej dojrzałości, a ty w zamian odpłacisz mi tym samym, kiedy będę zbyt stary i słaby, by samemu zdobyć środki na utrzymanie się przy życiu. Ze względu na dużą śmiertelność dzieci, dopiero posiadanie kilkorga potomstwa dawało nadzieję względnie bezpiecznej starości. Upowszechnienie się państwowych systemów emerytalnych i ochrony zdrowia radykalnie tę sytuację zmieniło. Płacąc przez cały okres aktywności zawodowej podatki i składki emerytalne, człowiek uzyskiwał w zamian od państwa świadczenia gwarantujące na starość utrzymanie i opiekę medyczną. Z ekonomicznego punktu widzenia posiadanie dzieci stało się zbędne, a nawet szkodliwe, ponieważ wiązało się z kosztami i przeszkodami w realizacji kariery zawodowej (zwłaszcza dla kobiet). Ludzie potrafią liczyć i szybko policzyli sobie ile kosztuje utrzymanie pierwszego, drugiego i każdego kolejnego dziecka. Najpierw w krajach najzamożniejszych, a potem także mniej zamożnych w miejsce rodziny typu 2+3 lub 2+2 zaczął zyskiwać popularność model 2+ pies.

Władze państwowe "od zawsze" miały ciągoty do zadłużania, czyli do zaciągania zobowiązań na koszt przyszłych pokoleń. Odejście od zabezpieczania wartości pieniądza rezerwami złota zwielokrotniło ten proceder i po kilkudziesięciu latach doprowadziło do światowego kryzysu zadłużeniowego. Wielu ekonomistów (w tym paru noblistów) bagatelizuje ten problem, wskazując, iż w przeszłości poszczególne kraje (np. USA, W. Brytania, Francja) bywały zadłużone bardziej, niż obecnie, a jednak spłaciły swoje zobowiązania. Moim zdaniem, kardynalnym błędem jest nie uwzględnianie czynnika demograficznego. Co innego spłacać długi w sytuacji, kiedy każde następne pokolenie jest liczniejsze od poprzedniego, a co innego kiedy jest dokładnie odwrotnie, czyli tak, jak dzisiaj. Spłacanie długów oznacza polaryzację świata na garstkę hiperbogaczy i miliardy skazane na ubóstwo, nie spłacanie - koniec obecnego systemu ekonomicznego i niewyobrażalny chaos, obydwa scenariusze - poważne niebezpieczeństwo wojen i rewolucji. Niektórzy twierdzą, że Europa wybroni się, ściągając imigrantów z krajów Trzeciego Świata, gdzie przyrost naturalny jest nadal dodatni. Czy jednak obcy etnicznie i kulturowo przybysze z Azji i Afryki zastąpią nam nasze dzieci i wnuki, których nie doczekamy? Śmiem wątpić.

Chciałbym być złym prorokiem, lecz wydaje mi się, że pierwszymi ofiarami połączenia lawinowo narastających długów publicznych z niekorzystnym trendem demograficznym będą system emerytalno-rentowy i system opieki zdrowotnej. Właściwe pytanie w tym przypadku nie brzmi czy, ale kiedy? Dalsze konsekwencje w dużej mierze zależą od demografii. Stabilizacja liczby ludności świata lub stopniowy łagodny jej spadek to krok w pożądanym kierunku. Przedłużenie sinusoidy ostro w dół oznacza katastrofę.




czwartek, 7 października 2010

Idiota Kraśko

Nie lubię ludzi pracujących w państwowej telewizji na stanowiskach komentatorów, zapowiadaczy, przepowiadaczy, przepytywaczy itd. Uważam, że to skandal, aby za 5-30 minut pracy dziennie brać horrendalne wynagrodzenia w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie. To towarzystwo wzajemnej adoracji, a właściwie rodzinno-koteryjna sitwa patrzy z góry nawet na czołowych polityków, wybitnych sportowców i gwiazdy ekranu oraz estrady. No, bo finansowo nikt im nie podskoczy. Piosenkarze i aktorzy miewaja wzloty i upadki, podobnie jak sportowcy i politycy. A w TVP forsa płynie do rąk jej gwiazd szerokim strumieniem, niezależnie od tego, czy rządzi PO, PiS, czy SLD.

Jednym z moich "ulubieńców" jest Piotr Kraśko. Wazeliniarz jakich mało i pierwszy szermierz politycznej poprawności. Zawsze po linii i na bazie, konformista do szpiku kości. Nawet nie lubiąc Kraśki, nie można jednak mu odmówić wielu zalet. To bardzo przystojny mężczyzna, o doskonałej dykcji i dużej kulturze osobistej. Zawsze elegancko ubrany i przyzwoicie mówiący po angielsku. Miałem też Piotra Kraśkę za człowieka inteligentnego. Do dzisiaj 6.10.2010. Teraz już wiem, że Kraśko to idiota.

W wiadomościach wieczornych TVP Piotr Kraśko oświadczył, że " ze względu na skażenie wód Dunaju na terytorium Węgier przez toksyczne odpady z kopalni aluminium, zagrożone są kolejne kraje położone nad tą rzeką, a mianowicie Serbia, Rumunia i Austria". To nie było przejęzyczenie, bo za chwilę identyczne sformułowanie pojawiło się w komentarzu do materiału filmowego. A więc zdaniem gwiazdy TVP Dunaj może płynąć pod górkę tj. z Węgier do Austrii.

Dziecko ze szkoły podstawowej wie (a przynajmniej powinno wiedzieć), że Dunaj ma swe źródła w Niemczech, a następnie płynie przez Austrię, Słowację, Węgry, Serbię, Rumunię, by ocierając się jeszcze o granice Bułgarii i Ukrainy wpaść do Morza Czarnego. Nie wie tego jednak światowiec i globtroter Piotr Kraśko. Tak się przyzwyczaił do zawracania kijem Wisły, że uczynił to samo z Dunajem.