niedziela, 10 października 2010

Widok z wierzchołka sinusoidy

W latach 70-tych i 80-tych ubiegłego stulecia wyprodukowano sporo filmów katastroficznych, których akcja toczyła się w bliżej niesprecyzowanej przyszłości, a które pokazywały problemy, z jakimi musi się borykać ludzkość w sytuacji dramatycznego przeludnienia naszej planety. Filmy były jak najbardziej na czasie, bowiem mniej więcej od połowy XIX wieku tempo wzrostu liczby ludności świata uległo gwałtownemu przyśpieszeniu. W świetle współczesnej wiedzy można przyjąć, że pierwsza istota, którą bez wątpienia można nazwać człowiekiem pojawiła się na Ziemi jakieś 70.000 lat temu. Ilość ludzi zwiększała się stopniowo, by około roku 1820 po Chrystusie osiągnąć pierwszy miliard. W 1930 było już 2 miliardy ludzi, w 1960 - 3 miliardy, a w 1974 - 4 miliardy. Na wykresie był to typowy obraz funkcji potęgowej. Ktoś skonstatował, że podobny wykres dla populacji lemingów prowadzi do wybuchu zbiorowego szaleństwa i masowego topienia się tych gryzoni w wodach Północnego Oceanu Lodowatego.

Ludzie jakoś uniknęli losu lemingów. Nie spełniły się też czarne scenariusze zakładające olbrzymie kłopoty ludzkości związane z brakiem pożywienia, brakiem wody lub zanieczyszczeniem środowiska naturalnego. Stało się tak, ponieważ tempo wzrostu ludzkiej populacji zaczęło raptownie wyhamowywać. Według prognoz z lat 70-tych w roku 2010 ludność świata powinna wynosić 9-10 mld, tymczasem w rzeczywistości osiągnęliśmy zaledwie 6,8 mld. Siódmy miliard zapewne czeka nas w roku 2012 lub 2013, a prognozy odnośnie ósmego są mocno niepewne. Być może ludzkość osiągnie ten poziom pod koniec lat 20-tych XXI wieku, a być może nigdy. Nasz wykres uległ gwałtownej zmianie. Zamiast funkcji potęgowej mamy teraz coś, co mocno przypomina sinusoidę, czyli wzgórze o stromych zboczach i łagodnym wierzchołku. Warto przy tym zauważyć, że o ile świat jako całość nie dotarł jeszcze do wierzchołka sinusoidy, to Europa znajduje się dokładnie na szczycie, a Polska przekroczyła go jakieś 10 lat temu. Powoli oswajamy się z myślą, że nigdy nie będziemy 40-milionowym krajem.

Wiele wskazuje na to, że ludzkość wpadła z deszczu pod rynnę, a problemy przed którymi stoi obecnie wcale nie są mniejsze, niż te, których szczęśliwie uniknęła. Zanim je określimy, wcześniej warto chyba się zastanowić nad przyczynami, które doprowadziły do tego, iż demografia sprawiła nam wszystkim tak wielką niespodziankę. Najprościej byłoby stwierdzić, że spadek tempa przyrostu naturalnego w świecie jest konsekwencją upowszechnienia się środków antykoncepcyjnych. Oznaczałoby to jednak spłycenie tematu bez próby odnalezienia faktycznego drugiego dna. Trzeba więc wymienić także inne poważne powody demograficznego regresu. W Chinach, najludniejszym kraju świata przyrost naturalny został zahamowany poprzez celową politykę państwa, zakazującą obywatelom posiadania więcej niż jednego dziecka. W południowej i środkowej Afryce spustoszenia dokonał AIDS. W sferze psychologicznej mocno namieszał feminizm, nakazujący kobietom rywalizację z mężczyznami i upodobnienie się do nich, a więc pośrednio deprecjonujący macierzyństwo. Jednak najważniejszy impuls, który skłonił ludzi do ograniczenia dzietności był natury ekonomicznej.

Od wieków i tysiącleci posiadanie dzieci był dla rodziców naturalnym ubezpieczeniem przed biedą i nędzą na starość. Niepisana umowa międzypokoleniowa głosiła: Ja ciebie chronię i żywię, póki nie osiągniesz fizycznej, psychicznej i ekonomicznej dojrzałości, a ty w zamian odpłacisz mi tym samym, kiedy będę zbyt stary i słaby, by samemu zdobyć środki na utrzymanie się przy życiu. Ze względu na dużą śmiertelność dzieci, dopiero posiadanie kilkorga potomstwa dawało nadzieję względnie bezpiecznej starości. Upowszechnienie się państwowych systemów emerytalnych i ochrony zdrowia radykalnie tę sytuację zmieniło. Płacąc przez cały okres aktywności zawodowej podatki i składki emerytalne, człowiek uzyskiwał w zamian od państwa świadczenia gwarantujące na starość utrzymanie i opiekę medyczną. Z ekonomicznego punktu widzenia posiadanie dzieci stało się zbędne, a nawet szkodliwe, ponieważ wiązało się z kosztami i przeszkodami w realizacji kariery zawodowej (zwłaszcza dla kobiet). Ludzie potrafią liczyć i szybko policzyli sobie ile kosztuje utrzymanie pierwszego, drugiego i każdego kolejnego dziecka. Najpierw w krajach najzamożniejszych, a potem także mniej zamożnych w miejsce rodziny typu 2+3 lub 2+2 zaczął zyskiwać popularność model 2+ pies.

Władze państwowe "od zawsze" miały ciągoty do zadłużania, czyli do zaciągania zobowiązań na koszt przyszłych pokoleń. Odejście od zabezpieczania wartości pieniądza rezerwami złota zwielokrotniło ten proceder i po kilkudziesięciu latach doprowadziło do światowego kryzysu zadłużeniowego. Wielu ekonomistów (w tym paru noblistów) bagatelizuje ten problem, wskazując, iż w przeszłości poszczególne kraje (np. USA, W. Brytania, Francja) bywały zadłużone bardziej, niż obecnie, a jednak spłaciły swoje zobowiązania. Moim zdaniem, kardynalnym błędem jest nie uwzględnianie czynnika demograficznego. Co innego spłacać długi w sytuacji, kiedy każde następne pokolenie jest liczniejsze od poprzedniego, a co innego kiedy jest dokładnie odwrotnie, czyli tak, jak dzisiaj. Spłacanie długów oznacza polaryzację świata na garstkę hiperbogaczy i miliardy skazane na ubóstwo, nie spłacanie - koniec obecnego systemu ekonomicznego i niewyobrażalny chaos, obydwa scenariusze - poważne niebezpieczeństwo wojen i rewolucji. Niektórzy twierdzą, że Europa wybroni się, ściągając imigrantów z krajów Trzeciego Świata, gdzie przyrost naturalny jest nadal dodatni. Czy jednak obcy etnicznie i kulturowo przybysze z Azji i Afryki zastąpią nam nasze dzieci i wnuki, których nie doczekamy? Śmiem wątpić.

Chciałbym być złym prorokiem, lecz wydaje mi się, że pierwszymi ofiarami połączenia lawinowo narastających długów publicznych z niekorzystnym trendem demograficznym będą system emerytalno-rentowy i system opieki zdrowotnej. Właściwe pytanie w tym przypadku nie brzmi czy, ale kiedy? Dalsze konsekwencje w dużej mierze zależą od demografii. Stabilizacja liczby ludności świata lub stopniowy łagodny jej spadek to krok w pożądanym kierunku. Przedłużenie sinusoidy ostro w dół oznacza katastrofę.




czwartek, 7 października 2010

Idiota Kraśko

Nie lubię ludzi pracujących w państwowej telewizji na stanowiskach komentatorów, zapowiadaczy, przepowiadaczy, przepytywaczy itd. Uważam, że to skandal, aby za 5-30 minut pracy dziennie brać horrendalne wynagrodzenia w wysokości kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie. To towarzystwo wzajemnej adoracji, a właściwie rodzinno-koteryjna sitwa patrzy z góry nawet na czołowych polityków, wybitnych sportowców i gwiazdy ekranu oraz estrady. No, bo finansowo nikt im nie podskoczy. Piosenkarze i aktorzy miewaja wzloty i upadki, podobnie jak sportowcy i politycy. A w TVP forsa płynie do rąk jej gwiazd szerokim strumieniem, niezależnie od tego, czy rządzi PO, PiS, czy SLD.

Jednym z moich "ulubieńców" jest Piotr Kraśko. Wazeliniarz jakich mało i pierwszy szermierz politycznej poprawności. Zawsze po linii i na bazie, konformista do szpiku kości. Nawet nie lubiąc Kraśki, nie można jednak mu odmówić wielu zalet. To bardzo przystojny mężczyzna, o doskonałej dykcji i dużej kulturze osobistej. Zawsze elegancko ubrany i przyzwoicie mówiący po angielsku. Miałem też Piotra Kraśkę za człowieka inteligentnego. Do dzisiaj 6.10.2010. Teraz już wiem, że Kraśko to idiota.

W wiadomościach wieczornych TVP Piotr Kraśko oświadczył, że " ze względu na skażenie wód Dunaju na terytorium Węgier przez toksyczne odpady z kopalni aluminium, zagrożone są kolejne kraje położone nad tą rzeką, a mianowicie Serbia, Rumunia i Austria". To nie było przejęzyczenie, bo za chwilę identyczne sformułowanie pojawiło się w komentarzu do materiału filmowego. A więc zdaniem gwiazdy TVP Dunaj może płynąć pod górkę tj. z Węgier do Austrii.

Dziecko ze szkoły podstawowej wie (a przynajmniej powinno wiedzieć), że Dunaj ma swe źródła w Niemczech, a następnie płynie przez Austrię, Słowację, Węgry, Serbię, Rumunię, by ocierając się jeszcze o granice Bułgarii i Ukrainy wpaść do Morza Czarnego. Nie wie tego jednak światowiec i globtroter Piotr Kraśko. Tak się przyzwyczaił do zawracania kijem Wisły, że uczynił to samo z Dunajem.

sobota, 2 października 2010

Pozostanie po nas lastriko

Podobnie, jak przed 80 laty mamy obecnie na świecie dwie całkowicie odmienne metody walki z kryzysem gospodarczym. Bardziej niekonwencjonalna jest metoda amerykańska, którą można by porównać do gaszenia pożaru benzyną. A więc zero oszczędności i pompowanie państwowych pieniędzy szerokim strumieniem do wszystkich potrzebujących. Pieniędzy świeżo pożyczonych lub świeżo dodrukowanych, jako że innych do dyspozycji nie ma. Przypomina to trochę New Deal Franklina Delano Roosevelta z lat 30-tych XX wieku, a także politykę gospodarczą Adolfa Hitlera. Jak wiemy, Niemcy wyszli na hitleryzmie fatalnie, podobnie jak (nie ze swojej winy) większość Europy. Natomiast Stany Zjednoczone za Roosevelta dokonały dynamicznego skoku naprzód i umocniły zdecydowanie swój prymat gospodarczy w świecie. Śmiem jednak twierdzić, że większa w tym zasługa wodza III Rzeszy (i zainicjowanego jego agresywną polityką ciągu wydarzeń), niż prezydenta USA i jego ekonomicznych doradców.

Metoda europejska jest bardziej tradycyjna i opiera się na zaciskaniu pasa w obliczu deficytów budżetowych i lawinowo rosnących długów publicznych. Na razie pas zaciskany jest głównie w sferze werbalnej, przy czym jak Europa długa i szeroka trwają spory, komu i ile zacisnąć. Jak dowodzi chociażby niedawna dyskusja premiera Donalda Tuska z redaktorem Tomaszem Lisem, każdy chętnie widzi się w roli zaciskającego cudzy pas, natomiast nikomu nie jest miła perspektywa poddania tej procedurze własnego tułowia. Pomimo dużego oporu związków zawodowych, od Hiszpanii po Ukrainę i od Wielkiej Brytanii po Grecję trwają wielkie przymiarki rządów poszczególnych państw do wprowadzenia w życie planów oszczędnościowych mających skutkować uzdrowieniem finansów publicznych.

Na tle innych krajów sytuacja Polski pozornie wygląda nie najgorzej. Deficyt budżetowy na poziomie 4% PKB i dług publiczny sięgający 55% PKB to znacznie poniżej średniej Unii Europejskiej i całej Europy. Jednak kiedy "wymiecie się śmieci spod dywanu", obydwa wymienione wskaźniki dramatycznie rosną. Przyjrzyjmy się więc dokładniej, jakie nasz kraj ma szanse na naprawę finansów publicznych i zastanówmy się, jakie skutki mogą przynieść rozważane przez polityków i media przedsięwzięcia oszczędnościowe.

Patrząc od strony dochodów Skarbu Państwa, nieunikniona i konieczna wydaje się podwyżka podatków. Na razie rząd Donalda Tuska zapowiedział podwyżkę VAT-u do 23%. W połączeniu z tradycyjnymi corocznymi podwyżkami gazu, prądu i wody będzie to dla społeczeństwa bolesne uderzenie. A przecież podwyżka VAT-u o 1 punkt procentowy to kropla w morzu potrzeb budżetu. Zapewne więc czekają nas w następnych latach kolejne podwyżki nie tylko VAT-u, ale i podatku dochodowego ewentualnie likwidacja ulg w tymże podatku (na dzieci, na internet). Nie trzeba być ekonomistą, żeby dostrzec, iż nie tędy droga. Przecież mniej pieniędzy w rękach obywateli musi skutkować zmniejszeniem popytu wewnętrznego. Na wzrost eksportu też nie ma co liczyć, ponieważ prezes NBP Marek Belka jest zwolennikiem działań na rzecz umacniania kursu złotego jako remedium na inflacyjne skutki podwyżki VAT-u. Logicznym następstwem wydają się więc wzrost bezrobocia i spadek PKB. No, ale premier Tusk i minister Rostowski prognozują wzrost PKB o 3,5 % w 2011 i jeszcze większy w kolejnych latach. Czyżby panowie byli "na proszkach", a może nawet "na dopalaczach"?

Logiczną alternatywą dla wzrostu dochodów budżetu jest spadek wydatków. Jednym z najbardziej chwytliwych medialnie postulatów jest szukanie oszczędności poprzez "zniesienie przywilejów emerytalnych". Niestety, jest to hasło nie mające żadnych szans na realizację. Komu można było, temu przywileje emerytalne odebrano już dawno, jak np. matkom wychowującym niepełnosprawne dzieci. Górnicy i służby mundurowe mają niepodważalne argumenty w postaci praw nabytych i jeszcze lepsze w postaci kilofów ewentualnie broni palnej i gazu łzawiącego. Jakoś nie wyobrażam sobie żadnego z polskich polityków na wzór prezydenta Ekwadoru walczącego wręcz w masce gazowej na twarzy przeciwko zbuntowanym policjantom.

Inną opcją jest podniesienie wieku emerytalnego, do czego przymierza się wiele europejskich państw. Ma to pewien sens w krajach, w których ten wiek wynosi obecnie 55-58 lat, a bezrobocie jest niewielkie. W naszych warunkach przymusowa praca niedomagających zdrowotnie staruszków wyrządzi jedynie krzywdę rzeszy bezrobotnej młodzieży, a efekt ekonomiczny będzie więcej niż wątpliwy. Chyba już lepiej płacić emerytury starym, niż zasiłki dla bezrobotnych młodym.

Pozostaje oszczędność o której rządzący czasami przebąkują półgębkiem, a która dla przeciętnego obywatela jest najbardziej oczywista. Chodzi o zmniejszenie administracji, która na przestrzeni ostatnich 20 lat rozrosła się ze 190 tys. do 470 tys. osób. Zwłaszcza najbardziej upartyjniona, niekompetentna i skorumpowana administracja centralna kwalifikuje się do natychmiastowej redukcji nawet o ponad 50%. Cyfry jednak są bezlitosne. Całkowity koszt administracji w Polsce to 78 mld zł rocznie, podczas gdy rzeczywiste potrzeby oszczędnościowe to kwota co najmniej 100 mld zł. Jak by nie liczyć, nie starczy.

Wnioski są smutne. Pakiety oszczędnościowe, które można zaaplikować w Polsce i innych krajach to półśrodki, które są daleko niewystarczające, aby zażegnać kryzys zadłużeniowy, tym bardziej, że na niekorzyść działa fatalna sytuacja demograficzna. Punkt krytyczny został dawno przekroczony i dzisiaj jest nie "za pięć dwunasta", lecz ładnych kilka godzin po północy. Wkrótce nadejdzie świt i bolesne przebudzenie żyjącego ponad stan świata. Wariant amerykański musi doprowadzić do hiperinflacji, wariant europejski (o ile wejdzie w życie) do głębokiej recesji. Liczniki długu publicznego (zarówno ten w Nowym Jorku, jak i ten zainstalowany niedawno w Warszawie) to tykające bomby zagarowe. Im później nastąpi eksplozja, tym będzie mocniejsza. System emerytalny i system powszechnej opieki zdrowotnej zawalą się z hukiem.Porządek gospodarczy oparty na pieniądzu fiducjarnym (nie mającym oparcia w dobrach materialnych, jak np. złoto) nieuchronnie zmierza do gwałtownego i niechlubnego końca.

Odwiedzanie cmentarzy w dniu Święta Zmarłych to także okazja do przemyśleń natury ekonomicznej. Przedwojenne lub jeszcze starsze okazałe grobowce zdają się sugerować, iż w owych czasach panował dobrobyt. Byłby to jednak wniosek fałszywy, jako że groby biedoty (która stanowiła zdecydowaną większość) po prostu na ogół nie przetrwały do dzisiaj. Przetrwały za to groby z 45 lat realnego socjalizmu. Na każdym cmentarzu można zobaczyć długie rzędy brzydkich nagrobków wykonanych z tanich materiałów: betonu, żelaznych prętów, a przede wszystkim lastriko. Jakże odmiennie prezentują się groby z ostatnich 15-20 lat. Piekne czarne marmury i kolorowe ozdobne kamienie sprowadzone z egzotycznych krajów to (obok sznurów samochodów i osiedli pełnych nowych eleganckich domów) wymierny i namacalny dowód ogromnego awansu cywilizacyjnego naszego kraju. Awansu, który w dużej mierze nastąpił na kredyt, a właściwie na koszt przyszłych pokoleń. Rachunki trzeba spłacać. Dużo wskazuje na to, że większości naszych dzieci i wnuków nie będzie stać na wystawienie naszemu pokoleniu porządnych marmurowych nagrobków. Pozostanie po nas lastriko.

piątek, 10 września 2010

Z frontu walki z pedofilią

Jak wczoraj rano poinformowały nas media, w ramach ogólnopolskiej policyjnej akcji pod kryptonimem "Regina" zatrzymano 102 pedofilów i zabezpieczono setki komputerów, laptopów, płyt CD i DVD. Zanim przejdę do szczegółów, myślę, że warto poruszyć pewien drobiazg. Jeżeli ktoś w biały dzień na oczach setek świadków zamorduje człowieka, to do chwili wydania prawomocnego wyroku sądowego jest jedynie "podejrzanym o morderstwo". Ale pedofilem człowiek staje się w momencie zatrzymania. A może jeszcze wcześniej? W momencie powzięcia podejrzenia przez organa ścigania? A może w momencie napisania donosu przez np. "życzliwą" sąsiadkę?

Po południu dowiedzieliśmy się więcej. Przede wszystkim to, że ze 102 zatrzymanych "pedofilów" postawiono zarzuty dwóm, a tymczasowo aresztowano jednego. A więc najprawdopodobniej do mieszkań 100 Bogu ducha winnych ludzi o 6 rano wtargnęły z łomotem jakieś specjalne grupy policji i wyciągnęły biedaków z łóżek. Po to, by parę godzin później zwolnić ich z braku jakichkolwiek dowodów na popełnienie przestępstwa. Śledztwo trwało od dwóch lat i zapewne zaangażowano do niego dziesiątki funkcjonariuszy. Akcja "Regina" kosztowała miliony, których zabrakło na walkę z bandytami, złodziejami i z prawdziwymi (a nie urojonymi w chorym umyśle jakiegoś nadgorliwego wyższego oficera policji) przestępcami seksualnymi. A setka niewinnych ludzi do końca życia będzie musiała żyć z piętnem "pedofilów".

Z mediów można było się też dowiedzieć, że jako podejrzanych wytypowano tych, którzy ściągali z pewnego forum internetowego zdjęcia nagiej dziewczynki. Nie wiem, ile lat miała dziewczynka kto jej zrobił i opublikował zdjęcia i czy stało się to za jej zgodą, czy też nie. Na te pytania powinna poszukać odpowiedzi policja, zamiast przeprowadzać spektakularną akcję, która okazała się wielkim niewypałem. Mój sprzeciw wzbudza również coraz częstsze traktowanie każdego zdjęcia nagiego dziecka jako pornografii dziecięcej. Nikt jeszcze nie zdefiniował pornografii, ale na pewno nagość (niezależnie od płci i wieku) nie jest z nią tożsama. Ktoś, kto tak twierdzi powinien się leczyć. Zarówno u seksuologa, jak i u psychiatry.

czwartek, 9 września 2010

Neosymonia

Niedawno napisałem tekst o poważnym kryzysie w Kościele katolickim. Kryzys ten ma także swój wymiar ekonomiczny. W wielu krajach co roku dziesiątki tysięcy wiernych formalnie wypisują się z Kościoła, co skutkuje coraz mniejszymi kwotami podatku kościelnego. W Polsce takiego podatku nie ma, lecz spadek osób chodzących do kościoła oznacza mniejsze wpływy z tacy. Negatywnie na finanse kościelne wpływa także drastyczny spadek zawieranych małżeństw i rodzących się dzieci, co uszczupla opłaty pobierane przez Kościół za udzielanie ślubów i chrztów. Chyba tylko wpływy z pogrzebów utrzymują się na w miarę niezmiennym poziomie.

Potrzeba jest matką wynalazku, a Kościół nie po raz pierwszy ma problemy finansowe. Kiedy na początku XVI wieku podjęto budowę bazyliki św. Piotra w Rzymie, wydatki Kościoła wzrosły lawinowo. Zbudowanie tak wspaniałej budowli kosztowało krocie, kolejni papieże zadbali więc o finansowanie, kierując się przy tym sformułowaną przez Machiavellego maksymą głoszącą, iż cel uświęca środki. Rozpoczęto na szeroką skalę sprzedaż odpustów. Papież w imieniu Pana Boga, a poszczególni biskupi w imieniu papieża odpuszczali grzechy wszystkim tym, którzy zapłacili odpowiednie kwoty. Płacili wszyscy, bogaci i biedni. Biednych stać było na wykupienie się od kilku dni czyśćca, bogacze mogli sobie pozwolić na odpuszczenie wszystkich grzechów popełnionych w przeszłości, a także w przyszłości. Mając gwarancje zbawienia, mogli więc dopuszczać się największych niegodziwości, z gwałtami i morderstwami włącznie. Wtedy właśnie narodziło się powiedzenie: "Hulaj dusza, piekła nie ma".

Od strony moralnej proceder sprzedaży odpustów był przez co światlejsze umysły postrzegany jako jednoznacznie negatywny. Zakonnik z Wittenbergi Marcin Luter jako pierwszy ośmielił się go skrytykować publicznie, zarzucając papieżowi i biskupom symonię, czyli świętokupstwo. Kupczenie zbawieniem doprowadziło do schizmy i wystąpienia z Kościoła zwolenników Lutra, którzy utworzyli niezależny od papieża Kościół ewangelicki, a także do krwawych wojen religijnych w prawie całej Europie. Ostatecznie Kościół katolicki zaprzestał praktyki handlu odpustami. Na Watykanie powstała jedna z najwspanialszych budowli w dziejach ludzkości, lecz za wspaniałości bazyliki św. Piotra przyszło katolicyzmowi zapłacić definitywnym zaprzepaszczeniem szans na jedność chrześcijaństwa.

Mam wrażenie, że po 500 latach mamy do czynienia z powtórką z historii, przy czym tym razem kupczenie dotyczy świętości związku małżeńskiego kobiety i mężczyzny. Na straży świętości małżeńskiej przysięgi Kościół katolicki stał nieprzerwanie przez 2000 lat. Nie było wyjątków nawet dla najpotężniejszych władców. Henryk VIII nie otrzymał od papieża unieważnienia małżeństwa z Katarzyną Aragońską, chociaż bardzo o to zabiegał . Maksyma "dura lex sed lex" obowiązywała wszystkich, chociaż wielu ludziom zawarcie małżeństwa z nieodpowiednim partnerem mocno komplikowało życie. Z nadmiarem było to rekompensowane przez dobro dzieci, które wychowywały się w pełnych rodzinach. Warto też pamiętać, o czym zapominają krytykujące dziś katolicyzm feministki, że przez wieki nienaruszalność związku małżeńskiego zabezpieczała przede wszystkim interesy kobiet.

Dzisiaj Kościół znacznie rozluźnił swe stanowisko w kwestii sakramentu małżeńskiego. Przez wieki za wyłączne powody do unieważnienia małżeństwa uznawano kazirodztwo, bigamię i brak współżycia seksualnego małżonków. Obecnie pretekstem do unieważnienia ślubu jest także "zatajenie przed współmałżonkiem kwestii istotnych dla trwałości związku". Podobnie, jak "rozbieżność charakterów" przy rozwodach cywilnych, jest to pojecie tak ogólne, że może obejmować wszystko. Za powód do unieważnienia małżeństwa można więc uznać, iż żona zataiła przed mężem swoje lenistwo lub rozrzutność, a ten z kolei zataił upodobanie do hazardu lub skłonność do chrapania.

O skali zjawiska świadczy fakt, że w ubiegłym roku do sądów diecezjalnych w Polsce skierowano 40.000 takich spraw. Należy sądzić, że wnioskodawcy liczyli się z pozytywnym rozpatrzeniem swych wniosków, skoro decydowali się na zapłacenie adwokatom od 10.000 do 30.000 zł adwokatom reprezentującym ich interesy. Warto też zauważyć, że wyłączność na uczestnictwo w procesie o unieważnienie małżeństwa mają adwokaci, którzy uzyskali specjalną aplikację przyznawaną indywidualną decyzją odpowiedniego biskupa diecezjalnego. Trzeba być ślepym, żeby nie dostrzec w tym procederze ogromnego zagrożenia korupcją, a także symonią. Papieżu Benedykcie, prymasie Józefie, nie idźcie tą drogą!

środa, 1 września 2010

Seksualna teoria ekonomii

Mamy 1 września i, jak co roku, patriotyczno-męczennicze zadęcie w mediach. Jako odtrutkę na odgórne ogłupianie i odwracanie uwagi społecznej od spraw istotnych proponuję poniższy tekst napisany pół żartem, pól serio.

Jak wiemy z biologii, rozmnażanie płciowe polega na akcie miłosnym z udziałem osobników płci męskiej i żeńskiej. Efektem aktu jest (lub bywa) powstanie nowego życia i tym samym przedłużenie gatunku. Z własnego doświadczenia wiemy, że towarzyszy temu (a przynajmniej powinna towarzyszyć) przyjemność. Szanse zarówno na nowe życie, jak i na przyjemność spadają, jeżeli temu intymnemu kontaktowi dwojga różnych płci towarzyszy jakakolwiek ingerencja z zewnątrz (np. teściowej, duchowieństwa lub władzy).

Zauważyłem, że podobne mechanizmy działają również w gospodarce. Mamy tam do czynienia z pierwiastkiem męskim (popyt) i pierwiastkiem żeńskim (podaż). W wyniku kontaktu popytu z podażą dochodzi do transakcji kupna/sprzedaży, która jest podstawą wzrostu gospodarczego. Dzieje się tak wtedy, kiedy transakcja handlowa jest udana, to znaczy obie strony (kupujący i sprzedający) czerpią satysfakcję z jej realizacji. Jeżeli sprzedający sprzeda za tanio lub kupujący kupi za drogo, to taka transakcja nie będzie sprzyjała wzrostowi gospodarczemu.

Immanentną cechą każdej władzy jest chęć ingerowania zarówno w życie seksualne ludzi, jak i w stosunki ekonomiczne zachodzące miedzy nimi. Dopóki ta ingerencja nie przekracza umiarkowanego poziomu, jej wpływ zarówno na rozmnażanie, jak i na gospodarkę jest niewielki. Jednak często brutalne mieszanie się władz w sprawy prywatne prowadzi do powstawania poważnych patologii. Zakaz posiadanie więcej niż jednego dziecka w Chinach skutkował masowym procederem zabijania noworodków płci żeńskiej i doprowadził do sytuacji, w której 30% młodych Chińczyków na przestrzeni co najmniej 20-30 lat będzie bez szans na znalezienie partnerki we własnym kraju. Dopiero dowiemy się, jakie będą tego konsekwencje dla Chin i dla świata.

Zarówno w sferze płciowej, jak i gospodarczej mamy do czynienia z pewnymi cyklami. Kobieta jest płodna przez kilka dni w miesiącu, a gospodarka (przy założeniu braku ingerencji lub nieznacznej ingerencji ze strony państwa) rozwija się skokowo. Po okresie dynamicznego wzrostu następuje stagnacja, a nawet lekki regres. Podobnie jak cykl owulacyjny to zjawisko ekonomiczne winno być uznane za coś naturalnego, czego nie należy poprawiać. Znaleźli się jednak mędrkowie, którzy uznali, że cykl ekonomiczny to wada, a obowiązkiem władzy jest tę wadę naprawić. Chęć, by gospodarka rozwijała się w stałym tempie można porównać z żądaniem, aby kobieta była płodna bez przerwy lub z działaniem na rzecz ustanowienia ciągłego lata zamiast czterech pór roku.

Na przestrzeni dziejów zakres ingerencji władzy w gospodarkę bywał mniejszy lub większy. Najdalej posunął się realny socjalizm, który zupełnie oddzielił popyt od podaży i wprowadził pomiędzy nie nakazowo-rozdzielczy mechanizm regulowany przez centralne planowanie. W efekcie otrzymaliśmy nienaturalny system, w którym sztucznemu (bo produkcja była oderwana od rynku) wzrostowi gospodarczemu towarzyszył kompletny brak jakiejkolwiek satysfakcji tak dla sprzedającego, jak i dla kupującego. Można porównać to do wynaturzenia, jakim byłoby wprowadzenie sztucznej inseminacji wśród ludzi.

Dominujący w ostatnich dziesięcioleciach w ekonomicznej teorii i praktyce keynesizm nie posuwa się tak daleko, jak realny socjalizm, niemniej ingerencja państwa w gospodarkę jest wystarczająco głęboka, by doprowadzić do ciężkiej patologii, jaką jest globalny kryzys zadłużeniowy. Keynesiści nie ingerują w samą transakcję kupna/sprzedaży, lecz poprzez pieniądz fiducjarny (tzn. nie mający oparcia w wartościach materialnych i emitowany według urzędniczego widzimisię) i ręczne sterowanie stopami procentowymi stymulują zarówno popyt, jak i podaż. Innymi słowy dokonują gospodarczego samogwałtu. To tak, jakby kobietę i mężczyznę poddawać obowiązkowej długotrwałej masturbacji w okresie poprzedzającym właściwy stosunek seksualny. Wiadomo, że upowszechnienie takich praktyk musiałoby skutkować spadkiem dzietności. W gospodarce na dłuższą metę skutkuje nieuniknioną głęboką recesją, której poczatki własnie możemy obserwować.

czwartek, 26 sierpnia 2010

Butem w USA

12 października 1960 roku w ONZ toczyła się debata poświęcona likwidacji systemu kolonialnego. Przemawiał pewien filipiński senator, który wychwalał korzyści, jakie odniósł jego kraj w czasie, kiedy był kolonią Stanów Zjednoczonych. To tak zdenerwowało przewodniczącego delegacji ZSRR sekretarza generalnego KPZR Nikitę Siergiejewicza Chruszczowa, że ściagnął z nogi but i zaczął nim walić w pulpit. Filipińczyk stropił się i w dalszej części przemówienia nie wspominał już o zasługach USA, natomiast poparł wniosek ZSRR w sprawie rezolucji, jaką miano uchwalić.

Walenie butem w pulpit przeszło do historii. Chruszczow dał pokaz chamstwa, ale jednocześnie brutalnej siły. Większość krajów Trzeciego Świata zagłosowała za rezolucją taką, jakiej sobie życzyli Rosjanie, a wbrew stanowisku USA i ich sojuszników. Kraj Rad pokazał wszystkim, że trzeba się z nim liczyć. Właśnie za Chruszczowa ZSRR ( a tym samym Rosja) osiągnął historyczny szczyt potęgi. Ani za Katarzyny Wielkiej, ani za Stalina, ani za Breżniewa Rosjanie nie byli tak silni, jak właśnie za rządów Nikity Siergiejewicza. To wtedy zestrzelili szpiegowski U2 Gary Powersa, to wtedy poleciał w kosmos Jurij Gagarin. Ech, łza się w oku kręci.

Musiało minąć 48 lat, żeby USA ponownie zostało zaatakowane butem. Tym razem rzecz wydarzyła się w Iraku. Przemawiał prezydent USA George W. "Debilju" Bush i wychwalał korzyści, jakie odniósł Irak w okresie amerykańskiej okupacji. Trzeba być wyjątkowo bezczelnym człowiekiem, żeby mówić takie słowa. To prawie tak, jakby Hitler opowiadał o dobrodziejstwach, jakie odnieśli Żydzi za jego rządów. Nie wytrzymał tym razem iracki dziennikarz i rzucił w Busha butem. Rzut był celny, ale "Debilju" wykonał zręczny unik i uniknął uderzenia w głowę. Dziennikarz został aresztowany, ale pod naciskiem międzynarodowej opinii publicznej wkrótce wypuszczony.

Trzeci cios Butem zadała Amerykanom Tajlandia. Chodzi o Wiktora Anatoliewicza Buta, rosyjskiego handlarza bronią, który na wniosek USA został w Tajlandii aresztowany i decyzją tajskiego sądu miał być wydany Amerykanom. W ostatniej chwili tajski rząd wstrzymał ekstradycję Buta. Nie wiadomo jeszcze, jak sprawa się skończy, ale na razie wygląda na to, że po Szwajcarii (sprawa Polańskiego) kolejny kraj uznał, że Stany Zjednoczone nie maja prawa dyktować swej woli całemu światu. W sprawie Buta amerykańska buta została poskromiona.

P.S.
Zachęcam wszystkich do czytania kolejnych odcinków "W szponach złotego cielca". Tak się złożyło, że akcja książki w wielu miejscach mimowolnie nawiązuje do życiorysu Wiktora Anatoliewicza Buta.

sobota, 14 sierpnia 2010

Wojna i geografia

Znam wielu kierowców, w tym także zawodowych, którzy nie lubią i nie potrafią posługiwać się mapą. Jeżdżą zawsze na pamięć utartymi szlakami, a każde geograficzne odstępstwo od rutyny sprawia im poważny problem. Jeżeli więc zdarzy im się utknąć w korku spowodowanym przez poważny wypadek, to stoją w nim godzinami. Boją się zawrócić i poszukać innej drogi do celu, bo przecież mogliby zabłądzić. Na szczęście dla takich ludzi wynaleziono GPS.

Bywa znacznie gorzej, kiedy mapą nie potrafią posługiwać się wyżsi dowódcy wojskowi. Nie wiem, jaką ocenę z geografii miał w szkole późniejszy marszałek II Rzeczpospolitej Edward Rydz- Śmigły, ale podejrzewam, że nie był to jego ulubiony przedmiot. Gdyby lepiej znał się na geografii, to nie opracowałby tak beznadziejnego i kompletnie nie uwzględniającego przeszkód terenowych planu wojny obronnej przeciwko Niemcom. Zamiast zawczasu skoncentrować główne siły na rubieży Narew- Wisła - San ( z forpocztami na liniach Biebrzy, Bzury, Pilicy i Nidy), obsadził nimi granice, przez co skazał polskie wojska na forsowny i demoralizujący odwrót od pierwszego dnia walk.

Nie lepiej od naczelnego wodza wypadli pod tym samym względem jego podwładni, czyli dowódcy polskich armii. Zazwyczaj na wojnach bywa tak, że strona, na której terytorium toczą się walki odnosi pewne korzyści wynikające z lepszej znajomości terenu. W kampanii wrześniowej było dokładnie odwrotnie. To Niemcy bezlitośnie objeżdżali Polaków z lewa i prawa, wykorzystując polne drogi i leśne dukty, podczas gdy polskie armie na ogól wycofywały się głównymi drogami, zatarasowanymi przez tłumy cywilnych uciekinierów. Nawet najlepszy (obok gen. Antoniego Szyllinga) dowódca polskiej armii generał Stanisław Kutrzeba nie ustrzegł się poważnego błędu wynikającego z braku znajomości terenu. Podjął bowiem zaczepny kontratak na najmniej do tego celu nadającym się obszarze, a mianowicie na zupełnie pozbawionej lasów Równinie Kutnowskiej. W warunkach całkowitego panowania Luftwaffe w powietrzu taki kontratak z góry skazany był na niepowodzenie, podobnie jak pustynne szarże irackich czołgów podczas I Wojny w Zatoce.

Śmiem przypuszczać, że znacznie lepsi z geografii byli autorzy wspaniałego zwycięstwa w Bitwie Warszawskiej 1920, której 90 rocznicę właśnie obchodzimy, a mianowicie generał Tadeusz Rozwadowski (autor planu bitwy) i marszałek Józef Piłsudski (autor wykonania planu). Dostrzegli oni bowiem konsekwencje wynikające z obecności na wojennym teatrze tak niezwykłego zjawiska przyrodniczo-geograficznego, jakim były wówczas bagna Polesia. W ciągu ostatnich 50 lat poleskie bagna zostały w dużym stopniu zmeliorowane i osuszone, ale wtedy stanowiły jeden z największych na świecie obszarów bagiennych o wymiarach 300 x 150 km. Polesia nie była w stanie sforsować żadna armia. Prący do przodu bolszewicy musieli rozdzielić swoje siły na dwie części, przy czym odległość pomiędzy Frontem Zachodnim Tuchaczewskiego (na północ od Polesia), a Frontem Południowo-Zachodnim Jegorowa (na południe od Polesia) wynosiła przeszło 200 km w linii prostej. Stwarzało to stronie przeciwnej jedyną w swoim rodzaju szansę rozbicia jednego z ugrupowań bolszewickich, w czasie, gdy drugie nie było mu w stanie przyjść z pomocą.

Polscy wodzowie bezbłędnie wykorzystali zaistniałą sytuację. Co prawda, opóźnienia w mobilizacji rezerw sprawiły, że decydująca bitwa rozegrana została bardziej na zachód, niz to planował Piłsudski, tym niemniej istnienie olbrzymiej luki pomiedzy bolszewickim frontami umożliwiło skoncentrowanie wiekszości polskich sił przeciw Tuchaczewskiemu, a nastepnie okrążenie i rozbicie wiekszości jego wojsk śmiałym manewrem znad Wieprza. Zwycięstwo nie było wynikiem żadnego cudu, lecz skutkiem dobrego planu i precyzyjnego wykonania. Tak, jak pod Grunwaldem, czy Wiedniem, triumfowała polska sztuka wojenna.


piątek, 13 sierpnia 2010

Najważniejsza przewaga

Wydawałoby się, że nie ma nic prostszego niż zarabianie pieniędzy na giełdzie. Nawet, jak się nie ma zielonego pojęcia o ekonomii, to przecież wystarczy posłuchać "niezależnych ekspertów" i uczynić tak, jak oni radzą. Oni potrafią wszystko doskonale uzasadnić. Do niedawna (jesień 2008) radzili głównie, że "światowa gospodarka jest w doskonałym stanie, więc akcje, surowce, nieruchomości bedą iść w górę" oraz, że "polska gospodarka ma mocne fundamenty, więc złoty będzie się umacniał". Dzisiaj przepowiadają w zasadzie to samo, lecz jakby nieco ostrożniej, bo wrzesień 2008 dobitnie pokazał, iż "drzewa nie rosną do nieba".

Z prognozowaniem ekonomii jest trochę tak, jak z prognozowaniem pogody. Jeżeli dzisiaj świeci słońce i jest 30 stopni w cieniu, to z dużym prawdopodobieństwem można przepowiadać, że jutro też będzie ładna pogoda. A skoro jutro, to zapewne również pojutrze, z czego można wyciągnąć wniosek, że dobra pogoda ma mocne fundamenty, więc w dającej się przewidzieć perspektywie nie grozi nam żaden deszcz, mróz, czy gradobicie. A jeśli jednak nastąpi pogodowy kataklizm i zmiecie z powierzchni jakąś Bogatynię, czy inną Lanckoronę, to "niezależny ekspert" wzruszy ramionami i powie: "Tego przecież nie dało się przewidzieć. Nie mam sobie nic do zarzucenia". Lansowani przez media "niezależni eksperci" od gospodarki to zazwyczaj ludzie, którzy w życiu nie przeprowadzili żadnego interesu na własny rachunek, a ich niezależność to zwykłe pozory. To po prostu propagandziści na usługach wielkiego kapitału, mający skłonić zwykłych obywateli do takiego, a nie innego rozporządzenia własnymi pieniędzmi.

W rzeczywistości inwestowanie na giełdzie to interes mocno ryzykowny. Uczciwe (tzn. np. uwzględniające inflację) badania pokazują, że 70% inwestorów giełdowych traci. W normalnych czasach, bo w momentach rozchwiania rynków, takich jak obecnie, ten odsetek rośnie do 80-90%. Łatwo zatem wywnioskować, że owe 10-30% zwycięzców gry giełdowej to "wielcy", podczas, gdy przegrani to na ogół "mali". Na giełdzie rozmiar ma więc na pewno większe znaczenie, aniżeli w życiu seksualnym.

Wielcy wcale nie kryją tego, że mają przewagę w porównaniu z drobnymi. Na ogół chętnie wskazują na różnice natury informacyjnej i technologicznej. Jest rzeczą naturalną i zrozumiałą, że drobny inwestor jest rażąco niedoinformowany w porównaniu z wielkim bankiem i, że ten ostatni posiada kolosalną przewagę technologiczną polegającą np. na zastosowaniu najnowocześniejszych programów komputerowych tam, gdzie indywidualnemu inwestorowi służy jedynie własna intuicja. Często zdarza się, że "mali" stosują taktykę polegającą na naśladowaniu "wielkich". Niestety, ta taktyka w praktyce się nie sprawdza. Robiąc prawie to samo, zawsze są o krok do tyłu i w momentach kryzysowych najczęściej pozostają "z ręką w nocniku". "Prawie" czyni w tym przypadku wielką różnicę.

Jeszcze bardziej istotna jest przewaga kapitałowa "wielkich". Potężne rezerwy finansowe pozwalają im przetrwać okresy strat, które są zabójcze dla "małych". Drobny inwestor, który trafnie przewidział wieloletni trend w jakiejś dziedzinie, często zostaje załatwiony przez drobne wahnięcie w przeciwnym kierunku. Natomiast duża międzynarodowa korporacja jest w stanie przetrwać nawet wieloletnie dołki, by w końcu powrócić na ścieżkę zysku. Nie bez znaczenia jest bowiem solidarność pomiędzy rekinami kapitału, sprawiająca, iż liczące się w świecie banki i ubezpieczalnie prawie nigdy nie bankrutują, a jedynie zmieniają strukturę własności.

O najważniejszym atucie "wielkich" nie mówi się wcale, a jeżeli już, to po cichu. O ich sile stanowi bowiem przewaga korupcyjna. Na usługach wielkiego kapitału są tabuny przekupionych polityków, gotowych uczynić wszystko dla swych mocodawców. Takich, którzy "kiedy mówią, kłamią; kiedy milczą, kradną". Nie chodzi tylko o propagandę, ale o konkretne kroki prawne podejmowane w określonym celu. O ustawy pisane "na zamówienie" i korzystne dla wielkiej finansjery zmiany w polityce fiskalnej, monetarnej, celnej, zdrowotnej, emerytalnej itd. itp. A nawet o wywołanie wojny lub rewolucji, jeśli takie są aktualne potrzeby. "Oni" nie cofną się przed niczym, co zwiększy ich zysk i powiększy zakres władzy. Dlatego każdy drobny inwestor przystępujący do gry na giełdzie powinien sobie zdawać sprawę, że staje do rozgrywki z szulerem, który gra znaczonymi kartami i na kolanach trzyma odbezpieczony rewolwer.

czwartek, 29 lipca 2010

Ekonomiczny aspekt umierania

Jak kilka tygodni temu policzył fachowiec z NBP Janusz Jabłonowski dług publiczny Polski (razem z tak zwanym długiem ukrytym) wynosi 220% PKB. Skąd bierze się tak duża różnica pomiędzy wyliczeniami Jabłonowskiego, a długiem publicznym podawanym oficjalnie (50-55% PKB)? Otóż Jabłonowski wziął pod uwagę przyszłe, ale już zaciągnięte przez państwo polskie w świetle obowiązujących przepisów zobowiązania na rzecz polskich obywateli. Chodzi głównie o zobowiązania ZUS (emerytury już wypracowane, a płatne w przyszłości) i NFZ (koszty leczenia przyszłych emerytów). Ponieważ skarb państwa nie dysponuje żadnymi rezerwami odłożonymi na te cele, metodologia Jabłonowskiego wydaje mi się jak najbardziej zasadna. W końcu, jaka jest różnica między zobowiazaniem z tytułu obligacji, które należy wykupić za 10 lat, a emeryturą, którą należy wypłacić za 10 lat panu Wiśniewskiemu?

To, co mnie zaskoczyło w obliczeniach Jabłonowskiego to fakt, że największym składnikiem długu ukrytego są nie zobowiązania ZUS, a NFZ (koszty leczenia). Dla człowieka młodego (czyli nie dla mnie) koszty leczenia to czysta abstrakcja. Raz na parę lat łapie się jakąś grypę, czy anginę, trzeba wtedy pójść do lekarza, a następnie przez kilka dni zażywać przepisane tabletki. Koszt tak niewielki, że nawet nie warto się zastanawiać, czy za to płaci państwo, czy pacjent z własnej kieszeni. Z wiekiem jednak koszty leczenia zaczynają rosnąć, a po 60-ce jest to już postęp geometryczny. To już nie są błahe sprawy. To walka o życie, a właściwie o jego przedłużenie. Właśnie zaczyna przechodzić na emeryturę największy w historii Polski wyż demograficzny z lat 50-tych. Zanim wymrze, NFZ będzie musiał przez dziesiątki lat płacić za leczenie milionów ludzi, którym prawo do tego gwarantuje konstytucja. A więc zapewne Janusz Jabłonowski ma rację.

W innych krajach niezależne instytucje od lat liczą dług publiczny w taki właśnie sposób., jak Jabłonowski. Wychodzą z tego astronomiczne sumy, zwłaszcza w przypadku USA. Warto jednak przyjrzeć się i innym obliczeniom. Nie tak dawno przeczytałem, że w USA koszty leczenia w ostatnim roku życia stanowią ponad połowę kosztów leczenia na przestrzeni całego życia. Płyną z tego dwa dość porażające wnioski. Po pierwsze, medycyna jest nadal bezsilna wobec poważnych schorzeń. Po drugie, ktoś zarabia olbrzymie pieniądze na umieraniu.

Według mnie, pacjent cierpiący na nieuleczalną chorobę powinien usłyszeć od lekarza następujące słowa: " Ma pan dwa wyjścia, panie Kowalski. Jedno złe, a drugie jeszcze gorsze. W wariancie pierwszym pożyje pan około roku. Będzie pan stopniowo tracić siły. O ból fizyczny niech się pan nie boi. Zapewnimy panu środki przeciwbólowe, które na 95% uśmierzą pańskie cierpienia. Umrze pan we własnym łóżku w otoczeniu rodziny. W wariancie drugim przedłużymy panu życie statystycznie o pół roku. 90% czasu, jaki panu pozostał, spędzi pan w szpitalu. Pańskie życie stanie się koszmarem. Będzie pan przedmiotem przerzucanym z sali do sali, z łóżka na łóżko, w zależności od widzimisię personelu szpitalnego. Będzie pan leżał godzinami we własnych odchodach, a we wszystkie otwory pańskiego ciała powtykamy różne przedmioty. Jest bardzo prawdopodobne, że będzie pan cierpiał fizycznie, bo wśród personelu medycznego jest wielu takich, którzy uważają, iż życzeniem Boga jest, aby człowiek cierpiał. Umrze pan w szpitalu, a pańskiej agonii będą się przyglądali obcy ludzie. No, to który wariant pan wybiera, panie Kowalski?"

W praktyce takich pytań się nie zadaje. Państwowa służba zdrowia z góry wybiera dla pacjenta wariant drugi "dla jego własnego dobra". Żeby przypadkiem nikt nie uciekł swojemu przeznaczeniu, dostęp do środków przeciwbólowych jest ograniczany bardziej, niż dostęp do broni palnej. Z umierania uczyniono najbardziej dochodowy biznes. Dochody personelu medycznego to tylko wierzchołek góry lodowej. Tuczy się na ludzkim nieszczęściu cała masa urzędasów. Lekarstwa np. na raka są drogie dlatego, że są drogie. Koncerny farmaceutyczne osiągają horrendalne zyski, nijak nie mające się do kosztów produkcji. A z państwowej kasy płyną miliony, miliardy, biliony.

Problem obrotu lekami zasługuje zresztą na szerszą wzmiankę. Ograniczenia w tym obszarze zostały wprowadzone rzekomo "dla dobra ogółu". Chodzi o to, żeby jakiś idiota nie zmarł na skutek przedawkowania, a inny kretyn nie uzależnił się z tego samego powodu. Dlaczego jednak państwo tak bardzo przejmuje się kretynami i idiotami, skoro stanowią oni znikomy procent całego społeczeństwa? Czy w interesie pozostałych 99% "normalnych" ludzi na rynku lekarstw nie powinno działać zwyczajne prawo popytu i podaży? Leki na poważne choroby są drogie podobno dlatego, że koncerny farmaceutyczne muszą sobie odbić w cenie duże koszty wieloletnich badań i doświadczeń. Ale czy inne branże przemysłu nie prowadzą takich kosztownych badań? Postęp w motoryzacji jest na pewno szybszy, niż w farmacji. Dlaczego zatem mogę swobodnie decydować, czy i za ile kupię sobie Forda, Opla lub Fiata, ale o tym jakim lekarstwem mam być leczony i ile to będzie kosztowało decyduje za mnie urzędnik? Kiedy nie wiadomo o co chodzi, to znaczy, że chodzi o pieniądze. Wielkie pieniądze przeznaczane przez koncerny farmaceutyczne na korumpowanie lekarzy (powszechnie znany proceder), ale także polityków decydujących o polityce państwa w zakresie ochrony zdrowia.

Do niedawna w niektórych odległych od cywilizacji regionach świata (np. północ Syberii, wschodnia Afryka) panował zwyczaj, zgodnie z którym starzy ludzie, kiedy nadszedł ich czas opuszczali własną chatę i oddalali się od rodzinnej wioski, gdzie wkrótce padali ofiarą dzikich zwierząt (wilków, niedźwiedzi, lwów, krokodyli). Kiedyś wydawało mi się to barbarzyństwem. Dziś nie jestem tego już taki pewien. Czy bolesna, ale szybka śmierć w paszczy dzikiego zwierza nie jest lepsza od długotrwałej, sztucznie przedłużanej agonii, jaką funduje nam państwowy system opieki zdrowotnej. Może przynajmniej w miastach wojewódzkich należałoby zbudować fosy dla drapieżników i zapewnić w ten sposób wolność wyboru starym, nieuleczalnie chorym ludziom. Byłoby to rozwiązanie bardziej humanitarne i o wiele, wiele tańsze.