niedziela, 11 lipca 2010

Karuzela walutowa

Jednym z negatywnych skutków odejścia od standardu złota było pojawienie się permanentnej inflacji, co przyznają nawet najbardziej zagorzali keynesiści i monetaryści. Innym szkodliwym dla gospodarki efektem jest rozchwianie kursów walut przynoszace korzyść spekulacyjnemu kapitałowi finansowemu kosztem wszystkich pozostałych obywatali (tak producentów, jak i konsumentów). Jak ten mechanizm działa w praktyce, najlepiej prześledzić na poniższym wyimaginowanym przykładzie.

Wyobraźmy sobie dwa sąsiadujące ze sobą państwa: Nordycję i Jugolandię o podobnych terytoriach i liczbie ludności. Załóżmy, że na starcie wartość jednostki walutowej Nordycji (1 gold) równa się wartości jednostki walutowej Jugolandii (1 szajs). Zacznijmy opowieść od sytuacji politycznej obydwu krajów. Otóż w Nordycji rządziła Partia Konserwatywna, która jak na warunki demokracji prowadziła dość racjonalną politykę godpodarczą (tzn. zrównoważony budżet i kontrola nad wydatkami socjalnymi), co w efekcie powodowało, iż inflacja w Nordycji była niewielka (1-2%). W tym samym czasie w Jugolandii do władzy doszła populistyczna Chrześcijańska Unia Jedności, która rządziła, tak, jak się nazywała tj. ChUJowo i nieodpowiedzialnie. ChUJ obniżył wiek emerytalny, podniósł radykalnie zasiłki dla bezrobotnych i płace minimalne, przyznawał hojnie państwowe subwencje wszystkim "krewnym i znajomym królika" i oczywiście 10-krotnie zwiekszył biurokrację (zwłaszcza centralną). Skutkiem takich rządów był wysoki deficyt budżetowy finansowany ze sprzedaży obligacji państwowych, a także szybko narastająca inflacja ( powiedzmy 15% rocznie po 3 latach takich rządów).

Zdrowy rozsądek podpowiadałby, że w takiej sytuacji kurs golda powinien rosnąć w stosunku do szajsa. Tymczasem było odwrotnie. Kapitał spekulacyjny zaciągał nisko oprocentowane długi w goldach i inwestował w obligacje Jugolandii nominowane w szajsach na kilkanaście procent rocznie. W efekcie kurs szajsa wzrósł do1,50 golda. W Jugolandii przestano produkować cokolwiek, bo wszystko można było taniej nabyć w Nordycji. Towarzyszyła temu intensywna kampania medialna. Opłacani przez spekulantów "niezależni" eksperci uzasadniali, iż gospodarka Jugolandii ma zdrowe podstawy i szajs dalej będzie się umacniać. W efekcie wielu obywateli Nordycji ulokowało swe oszczędności w fundusze inwestycyjne oparte na papierach dłużnych Jugolandii. Kiedy kurs szajsa osiągnął 1,70 golda kapitał spekulacyjny zaczął po cichu wyzbywać się jugolandzkich obligacji, wciskając je frajerom, którzy uwierzyli w prospekty emisyjne ukazujące wysoki zysk przez ostatnich parę lat. Szajs doszedł do poziomu 1, 95 golda, po czym nastąpiła katastrofa. W ciągu kilku dni jego kurs spadł do 0,30.

Kryzys był potężny i uderzył w obydwa państwa. Jugolandzkich obligacji nikt nie chciał już brać nawet za darmo, ale to głównie obywatele Nordycji zostali z tymi śmieciami w ręku. W pośpiechu zwołano obrady okrągłego stołu, na które zaproszono najwybitniejszych profesorów ekonomii z obydwu państw (zapominajac przy tym o zasadzie: "Neunundneunzig Professoren, Vaterland, du bist verloren!"). Medrcy radzili, aż wymyślili. Uznali, że przyczyną kryzysu były nieodpowiedzialne rządy i znaleźli remedium w postaci niezależnych banków centralnych, które manipulujac stopami procentowymi zapobiegać będą w porę niekorzystnym tendencjom w gospodarce.

Jak postanowiono, tak uczyniono. Na czele banku centralnego Jugolandii stanął uznany międzynarodowy autorytet Balcer Ortodox, a na czele banku centralnego Nordycji światowej sławy guru finansowy Benny Hubschrauber. Obydwie gospodarki borykały się z dużymi problemami. W szczególności Jugolandia musiała w szybkim tempie redukować deficyt budżetowy (dług publiczny nie był dużym problemem, ponieważ się zdewaluował). W tym celu rząd Jugolandii podniósł VAT i akcyzę na wszystko, co się dało. Zaowocowało to kolejnym wzrostem inflacji (tym razem kosztowej, bo popyt w kryzysie bardzo się skurczył). Dla Balcera Ortodoxa inflacja była inflacją, więc natychmiast zareagował drastycznym podniesieniem stóp procentowych, argumentując, że trzeba schłodzić przegrzaną gospodarkę. W Nordycji kryzys był płytszy, ale i tam rząd musiał sięgnąć do środków oszczędnościowych. Benny Hubschrauber zupełnie inaczej pojmował zadania banku centralnego, niż Balcer Ortodox. Aby ratować gospodarkę przed spadkiem koniunktury obniżył stopy procentowe do tego stopnia, że stały sie one realnie ujemne. Dla nordyckich ciułaczy znów pozostała tylko jedna alternatywa: zamiana goldów na szajsy i inwestycja w jugolandzkie obligacje. Tych, którzy się wahali przekonała agencja ratingowa Woody, przyznając Jugolandii najwyższy rating AAA+++.

Nastąpiła powtórka z rozrywki. Kurs szajsa stromo poszedł w górę, by potem z hukiem zanurkować do poziomu 0, 10 golda. Kapitał spekulacyjny zarobił miliardy goldów, a frajerzy obydwu krajów zostali z szajsami w ręku, za to z długami nominowanymi w goldach ( po krachu szajsa oprocentowanie golda wzrosło). Ponownie zwołano okrągły stół i uznano, że najlepszym wyjściem, aby zapobiec ponownym zawirowaniom walutowym będzie wprowadzenie wspólnej waluty dla obydwu państw - 1 szajsgolda. Oczywiście nie od razu. Najpierw Jugolandia miała uporządkować swojej finanse publiczne i spełnić kryteria dotyczace deficytu budżetowego i inflacji. Rzeczywiście po paru latach Jugolandia te kryteria spełniła. Na papierze, bo tak naprawdę to zamieciono śmieci pod dywan i sfałszowano statystyki przy pomocy fachowców z banku Goldschwanz Schwab. W ostatnim okresie przed unią walutową szajs znowu zaczął się intensywnie umacniać w stosunku do golda i w końcu osiągnął parytet 1:1.

Szajsy i goldy wymieniono na szajsgoldy i unia walutowa stała się faktem. W Jugolandii ponownie do władzy doszedł ChUJ prowadzący kampanię wyborczą pod hasłem: " Dlaczego mamy żyć gorzej niż Nordycjanie? Przecież mamy takie same żołądki!". Zarobki Jugolandczyków szybko zrównały sie więc z zarobkami Nordycjan, a nawet lekko je wyprzedziły. Bilans handlowy Jugolandii oczywiście był dramatycznie ujemny, ale kto by się tym przejmował. Cały świat chętnie kupował jugolandzkie obligacje nominowane teraz w szajsgoldach, walucie bardzo stabilnej i szanowanej. Do czasu, aż wyszło na jaw, ze deficyt budżetowy Jugolandii wynosi 15% PKB, a dług publiczny przekroczył 150%. I co dalej?

Ciąg dalszy dopisze życie.

sobota, 10 lipca 2010

Rewanż za Grunwald

Wciągnął mnie temat zbliżającej się rocznicy bitwy pod Grunwaldem i to w wielu aspektach. Np. w kontekście gości zaproszonych na uroczystość 600-lecia polsko-litewskiego zwycięstwa nad Krzyżakami. To, że będą reprezentowane najwyższe władze Litwy jest oczywiste. Ale czy nie wypadałoby też zaprosić prezydenta Łukaszenki? W końcu Białoruś była wówczas częścią Litwy i przodkowie dzisiejszych Białorusinów na pewno udział w bitwie brali. A co z Niemcami? Chyba zapraszać do wspólnego świętowania ich nie wypada. Z drugiej strony dobremu sąsiadowi należy się szacunek. Może wobec tego należałoby umożliwić im za cztery lata uroczyste obchodzenie okrągłej setnej rocznicy drugiej bitwy pod Tannenbergiem?

Bitwa pod Grunwaldem nazywana jest przez Niemców pierwszą bitwą pod Tannenbergiem. W rzeczywistości rozegrała się na obszernych błoniach leżących pomiędzy wsiami Gruenwald i Tannenberg (od 1945 roku zwaną przez Polaków Stębarkiem). Druga bitwa pod Tannenbergiem miała miejsce w sierpniu 1914 roku i w odczuciu Niemców z nawiązką powetowała klęskę Krzyżaków z roku 1410 z tym, że ofiarą rewanżu padli Rosjanie, a nie Polacy. Ponieważ jej przebieg jest w Polsce stosunkowo słabo znany, pozwolę sobie na jej przybliżenie.

Wybuch I Wojny Światowej zachwiał podstawami europejskiego ładu ustalonego jeszcze na Kongresie Wiedeńskim w roku 1815. Po wielu latach spokoju wojna została przyjęta z szalonym entuzjazmem przez masy. Wszędzie panowało przekonanie o własnych słusznych racjach i pewność szybkiego zwycięstwa. Co ciekawe, nastrojowi temu ulegli nawet Polacy będący obywatelami mocarstw zaborczych, do czego przyczyniła się umiejętne propaganda. Niemcy skierowali do Polaków odezwę wzywajacą do wspólnej walki z "azjatycką hołotą" tj. z Rosjanami. Z kolei głównodowodzący wojsk rosyjskich wielki książę Mikołaj Mikołajewicz Romanow apelował do słowiańskich braci Polaków o pomoc w potrzebie i wyrażał nadzieję, że "nie zardzewiał jeszcze miecz, który poraził wroga pod Grunwaldem".

Niemiecki plan Schlieffena przewidywał uderzenie wiekszością sił przeciwko Francji i defensywę na froncie wschodnim. Rzeczywiście niemiecki atak na Belgię i północną Francję przyniósł piorunujacy efekt. Już po 2 tygodniach wojny zagrożony był Paryż i nad Francją zawisło widmo klęski podobnej do tej z roku 1870. W tej sytuacji Francja zwróciła się z dramatycznym apelem do Rosji o uderzenie na Niemcy, które odciążyłoby wojska francuskie. Car Mikołaj II spełnił życzenie francuskiego sojusznika i wysłał dwie potężne armie do ataku na niemieckie Prusy Wschodnie, chociaż wojska rosyjskie były kompletnie nieprzygotowane do wojny.

W ciężkich walkach granicznych rosyjska 1 armia (zwana też Armią Wileńska) pod dowództwem generała Pawła von Rennenkampfa (z pochodzenia Niemca bałtyckiego) zepchnęła do defensywy niemiecką 8 armię i od północnego wschodu wkroczyła do Prus Wschodnich. Sytuacja Niemców stała się dramatyczna, tym bardziej, że od południa do ataku szykowała sie już 2 armia rosyjska (tak zwana Armia Warszawska) generała Aleksandra Samsonowa. Niemieckie dowództwo naczelne postawiło wówczas na czele 8 armii odwołanego z emerytury 68-letniego generała Paula von Hindenburga. Ten wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna z sumiastym wąsem stanowił uosobienie wszelkich cech pruskiego junkra. Jako szefa sztabu przydzielono mu generała Ericha von Ludendorffa. Razem stworzyli idealny tandem. Ludendorff opracował, a Hindenburg wcielił w życie ryzykowny, a zarazem genialny plan. 8 armia pozostawiła Rennenkampfowi wolną drogę na Królewiec, a sama błyskawicznie przerzucona została koleją w okolice Lidzbarka i Nidzicy, by sposobić się do uderzenia na lewą flankę Samsonowa.

Na przebiegu walk zaważył brak przygotowania Rosjan do wojny. Armia Warszawska była liczebnie potężna, ale jednocześnie niedostatecznie wyposażona. Dla niektórych żołnierzy zabrakło broni, szwankowało zaopatrzenie w żywność, transport i łączność. Żołnierze musieli pokonywać pieszo po kilkadziesiąt kilometrów dziennie i w efekcie wkraczali do walki głodni i zmęczeni. Nie bez znaczenia okazała się jawna niechęć, jaką darzyli sie obydwaj rosyjscy dowódcy armii jeszcze od czasów wojny rosyjsko-japońskiej 1904 roku. Jeśli dodać do tego nieudolną koordynację działań ze strony dowódcy rosyjskiego dowódcy Frontu Północno-zachodniego generała Jakowa Żylińskiego, to wynik walk był z góry łatwy do przesądzenia.

Pomimo tych wszystkich mankamentów Armia Warszawska 20 sierpnia 1914 przekroczyła od południa granicę Prus Wschodnich na odcinku od Działdowa po Szczytno i śmiało posuwała się naprzód. Gernerał Samsonow miał wrażenie, że uderza w "miękkie podbrzusze" Prus Wschodnich. W rzeczywistości dał się wciągnąć w pułapkę zastawioną przez Niemców. Rosjanie wtargnęli daleko w głąb terytorium Niemiec dochodząc aż do Olsztyna. To nie był atak, któremu towarzyszyłyby rabunki, gwałty i morderstwa. W stosunku do ludności cywilnej Rosjanie zachowywali się wzorowo, płacąc za rekwirowaną żywność złotymi i srebrnymi rublami. Tak się wojowało w czasach, gdy uczciwość i honor były wartościami powszechnie obowiązującymi. I Wojna Światowa miała to zmienić raz na zawsze.

26 sierpnia ruszyło z impetem niemieckie natarcie na lewą flankę i tyły 2 armii. W ciągu kilku dni Rosjanie zostali pobici i zamknięci w okrążeniu, z którego udało się wyrwać jedynie nielicznym jednostkom. Z tej rozpaczliwej sytuacji Armię Warszawską mogła uratować jedynie energiczna odsiecz ze strony Armii Wileńskiej. Ale Rennenkampf kompletnie nie orientował się w sytuacji i posuwał się do przodu bardzo wolno. W efekcie 1 armia została unicestwiona. Zginęło 30.000 żołnierzy, a blisko 100.000 dostało się do niewoli. Dowódca armii, generał Aleksander Samsonow popełnił samobójstwo w nocy z 29 na 30 sierpnia w lasach koło Wielbarka. Do dzisiaj poszukiwacze skarbów poszukują w mazurskich puszczach armijnej kasy, na którą składały się skrzynie wypełnione złotymi i srebrnymi rublami.

Bitwa, która rozegrała się na wielkiej przestrzeni południowych Mazur, poczatkowo przeszła do historii jako Bitwa pod Olsztynem. Dopiero sam Paul von Hindenburg zmienił jej nazwę na II Bitwę pod Tannenbergiem, argumentując, że w tej właśnie wiosce w kluczowym momencie walk kwaterował sztab 8 armii. Odtąd jest przez Niemców uważana za skuteczny rewanż za klęskę Ulryka von Jungingen.

Jak widać, wiele nacji ma powody, by pod Grunwaldem świętować rocznice wielkiego zwycięstwa swoich przodków. Polacy i Litwini z powodu wydarzeń roku 1410, Niemcy - z powodu roku 1914. No i przede wszystkim Rosjanie. Przecież to właśnie oni w roku 1945 pomścili żołnierzy Samsonowa i chyba definitywnie przekreślili spuściznę Zakonu Krzyżackiego, zajmując Prusy Wschodnie. Na upartego skuteczną zimową ofensywę Armii Czerwonej można by nazwać III Bitwą pod Tannenbergiem (Grunwaldem).

czwartek, 8 lipca 2010

Bracia Litwini

Zbliża się 600-lecie bitwy pod Grunwaldem i wypadałoby z tej okazji coś napisać. Będzie jednak o stosunkach polsko-litewskich, a nie o samej bitwie. Tyle już o niej napisano, że ciężko wymyślić coś odkrywczego. Przebieg grunwaldzkiego starcia jest powszechnie znany, a jedyne spory toczą się o kwestię liczebności obydwu stron. Jak to zwykle bywa, przeciwnikowi przypisuje się dużą przewagę liczebną. Najbardziej wiarygodne źródła oceniają armię polsko-litewską na 25-30.000, siły krzyżackie na 15-20.000. Naszych było więc więcej, lecz nie to przesądziło o wyniku bitwy. Zadecydowało lepsze dowodzenie Władysława Jagiełły, który okazał się zdecydowanie lepszym wodzem od Ulryka von Jungingen.

Postać zwycięskiego króla dzieli jednak Polaków i Litwinów. Nasza tradycja i historiografia jednoznacznie pozytywnie ocenia Jagiełłę, który chyba rzeczywiście na taką ocenę zasługuje. Był wybitnym wodzem i dobrym królem, chociaż może nie najlepszym politykiem, czego dowodzi nie wykorzystanie grunwaldzkiej wiktorii. Można mu w pełni wybaczyć pewne cechy charakteru , które dzisiaj nas śmieszą, a które były wynikiem nagłego "awansu społecznego" z pogańskiego księcia na chrześcijańskiego króla. To właśnie Jagiełło na wszelki wypadek zapalał w kościołach świece przed wizerunkami diabłów i demonów, z czego wzięło się powiedzenie "Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek". Podobnie należy się odnieść do faktu, że zwykł przyjmować interesantów, zasiadając na sedesie.

Opinie Litwinów na temat Jagiełły są podzielone, a spora część historyków (a co za tym idzie opinii publicznej) uważa go za zdrajcę, który doprowadził do utraty niepodległości przez Litwę. Nietrudno się domyślić, że zwolennicy takich poglądów w konsekwencji cały przeszło 400-letni okres unii polsko-litewskiej (najpierw personalnej, a potem także realnej) postrzegają negatywnie. Można zrozumieć taki punkt widzenia, jeśli spojrzy się na historię Litwy przez pryzmat konturów jej map z kolejnych stuleci. W chwili ślubu Jadwigi z Jagiełłą Litwa była państwem terytorialnie ogromnym, a potem jej granice zaczynają się w szybkim tempie kurczyć. Na wschodzie na rzecz Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, a na południu na rzecz Polski, która po Unii Lubelskiej zagarnęła wcześniej litewską Ukrainę. Wreszcie przychodzi czas rozbiorów i utrata niepodległości na długie lata. Można z tego wysnuć wniosek, iż od sojuszu z Polską zaczęły się dla Litwy nieszczęścia, które stopniowo doprowadziły niegdyś potężny kraj do całkowitego upadku.

Wniosek taki jest nie tylko pochopny, lecz całkowicie fałszywy. To Litwa była tym państwem, które zdecydowanie bardziej skorzystało na unii. W drugiej połowie XIV wieku Polska była krajem niewielkim terytorialnie, ale stabilnym i okrzepłym, którego istnienia w Europie nikt nie kwestionował. Krzyżacy byli może zagrożeniem dla granic, ale nie dla polskiej państwowości. Litwa natomiast była kolosem na glinianych nogach, który w każdej chwili mógł runąć pod krzyżackim naporem, a wtedy pogańscy Litwini podzieliliby los Prusów i Jaćwingów. To Polska mogła wybierać: z Litwinami przeciwko Krzyżakom, a może z Krzyżakami przeciwko Litwinom. Litwa takiego wyboru nie miała. Ratunek w postaci unii personalnej z Królestwem Polskim przyszedł w ostatniej chwili.

Podobnie rzecz się miała z unią realną, czyli z Unią Lubelską, która uczyniła z Polski i Litwy jeden organizm państwowy (przy zachowaniu wewnętrznej granicy i odrębności obydwu części). Od początku XVI wieku na wschodnich rubieżach Litwa dosłownie trzeszczała w szwach pod naporem Wielkiego Księstwa Moskiewskiego (czyli późniejszego Cesarstwa Rosji). Gdyby nie mądra decyzja Zygmunta Augusta scalająca Polskę i Litwę, to ta druga padłaby ofiarą Rosjan najpóźniej za czasów Iwana Groźnego. Unia Lubelska przedłużyła Litwie żywot o ponad 200 lat. W międzyczasie Rzeczpospolita polsko-litewska przeżyła swój okres największej chwały, co było i powinno być nadal powodem do dumy dla obydwu narodów. Tak, jak z bitwy pod Grunwaldem, zarówno Polacy, jak i Litwini mogą dumni z bitew pod Kircholmem, Kłuszynem, Beresteczkiem, Chocimiem, a nawet Wiedniem, pod który wojska litewskie nie zdążyły.

Rzeczpospolita polsko-litewska to fenomen w historii Europy i niewątpliwie pozytywna karta w historii obydwu narodów. To, że niektórzy Litwini mają na ten temat negatywną opinię dowodzi ich kompleksu młodszego (lub mniejszego) brata w stosunku do Polski i Polaków. Kompleksu niesłusznego, który z pewnością minie, gdy na nowo okrzepnie litewska niepodległość.

poniedziałek, 28 czerwca 2010

Nałogowcy

Poznałem w życiu kilku nałogowych alkoholików. Parę razy byłem też świadkiem, jak ci uzależnieni od nałogu ludzie składali uroczyste i solenne deklaracje, że kategorycznie zrywają z piciem. Zazwyczaj takie publiczne obietnice miały miejsce w sytuacjach dla alkoholika kryzysowych. A więc w obliczu kłopotów finansowych, rodzinnych albo po prostu na ciężkim kacu. Potem kac mijał, a nałogowiec zaczynał główkować . Bynajmniej nie po to, aby wycofać się z danego słowa, tylko po to, by sprecyzować swoje plany, co do sposobu i terminu zerwania z alkoholem.

No, bo przecież należało dopasować swój szczery zamiar do okoliczności. A na najbliższą sobotę jest już zaplanowana impreza u Ziutka. No więc jeszcze ta pożegnalna balanga, a potem koniec z alkoholem. Zaraz, zaraz. Za 2 tygodnie przypadają imieniny cioci Mani. No i szwagra w Białostockiem wypadałoby odwiedzić. Tego, co pędzi bimber. Ale potem szlus. Plan dojścia do abstynencji zacznie być wprowadzany w życie. Oczywiście stopniowo. Na początek zamiast wypijać pół litra wódki dziennie zmniejszymy dawkę o połowę, czyli pół litra na dwa dni. Statystycznie, bo jak się przydarzy impreza dwudniowa, to się to odrobi w terminie późniejszym. A potem pół litra co trzeci dzień itd. No i jakoś to będzie. Najważniejsze, że wszystko zostało zaplanowane, jak należy.

W ostatni czerwcowy w weekend w Toronto zebrali sie przywódcy państw G8 i G20, żeby zapobiec światowemu krachowi gospodarczemu związanemu z lawinowo narastającym długiem publicznym większości państw. Radzili, radzili, no i znaleźli rozwiązanie. Jak oświadczyła pani kanclerzyna Niemiec Angela Merkel niebezpieczeństwo zostało wspólnym wysiłkiem zażegnane. Uchwalono, że kraje mocno zadłużone do roku 2013 zredukują deficyty budżetowe o połowę, a począwszy od 2016 zaczną zmniejszać stopniowo swój dług publiczny. No i po kłopocie. Genialne rozwiązanie. Że też nikt wcześniej nic podobnego nie wymyślił. Ale co 20 głów, to nie jedna. Jak to dobrze, że ludzkość ma takich mądrych przywódców.

Do roku 2013 mamy jeszcze 3 lata. Zdążymy zmniejszyć te cholerne deficyty budżetowe, ale na razie trzeba je zwiększyć, żeby pomóc Grecji, Hiszpanii, Włochom, Rumunii, młodzieży, emerytom, bezrobotnym , małym przedsiębiorcom, wielkim przedsiebiorcom, itp. itd. Dlatego przezornie nie wspomniano o latach 2011 - 2012. A w 2013 zamiecie się śmieci pod dywan i wszystko będzie dobrze wyglądało. W końcu wiele krajów praktykuje to nie od dziś i ma wprawę w kreatywnej księgowości. A jak jakaś gapa nie będzie umiała tego zrobić, to jej się wyśle chłopaków z Enronu lub Lehman Brothers w charakterze doradców. A jak zmniejszyć dług publiczny w 2016? Też żaden problem. Po prostu w poprzednich latach należy zadłużyć się na zapas. Wiadomo, że łatwiej zacząć zmniejszać większy dług, niż mniejszy. A potem jakoś to będzie. Grunt to dobry plan.


sobota, 19 czerwca 2010

Paetz redivivus

Jak donoszą media, Watykan (czytaj: papież Benedykt XVI) cofnął wszystkie sankcje i kary nałożone na poznańskiego arcybiskupa Juliusza Paetza w 2003 roku przez Jana Pawła II. Oznacza to, że poznański hierarcha obwiniony przez wiele osób o seksualne molestowanie kleryków i młodych księży będzie mógł znowu odprawiać msze, wyświęcać kapłanów itd. Można się spodziewać, że zostanie zapewne przywrócony do wysokich godności w Kościele katolickim. To wielki triumf nie tylko Juliusza Paetza, ale także tzw. lawendowej mafii, czyli homoseksualnego lobby ulokowanego na najwyższych szczeblach hierarchii kościelnej.

Nikt nie jest winien swojej orientacji seksualnej. Jest ona wrodzona i tylko w niewielkim stopniu można ją zmodyfikować. Dyskryminacja homoseksualistów jest nieuzasadniona i niesprawiedliwa. Jednakże są wyjątki. Tolerancja nie może odnosić się do osób o skłonnościach homoseksualnych, które z premedytacją (a inaczej chyba nie można) wstępują do stanu kapłańskiego w Kościele katolickim. Oznacza to bowiem szczyt obłudy i to obłudy praktykowanej przez całe życie. Obowiązujący celibat sprawia, że stan kapłański wiąże się z wyrzeczeniem się życia seksualnego. Taki stan jest sprzeczny z naturą, ale większość księży katolickich taką decyzję świadomie podejmuje i z lepszym lub gorszym skutkiem usiłuje być jej wierna. Można się spierać, czy należy ich za to podziwiać, czy też współczuć. Inaczej jest z homoseksualistami. Oni zostają kapłanami po to, by w jak największym stopniu swoje skłonności seksualne realizować. Trudno o większą hipokryzję. Przez całe życie głosić określoną ideologię i jednocześnie pozostawać z nią w rażącej sprzeczności, i to sprzeczności nie przypadkowej, lecz z góry zamierzonej.

Nie prowadzi się badań statystycznych, jaki odsetek duchownych stanowią homoseksualiści. Jednak na podstawie ocen podawanych przez księży, którzy porzucili stan kapłański, można przyjąć, że jest to jakieś 20-25%, czyli co najmniej 10-krotnie więcej niż w przeciętnej ludzkiej populacji. Zapewne wśród biskupów i kardynałów ten udział jest jeszcze znacznie wyższy i stąd bierze się potęga lawendowej mafii. Skandale pedofilskie (a właściwie homoseksualne) doprowadziły Kościół katolicki na skraj przepaści, nad czym osobiście mocno ubolewam. Być może jest za pięć dwunasta, a może już pięć po dwunastej. Ostatnią deską ratunku jest szybkie zniesienie celibatu. Lobby pederastów jest bezpośrednio odpowiedzialne za upadek instytucji o tradycji liczącej blisko 2000 lat. Paetz wam w d..., hipokryci!

P.S.
A jednak pełne przywrócenie do łask i godności arcybiskupa Paetza się nie udało. Zadecydowały o tym nagłośnienie sprawy w mediach i sprzeciw polskich biskupów, którzy po prostu wygonili Paetza, kiedy pojawił się na obradach episkopatu. Chociaż raz polscy hierarchowie kościelni zachowali się, jak należy.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Gospodarka rabunkowa

Jakoś tak jest, że gospodarka rabunkowa kojarzy się z wyrębem drzew. W Wielkiej Brytanii już bodajże w XVIII wieku wycięto prawie wszystkie drzewa na potrzeby budowy statków dla rozrastającej się floty. Była to gospodarka rabunkowa, ale Brytyjczycy nie ponieśli jej negatywnych konsekwencji, ponieważ mogli sobie pozwolić na import drewna. Gorszy los spotkał mieszkańców Wyspy Wielkanocnej, którzy wyrąbali wszystkie palmy na podkłady pod transport wielkich posągów zwanych moana. Nie mieli kontaktów z resztą świata, a więc skutki wycinki drzew były tragiczne i nieodwracalne. Na wyspie doszło do nieurodzaju i krwawych walk, w których wyginęło 90% społeczeństwa. No i przy okazji cofnęli się cywilizacyjnie o kilkaset lat do tyłu.

Przez tysiąclecia w gospodarce obowiązywała zasada:"Oszczędnością i pracą ludzie się bogacą". Pozytywnie na bogacenie się wpływała także uczciwość i przestrzeganie zasad, które nazywano dobrymi obyczajami handlowymi. Mówiły one, że każdego klienta należy szanować, a klienta stałego i długotrwałego w szczególności. W "szewski poniedziałek" szewc mógł ewentualnie źle podzelować buty przypadkowemu przybłędzie, którego widział pierwszy raz w życiu, ale nigdy nie mógł pozwolić sobie na jakąś niedoróbkę w stosunku do pana hrabiego, który regularnie zamawiał u niego 20 par obuwia i płacił złotem. Nierzetelność w stosunku do takiego klienta oznaczała ryzyko utraty środków do życia dla siebie i potomstwa, które miało w przyszłości przejąc rodzinny interes.

Jak to wygląda dzisiaj, niech zaświadczą poniższe przykłady. Ponad 20 lat ubezpieczałem swój samochód w PZU. Akceptowałem nawet coroczne drobne podwyżki OC, jeżeli nie przekraczały one granicy przyzwoitości. Ale któregoś roku PZU podniosło mi cenę ubezpieczenia z 480 na 560 zł i aż mną zatrzęsło. Zadzwoniłem do LINK4 i ubezpieczyłem tenże samochód za 380 zł. Pół roku później kupiłem nowy samochód o podobnych parametrach i spróbowałem go ubezpieczyć w LINK4. Zażyczyli sobie 530 zł, ponieważ specjalne ulgi przysługują jedynie nowym klientom, a ja już dla nich nowy nie byłem. W efekcie jako "nowy" ubezpieczyłem auto w PZU za 420 zł. Podobną "logiką" kierują się banki. Bank Millennium oferuje oprocentowanie lokat w wysokości 6,5% rocznie, ale tylko dla nowych klientów. Starzy mogą przedłużyć lokatę na 4%.

To jest właśnie gospodarka rabunkowa, która, jak widać, nie dotyczy tylko branży drzewnej. Liczy się tylko dzień dzisiejszy, a "po nas choćby potop". Przez stulecia podstawą zdrowej gospodarki był ciułacz, na straży interesów którego stały instytucje państwowe. Obecnie człowiek oszczędzający to frajer okradany przy pomocy realnie ujemnych stóp procentowych. Za to bohaterem naszych czasów stał się utracjusz konsumujący bezmyślnie na kredyt i żyjący w myśl zasady , że jakoś to będzie. Jakie czasy, taki bohater.

Gospodarkę rabunkową prowadzą dzisiaj nie tylko banki i firmy ubezpieczeniowe, ale przede wszystkim rządy, banki centralne i organizacje międzynarodowe od Unii Europejskiej po Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Świadczą o tym rosnące deficyty budżetowe i dług publiczny zaciągany na koszt przyszłych pokoleń. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że żyjemy na światowej Wyspie Wielkanocnej i właśnie wycięliśmy ostatnie drzewo.

czwartek, 3 czerwca 2010

Desperado

Przeczytałem stenogramy z rozmów w kokpicie Tupolewa ze 25 razy, starając się analizować każde słowo, które tam padło. Wysłuchałem z 7-8 rozmów z mniej lub bardziej wiarygodnymi ekspertami. Przejrzałem szereg blogów zajmujących się katastrofą smoleńską i obejrzałem wiele wykresów przestawiających mozliwe wersje tragicznych wydarzeń. Na podstawie dostępnych danych obliczałem prędkość lotu i prędkość zniżania w poszczególnych fazach. No i wydaje mi się, że znalazłem bezpośredniego sprawcę katastrofy. Jest nim dowódca Tupolewa, kapitan Arkadiusz Protasiuk.

Oczywiście jakiś procent winy (może z 15-20%) leży po stronie rosyjskiego kontrolera ruchu. Nie znam się na radarze, ale na podstawie jego komend można dojść do wniosku, że pracował na jakimś przestarzałym, niedokładnym i być może zdezelowanym sprzęcie. Bardziej orientował się w sytuacji na podstawie tego, co usłyszał od Protasiuka, niż w oparciu o własne przyrządy. Pomimo tego, kilkakrotnie potwierdzał polskiemu pilotowi, iż znajduje się on na prawidłowej ścieżce podejścia, mimo że było to ewidentną nieprawdą. Wszczął alarm co najmniej o 10 sekund za późno, kiedy nic już nie mogło zapobiec tragedii.

W przeciwieństwie do 2 pilota, majora Roberta Grzywny - dowcipnisia i gawędziarza, od początku zapisu kapitan Protasiuk jest małomówny i skoncentrowany na czekającym go trudnym zadaniu do wykonania. Wie, że warunki panujące na lotnisku w Smoleńsku są skrajnie trudne i chciałby lądowania uniknąć. Z jego wypowiedzi wyraźnie wynika, że chce się od niego wymigać. Przekazuje dyrektorowi Kazanie informacje o tym, że lądowanie prawdopodobnie będzie niemożliwe. Zresztą cała załoga uzgadnia, że zejdą tylko do 500 metrów tzn. mają zamiar próbę lądowania potraktować jak najbardziej formalnie.

Potem sprawy przybierają jednak inny obrót. W kokpicie pojawia się prawdopodobnie generał Błasik, co zmienia postać rzeczy. Cywilowi Kazanie można by łatwo wmówić, że załoga próbowała podejść do lądowania, ale na 500 metrach uznała, że jest to zbyt niebezpieczne. Ale pilot Błasik wie, że wysokością decyzji jest 100 metrów. Protasiuk schodzi więc niżej, ale ciągle się waha. Pomiędzy 10, a 6 kilometrem od pasa obniża wysokość jedynie z 500 na 400 metrów, czyli dwa razy mniej, niż powinien według przepisowej ścieżki schodzenia. W międzyczasie padają w kokpicie słowa, że ktoś wkurzy się, jeśli...

Kapitan Protasiuk podejmuje decyzję. Wie, że jest 100 metrów za wysoko, toteż zaczyna schodzić do lądowania po kozacku, na łeb na szyję. Prędkość zniżania 8 m/s, a potem nawet 12 m/s. Jako wielokrotny pasażer samolotów wiem, co to znaczy. Gwałtownie zwiększające się ciśnienie zatyka nieprzyjemnie uszy, a żołądek podchodzi do gardła. A może Protasiukowi właśnie chodzi o to, by obecni na pokładzie dygnitarze i generalicja poczuli dyskomfort i strach. Nigdy się tego nie dowiemy.

Rosyjski kontroler wydaje komendy, które bardziej przeszkadzają, niż pomagają w pilotażu. Dwaj członkowie załogi na bieżąco podają kapitanowi odczyty wysokościomierzy, barycznego - mierzącego wysokość od poziomu lotniska i radiowego - mierzącego od aktualnego poziomu terenu. Dwa kilometry przed płytą lotniska samolot osiąga poziom 100 metrów według obydwu wysokościomierzy. To poziom decyzji. Jeżeli pilot nie widzi ziemi, to powinien natychmiast podnieść samolot w górę, co sygnalizują już zresztą wszystkie przyrządy alarmowe. Lecz kapitan Protasiuk przez następne 7 sekund nie zmienia kursu. Te sekundy zdecydowały o śmierci prawie 100 osób.

Po 7 sekundach wysokościomierz radiowy pokazuje nadal 100 metrów, lecz tylko dlatego, że samolot zanurkował w międzyczasie w głąb jaru. W rzeczywistości jest już tylko 50 metrów powyżej lotniska. Pilot wreszcie decyduje się podnieść maszynę, lecz inercja sprawia, że przez kolejnych kilka sekund Tupolew nadal opada, zanim w końcu powoli pójdzie w górę. Wąwóz zaczyna teraz stromo się wznosić, co sprawia, że wysokość ponad poziomem terenu błyskawicznie spada do 20 metrów, a potem jeszcze mniej. Samolot niemal wyślizguje się z jaru, ale parę sekund później zaczyna kosić wierzchołki drzew rosnących kilkanaście metrów poniżej poziomu lotniska . To koniec.

Czy kapitan Protasiuk zapomniał o ukształtowaniu terenu wokół lotniska, na którym przedtem 5 razy lądował? Dlaczego nie poderwał samolotu, kiedy był na to czas tylko spóźnił się o 7 sekund z decyzją? Czy był to z jego strony bezmyślny brawurowy wybryk, czy też może jakiś moment desperacji, w której własne życie przestaje być ważne, byle tylko utrzeć nosa przemądrzałym ważniakom i bezczelnym karierowiczom?

wtorek, 1 czerwca 2010

Trzy zagadki

Opublikowano stenogramy zapisów z w kabinie pilotów Tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem. Pytań nadal jest sporo, ale każdemu logicznie myślącemu człowiekowi muszą się nasunąć 3 zagadki. Najbardziej oczywista dotyczy zachowania się pilota w ostatnich 20 sekundach tragicznego lotu. W kabinie wyją wszelkie możliwe alarmy sygnalizujące zbliżające się zderzenie z ziemią, nawigator odlicza szybko spadającą wysokość dochodząc do 20 metrów, rosyjski kontroler lotu dwukrotnie dramatycznie alarmuje o niebezpieczeństwie, drugi pilot wydaje komendę: "Odchodzimy!", a kapitan Arkadiusz Protasiuk nie reaguje, tylko obniża lot aż do tragicznej katastrofy. Gdyby nawet pilot zemdlał, albo nagle stracił zmysły, to pozostali obecni w kokpicie powinni to zauważyć i podjąć jakąś próbę ratunku. A tu kompletnie nic.

Odpowiedź na to pytanie jest stosunkowo prosta, jeśli weźmiemy pod uwagę ukształtowanie terenu w pobliżu smoleńskiego lotniska, a mianowicie obecność głębokiego jaru. To nie samolot opadał, tylko teren gwałtownie się wznosił. Kapitan Protasiuk posłuchał alarmu i usiłował wyprowadzić Tupolewa z wąwozu., w którym się znalazł, przy czym niewiele zabrakło, aby mu się powiodło. Jak wiemy z wcześniejszych informacji, drzewo w które uderzył znajdowało się 15 metrów poniżej poziomu pasa lotniska. A z tego wynika, że wcześniej samolot znalazł się kilkadziesiąt metrów poniżej tego poziomu.

Można podejrzewać, że do wpakowania polskiego samolotu w kanał (tj. w wąwóz) przyczynił się rosyjski kontroler lotu, ponieważ jego zachowanie to kolejna zagadka. Z zapisów rozmów wynika, że najpierw udzielił Protasiukowi zgody na zniżenie się do 500 metrów. A dwie minuty później zapytał go, czy już tę wysokość osiągnął i otrzymał odpowiedź, że polski samolot jest dopiero na 1000 metrach. Czyżby Rosjanin nie widział na swoich przyrządach, na jakiej wysokości aktualnie znajduje się Tupolew? W takim razie dlaczego wielokrotnie potwierdzał, że samolot znajduje się na prawidłowej ścieżce schodzenia? Ostatni raz uczynił to 24 sekundy przed katastrofą w odległości 2 km od lotniska? Alarm wszczął dopiero na kilka sekund przed zderzeniem. Jeżeli nie widział wysokości, to na jakiej podstawie? A jeżeli widział, to jak mógł nie zauważyć, że Tupolew wcześniej zanurkował w jarze? A może celowo wprowadzał w błąd?

Druga zagadka staje się jeszcze bardziej tajemnicza, jeśli połączy się ją z trzecią. Na czarnej skrzynce nagrały się nie tylko słowa załogi, ale także rozmowy innych samolotów z kontrolerami lotów. 13 minut przed katastrofą zapis zarejestrował następujące słowa po rosyjsku: " zakończyłem zrzut, odchodzę na wschód." Kto i co zrzucał w rejonie Smoleńska 10 kwietnia 2010 około godz. 10 rano czasu moskiewskiego?


piątek, 28 maja 2010

Wszystkie ręce do pomp

To nie spóźniony apel dotyczący powodzi w naszym kraju. Będzie o finansach. O wielkich finansach. Dla nikogo rozgarniętego od dawna nie jest tajemnicą strategiczny sojusz wielkiej finansjery i wielkiej polityki. Jego namacalnym symbolem jest amerykański FED, instytucja, o której z niewielką tylko dozą przesady można powiedzieć, iż rządzi współczesnym światem. Czasy są jednak ciężkie, toteż Ben Bernanke & Co. muszą uwijać się, jak w ukropie, żeby załatać wszystkie dziury w trzeszczącym w szwach gmachu światowej gospodarki.

Najważniejszym zadaniem jest oczywiście zapewnienie dopływu świeżej gotówki coraz bardziej niewydolnemu systemowi. Mechanizm jest prosty, jak budowa cepa. FED pożycza na zerowy procent bankom, które z kolei kupują amerykańskie obligacje. Przypomina to bardzo znane nam ze schyłkowego PRL-u finansowanie budżetu z kredytu NBP. Różnica polega na obecności "prywatnego" pośrednika. Dla banków takie operacje to zysk bez ryzyka. Nie ma jednak nic za darmo. FED obliguje bowiem banki do inwestowania zarobionych pieniędzy w giełdy. Wzrost indeksów ma być bowiem dla świata potwierdzeniem, że jedynie słuszna droga rozwoju prowadzi nas do świetlanej przyszłości.

Zawsze jednak znajdą się gnidy, które zamiast posłusznie słuchać "mądrzejszych", zaczynają coś kombinować na własną rękę. Choćby taka Unia ze swoim ECB. Zamiast naśladować FED na polu Quantitative Easing zaczęła się opierać przeciwko psuciu pieniądza. Pojawiły się przy tym jakieś durnowate komentarze, że euro jako stabilniejsza waluta jest w stanie w przyszłości zastąpić dolara. Trzeba było przywołać to towarzystwo do porządku, co też uczyniono. Wystarczyło, że Big Ben poszczuł swe wierne pieski z agencji ratingowych, żeby obnizyły ratingi europejskim "świnkom" i zaraz sprawy przybrały pożądany obrót.

Albo takie banki. Niektóre z nich zaczęły kąsać rękę, która je karmi. Zamiast inwestować, jak Pan Bóg (tj. FED) przykazał w akcje, surowce i wskazane waluty, zaczęły się bawić w jakieś naked shorty, albo co gorsza umieszczać złoto w portfelach funduszy inwestycyjnych. Inna sprawa, że monotonne pompowanie baniek mogło się co bardziej agresywnym wilczkom znudzić. Wbrew znanemu z przeszłości scenariuszowi do udziału w zabawie nie przystąpili bowiem drobni frajerzy. A jak długo można tak pompować i pompować bez żadnej gwarancji, że balon nie pęknie na mordzie?

Mniej wytrwali i słabiej odporni nerwowo zaczęli więc się łamać i zadawać sobie pytanie: "Czy leci z nami pilot, czy też już dawno wyskoczył na złotym spadochronie?". I w ten sposób te kanalie doprowadziły do sytuacji, w której pewnego popołudnia wszystkie ważniejsze indeksy poleciały o 10-15% w dół. Zrobić taką rzecz Wielkiemu Benowi? Siedział sobie spokojnie nad butelką Passower Sliwowitz i właśnie zakąszał koszernym prawdziwkiem, gdy nagle włączył się TAWS i zaczął wrzeszczeć:" Aj, waj! Ben, pull up! Pull up quickly! ". Benek oczywiście zrobił , co trzeba. Wydał komendę :"Wszystkie ręce do pomp" i jeszcze naprędce wymyślił historyjkę o naćpanym brokerze, który pomylił się o sześć zer przed przecinkiem. Ale turbulencje nie ustały i nadal kołysało indeksami, jak cholera.

Trzeba było wreszcie wziąć to całe towarzystwo za mordę. Od czego mamy propagandę. Przecież złotousty noblista Obama już od dawna powtarzał: "Yes, we can control the banks". Teraz wsparła go wystraszona kanclerzyna Zjednoczonej Europy Angela Merkel. "Ukrócić samowolę banków zagrażajacą stabilizacji systemu finansowego" - zabrzmiało od Nysy Łużyckiej po Wielki Kanion Colorado, a naiwne masy uznały, że mądra władza dobierze się do skóry pazernym bankierom. Ale przecież Goldman Goldmanowi oka nie wykole. To tylko jakiś prowincjonalny nieprawomyślny banczek "Hoss Cartwright & Brothers" z Virginia City zostanie rzucony na pożarcie tłumom.

Pilnować trzeba zresztą nie tylko głównego frontu, ale także takich dzikich krajów jak Polska. Do czego to podobne, żeby sztandarowa waluta "emerging markets" była tak poniewierana, jak w ostatnim czasie. Już tam namiestnik Belka zadba o to, żeby złoty się umacniał zgodnie z prognozą Marka Zubera ( ze 3-4 miesiące), a chłopaki z Morgana i Goldmana wciskałi ciemnym tubylcom opcje walutowe.

Tak więc dobry Uncle Ben zadbał o nasze spokojne wakacje. Pławmy się w pożyczonym luksusie , dopóki możemy. Jak nie w Egipcie, czy Tunezji, to chociaż pod rodzimą gruszką, czy też wierzbą, popijając chłodne piwko i zagryzając niekoszerną karkówką z grilla. Bo to już ostatnie takie wakacje.


czwartek, 27 maja 2010

CIAmajdy

Nic tak mnie nie raduje, jak informacja o jakiejś wpadce lub kompromitacji służb specjalnych, zwłaszcza zaś tak renomowanych, jak CIA. Amerykańskie media, powołując się na anonimowego informatora, podały wczoraj, że CIA planowała operację skompromitowania Saddama Husseina poprzez wrobienie go w pedofilię. W tym celu postanowiono nakręcić i rozpowszechnić w Iraku film, na którym ucharakteryzowany sobowtór irackiego dyktatora gwałciłby nieletniego chłopca. Rzecz miała miejsce jeszcze przed amerykańskim atakiem na Irak, kiedy rozpatrywano alternatywne posunięcia mające na celu zohydzenie Saddama w oczach opinii publicznej (zwłaszcza irackiej).

Do nakręcenia filmu ostatecznie nie doszło, przy czym bynajmniej nie ze względu na skrupuły w stosunku do chłopca, którego miano scwelować. Otóż zaprotestowali funkcjonariusze CIA lepiej znający bliskowschodnią mentalność. Uznali oni, że "Saddam" demonstrujący męską jurność zostanie przez Irakijczyków odebrany pozytywnie, niezależnie od obiektu jego namiętności (mogłaby być to nawet koza). Co innego, gdyby to chłopiec cwelował "Saddama". Wtedy efekt byłby murowany. Okazało się jednak, że chcieć nie zawsze równa się móc. Na nic zdały się walizki lizaków, dropsów i snickersów. Nie udało się znaleźć chłopca, który podołałby zadaniu aktywnego spółkowania ze starym dziadygą.

W zamian nakręcono filmik, na którym "Osama bin Laden" chleje wódę szklanami, kpi w żywe oczy z Allaha i proroka Mahometa, a następnie przechwala się deprawowaniem małoletnich płci obojga. Jak widać, "walka z pedofilią" to doskonała metoda walki. Na razie z przeciwnikami politycznymi USA, a wkrótce może z przeciwnikami neozamordyzmu.