poniedziałek, 28 czerwca 2010

Nałogowcy

Poznałem w życiu kilku nałogowych alkoholików. Parę razy byłem też świadkiem, jak ci uzależnieni od nałogu ludzie składali uroczyste i solenne deklaracje, że kategorycznie zrywają z piciem. Zazwyczaj takie publiczne obietnice miały miejsce w sytuacjach dla alkoholika kryzysowych. A więc w obliczu kłopotów finansowych, rodzinnych albo po prostu na ciężkim kacu. Potem kac mijał, a nałogowiec zaczynał główkować . Bynajmniej nie po to, aby wycofać się z danego słowa, tylko po to, by sprecyzować swoje plany, co do sposobu i terminu zerwania z alkoholem.

No, bo przecież należało dopasować swój szczery zamiar do okoliczności. A na najbliższą sobotę jest już zaplanowana impreza u Ziutka. No więc jeszcze ta pożegnalna balanga, a potem koniec z alkoholem. Zaraz, zaraz. Za 2 tygodnie przypadają imieniny cioci Mani. No i szwagra w Białostockiem wypadałoby odwiedzić. Tego, co pędzi bimber. Ale potem szlus. Plan dojścia do abstynencji zacznie być wprowadzany w życie. Oczywiście stopniowo. Na początek zamiast wypijać pół litra wódki dziennie zmniejszymy dawkę o połowę, czyli pół litra na dwa dni. Statystycznie, bo jak się przydarzy impreza dwudniowa, to się to odrobi w terminie późniejszym. A potem pół litra co trzeci dzień itd. No i jakoś to będzie. Najważniejsze, że wszystko zostało zaplanowane, jak należy.

W ostatni czerwcowy w weekend w Toronto zebrali sie przywódcy państw G8 i G20, żeby zapobiec światowemu krachowi gospodarczemu związanemu z lawinowo narastającym długiem publicznym większości państw. Radzili, radzili, no i znaleźli rozwiązanie. Jak oświadczyła pani kanclerzyna Niemiec Angela Merkel niebezpieczeństwo zostało wspólnym wysiłkiem zażegnane. Uchwalono, że kraje mocno zadłużone do roku 2013 zredukują deficyty budżetowe o połowę, a począwszy od 2016 zaczną zmniejszać stopniowo swój dług publiczny. No i po kłopocie. Genialne rozwiązanie. Że też nikt wcześniej nic podobnego nie wymyślił. Ale co 20 głów, to nie jedna. Jak to dobrze, że ludzkość ma takich mądrych przywódców.

Do roku 2013 mamy jeszcze 3 lata. Zdążymy zmniejszyć te cholerne deficyty budżetowe, ale na razie trzeba je zwiększyć, żeby pomóc Grecji, Hiszpanii, Włochom, Rumunii, młodzieży, emerytom, bezrobotnym , małym przedsiębiorcom, wielkim przedsiebiorcom, itp. itd. Dlatego przezornie nie wspomniano o latach 2011 - 2012. A w 2013 zamiecie się śmieci pod dywan i wszystko będzie dobrze wyglądało. W końcu wiele krajów praktykuje to nie od dziś i ma wprawę w kreatywnej księgowości. A jak jakaś gapa nie będzie umiała tego zrobić, to jej się wyśle chłopaków z Enronu lub Lehman Brothers w charakterze doradców. A jak zmniejszyć dług publiczny w 2016? Też żaden problem. Po prostu w poprzednich latach należy zadłużyć się na zapas. Wiadomo, że łatwiej zacząć zmniejszać większy dług, niż mniejszy. A potem jakoś to będzie. Grunt to dobry plan.


sobota, 19 czerwca 2010

Paetz redivivus

Jak donoszą media, Watykan (czytaj: papież Benedykt XVI) cofnął wszystkie sankcje i kary nałożone na poznańskiego arcybiskupa Juliusza Paetza w 2003 roku przez Jana Pawła II. Oznacza to, że poznański hierarcha obwiniony przez wiele osób o seksualne molestowanie kleryków i młodych księży będzie mógł znowu odprawiać msze, wyświęcać kapłanów itd. Można się spodziewać, że zostanie zapewne przywrócony do wysokich godności w Kościele katolickim. To wielki triumf nie tylko Juliusza Paetza, ale także tzw. lawendowej mafii, czyli homoseksualnego lobby ulokowanego na najwyższych szczeblach hierarchii kościelnej.

Nikt nie jest winien swojej orientacji seksualnej. Jest ona wrodzona i tylko w niewielkim stopniu można ją zmodyfikować. Dyskryminacja homoseksualistów jest nieuzasadniona i niesprawiedliwa. Jednakże są wyjątki. Tolerancja nie może odnosić się do osób o skłonnościach homoseksualnych, które z premedytacją (a inaczej chyba nie można) wstępują do stanu kapłańskiego w Kościele katolickim. Oznacza to bowiem szczyt obłudy i to obłudy praktykowanej przez całe życie. Obowiązujący celibat sprawia, że stan kapłański wiąże się z wyrzeczeniem się życia seksualnego. Taki stan jest sprzeczny z naturą, ale większość księży katolickich taką decyzję świadomie podejmuje i z lepszym lub gorszym skutkiem usiłuje być jej wierna. Można się spierać, czy należy ich za to podziwiać, czy też współczuć. Inaczej jest z homoseksualistami. Oni zostają kapłanami po to, by w jak największym stopniu swoje skłonności seksualne realizować. Trudno o większą hipokryzję. Przez całe życie głosić określoną ideologię i jednocześnie pozostawać z nią w rażącej sprzeczności, i to sprzeczności nie przypadkowej, lecz z góry zamierzonej.

Nie prowadzi się badań statystycznych, jaki odsetek duchownych stanowią homoseksualiści. Jednak na podstawie ocen podawanych przez księży, którzy porzucili stan kapłański, można przyjąć, że jest to jakieś 20-25%, czyli co najmniej 10-krotnie więcej niż w przeciętnej ludzkiej populacji. Zapewne wśród biskupów i kardynałów ten udział jest jeszcze znacznie wyższy i stąd bierze się potęga lawendowej mafii. Skandale pedofilskie (a właściwie homoseksualne) doprowadziły Kościół katolicki na skraj przepaści, nad czym osobiście mocno ubolewam. Być może jest za pięć dwunasta, a może już pięć po dwunastej. Ostatnią deską ratunku jest szybkie zniesienie celibatu. Lobby pederastów jest bezpośrednio odpowiedzialne za upadek instytucji o tradycji liczącej blisko 2000 lat. Paetz wam w d..., hipokryci!

P.S.
A jednak pełne przywrócenie do łask i godności arcybiskupa Paetza się nie udało. Zadecydowały o tym nagłośnienie sprawy w mediach i sprzeciw polskich biskupów, którzy po prostu wygonili Paetza, kiedy pojawił się na obradach episkopatu. Chociaż raz polscy hierarchowie kościelni zachowali się, jak należy.

poniedziałek, 14 czerwca 2010

Gospodarka rabunkowa

Jakoś tak jest, że gospodarka rabunkowa kojarzy się z wyrębem drzew. W Wielkiej Brytanii już bodajże w XVIII wieku wycięto prawie wszystkie drzewa na potrzeby budowy statków dla rozrastającej się floty. Była to gospodarka rabunkowa, ale Brytyjczycy nie ponieśli jej negatywnych konsekwencji, ponieważ mogli sobie pozwolić na import drewna. Gorszy los spotkał mieszkańców Wyspy Wielkanocnej, którzy wyrąbali wszystkie palmy na podkłady pod transport wielkich posągów zwanych moana. Nie mieli kontaktów z resztą świata, a więc skutki wycinki drzew były tragiczne i nieodwracalne. Na wyspie doszło do nieurodzaju i krwawych walk, w których wyginęło 90% społeczeństwa. No i przy okazji cofnęli się cywilizacyjnie o kilkaset lat do tyłu.

Przez tysiąclecia w gospodarce obowiązywała zasada:"Oszczędnością i pracą ludzie się bogacą". Pozytywnie na bogacenie się wpływała także uczciwość i przestrzeganie zasad, które nazywano dobrymi obyczajami handlowymi. Mówiły one, że każdego klienta należy szanować, a klienta stałego i długotrwałego w szczególności. W "szewski poniedziałek" szewc mógł ewentualnie źle podzelować buty przypadkowemu przybłędzie, którego widział pierwszy raz w życiu, ale nigdy nie mógł pozwolić sobie na jakąś niedoróbkę w stosunku do pana hrabiego, który regularnie zamawiał u niego 20 par obuwia i płacił złotem. Nierzetelność w stosunku do takiego klienta oznaczała ryzyko utraty środków do życia dla siebie i potomstwa, które miało w przyszłości przejąc rodzinny interes.

Jak to wygląda dzisiaj, niech zaświadczą poniższe przykłady. Ponad 20 lat ubezpieczałem swój samochód w PZU. Akceptowałem nawet coroczne drobne podwyżki OC, jeżeli nie przekraczały one granicy przyzwoitości. Ale któregoś roku PZU podniosło mi cenę ubezpieczenia z 480 na 560 zł i aż mną zatrzęsło. Zadzwoniłem do LINK4 i ubezpieczyłem tenże samochód za 380 zł. Pół roku później kupiłem nowy samochód o podobnych parametrach i spróbowałem go ubezpieczyć w LINK4. Zażyczyli sobie 530 zł, ponieważ specjalne ulgi przysługują jedynie nowym klientom, a ja już dla nich nowy nie byłem. W efekcie jako "nowy" ubezpieczyłem auto w PZU za 420 zł. Podobną "logiką" kierują się banki. Bank Millennium oferuje oprocentowanie lokat w wysokości 6,5% rocznie, ale tylko dla nowych klientów. Starzy mogą przedłużyć lokatę na 4%.

To jest właśnie gospodarka rabunkowa, która, jak widać, nie dotyczy tylko branży drzewnej. Liczy się tylko dzień dzisiejszy, a "po nas choćby potop". Przez stulecia podstawą zdrowej gospodarki był ciułacz, na straży interesów którego stały instytucje państwowe. Obecnie człowiek oszczędzający to frajer okradany przy pomocy realnie ujemnych stóp procentowych. Za to bohaterem naszych czasów stał się utracjusz konsumujący bezmyślnie na kredyt i żyjący w myśl zasady , że jakoś to będzie. Jakie czasy, taki bohater.

Gospodarkę rabunkową prowadzą dzisiaj nie tylko banki i firmy ubezpieczeniowe, ale przede wszystkim rządy, banki centralne i organizacje międzynarodowe od Unii Europejskiej po Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Świadczą o tym rosnące deficyty budżetowe i dług publiczny zaciągany na koszt przyszłych pokoleń. Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że żyjemy na światowej Wyspie Wielkanocnej i właśnie wycięliśmy ostatnie drzewo.

czwartek, 3 czerwca 2010

Desperado

Przeczytałem stenogramy z rozmów w kokpicie Tupolewa ze 25 razy, starając się analizować każde słowo, które tam padło. Wysłuchałem z 7-8 rozmów z mniej lub bardziej wiarygodnymi ekspertami. Przejrzałem szereg blogów zajmujących się katastrofą smoleńską i obejrzałem wiele wykresów przestawiających mozliwe wersje tragicznych wydarzeń. Na podstawie dostępnych danych obliczałem prędkość lotu i prędkość zniżania w poszczególnych fazach. No i wydaje mi się, że znalazłem bezpośredniego sprawcę katastrofy. Jest nim dowódca Tupolewa, kapitan Arkadiusz Protasiuk.

Oczywiście jakiś procent winy (może z 15-20%) leży po stronie rosyjskiego kontrolera ruchu. Nie znam się na radarze, ale na podstawie jego komend można dojść do wniosku, że pracował na jakimś przestarzałym, niedokładnym i być może zdezelowanym sprzęcie. Bardziej orientował się w sytuacji na podstawie tego, co usłyszał od Protasiuka, niż w oparciu o własne przyrządy. Pomimo tego, kilkakrotnie potwierdzał polskiemu pilotowi, iż znajduje się on na prawidłowej ścieżce podejścia, mimo że było to ewidentną nieprawdą. Wszczął alarm co najmniej o 10 sekund za późno, kiedy nic już nie mogło zapobiec tragedii.

W przeciwieństwie do 2 pilota, majora Roberta Grzywny - dowcipnisia i gawędziarza, od początku zapisu kapitan Protasiuk jest małomówny i skoncentrowany na czekającym go trudnym zadaniu do wykonania. Wie, że warunki panujące na lotnisku w Smoleńsku są skrajnie trudne i chciałby lądowania uniknąć. Z jego wypowiedzi wyraźnie wynika, że chce się od niego wymigać. Przekazuje dyrektorowi Kazanie informacje o tym, że lądowanie prawdopodobnie będzie niemożliwe. Zresztą cała załoga uzgadnia, że zejdą tylko do 500 metrów tzn. mają zamiar próbę lądowania potraktować jak najbardziej formalnie.

Potem sprawy przybierają jednak inny obrót. W kokpicie pojawia się prawdopodobnie generał Błasik, co zmienia postać rzeczy. Cywilowi Kazanie można by łatwo wmówić, że załoga próbowała podejść do lądowania, ale na 500 metrach uznała, że jest to zbyt niebezpieczne. Ale pilot Błasik wie, że wysokością decyzji jest 100 metrów. Protasiuk schodzi więc niżej, ale ciągle się waha. Pomiędzy 10, a 6 kilometrem od pasa obniża wysokość jedynie z 500 na 400 metrów, czyli dwa razy mniej, niż powinien według przepisowej ścieżki schodzenia. W międzyczasie padają w kokpicie słowa, że ktoś wkurzy się, jeśli...

Kapitan Protasiuk podejmuje decyzję. Wie, że jest 100 metrów za wysoko, toteż zaczyna schodzić do lądowania po kozacku, na łeb na szyję. Prędkość zniżania 8 m/s, a potem nawet 12 m/s. Jako wielokrotny pasażer samolotów wiem, co to znaczy. Gwałtownie zwiększające się ciśnienie zatyka nieprzyjemnie uszy, a żołądek podchodzi do gardła. A może Protasiukowi właśnie chodzi o to, by obecni na pokładzie dygnitarze i generalicja poczuli dyskomfort i strach. Nigdy się tego nie dowiemy.

Rosyjski kontroler wydaje komendy, które bardziej przeszkadzają, niż pomagają w pilotażu. Dwaj członkowie załogi na bieżąco podają kapitanowi odczyty wysokościomierzy, barycznego - mierzącego wysokość od poziomu lotniska i radiowego - mierzącego od aktualnego poziomu terenu. Dwa kilometry przed płytą lotniska samolot osiąga poziom 100 metrów według obydwu wysokościomierzy. To poziom decyzji. Jeżeli pilot nie widzi ziemi, to powinien natychmiast podnieść samolot w górę, co sygnalizują już zresztą wszystkie przyrządy alarmowe. Lecz kapitan Protasiuk przez następne 7 sekund nie zmienia kursu. Te sekundy zdecydowały o śmierci prawie 100 osób.

Po 7 sekundach wysokościomierz radiowy pokazuje nadal 100 metrów, lecz tylko dlatego, że samolot zanurkował w międzyczasie w głąb jaru. W rzeczywistości jest już tylko 50 metrów powyżej lotniska. Pilot wreszcie decyduje się podnieść maszynę, lecz inercja sprawia, że przez kolejnych kilka sekund Tupolew nadal opada, zanim w końcu powoli pójdzie w górę. Wąwóz zaczyna teraz stromo się wznosić, co sprawia, że wysokość ponad poziomem terenu błyskawicznie spada do 20 metrów, a potem jeszcze mniej. Samolot niemal wyślizguje się z jaru, ale parę sekund później zaczyna kosić wierzchołki drzew rosnących kilkanaście metrów poniżej poziomu lotniska . To koniec.

Czy kapitan Protasiuk zapomniał o ukształtowaniu terenu wokół lotniska, na którym przedtem 5 razy lądował? Dlaczego nie poderwał samolotu, kiedy był na to czas tylko spóźnił się o 7 sekund z decyzją? Czy był to z jego strony bezmyślny brawurowy wybryk, czy też może jakiś moment desperacji, w której własne życie przestaje być ważne, byle tylko utrzeć nosa przemądrzałym ważniakom i bezczelnym karierowiczom?

wtorek, 1 czerwca 2010

Trzy zagadki

Opublikowano stenogramy zapisów z w kabinie pilotów Tupolewa, który rozbił się pod Smoleńskiem. Pytań nadal jest sporo, ale każdemu logicznie myślącemu człowiekowi muszą się nasunąć 3 zagadki. Najbardziej oczywista dotyczy zachowania się pilota w ostatnich 20 sekundach tragicznego lotu. W kabinie wyją wszelkie możliwe alarmy sygnalizujące zbliżające się zderzenie z ziemią, nawigator odlicza szybko spadającą wysokość dochodząc do 20 metrów, rosyjski kontroler lotu dwukrotnie dramatycznie alarmuje o niebezpieczeństwie, drugi pilot wydaje komendę: "Odchodzimy!", a kapitan Arkadiusz Protasiuk nie reaguje, tylko obniża lot aż do tragicznej katastrofy. Gdyby nawet pilot zemdlał, albo nagle stracił zmysły, to pozostali obecni w kokpicie powinni to zauważyć i podjąć jakąś próbę ratunku. A tu kompletnie nic.

Odpowiedź na to pytanie jest stosunkowo prosta, jeśli weźmiemy pod uwagę ukształtowanie terenu w pobliżu smoleńskiego lotniska, a mianowicie obecność głębokiego jaru. To nie samolot opadał, tylko teren gwałtownie się wznosił. Kapitan Protasiuk posłuchał alarmu i usiłował wyprowadzić Tupolewa z wąwozu., w którym się znalazł, przy czym niewiele zabrakło, aby mu się powiodło. Jak wiemy z wcześniejszych informacji, drzewo w które uderzył znajdowało się 15 metrów poniżej poziomu pasa lotniska. A z tego wynika, że wcześniej samolot znalazł się kilkadziesiąt metrów poniżej tego poziomu.

Można podejrzewać, że do wpakowania polskiego samolotu w kanał (tj. w wąwóz) przyczynił się rosyjski kontroler lotu, ponieważ jego zachowanie to kolejna zagadka. Z zapisów rozmów wynika, że najpierw udzielił Protasiukowi zgody na zniżenie się do 500 metrów. A dwie minuty później zapytał go, czy już tę wysokość osiągnął i otrzymał odpowiedź, że polski samolot jest dopiero na 1000 metrach. Czyżby Rosjanin nie widział na swoich przyrządach, na jakiej wysokości aktualnie znajduje się Tupolew? W takim razie dlaczego wielokrotnie potwierdzał, że samolot znajduje się na prawidłowej ścieżce schodzenia? Ostatni raz uczynił to 24 sekundy przed katastrofą w odległości 2 km od lotniska? Alarm wszczął dopiero na kilka sekund przed zderzeniem. Jeżeli nie widział wysokości, to na jakiej podstawie? A jeżeli widział, to jak mógł nie zauważyć, że Tupolew wcześniej zanurkował w jarze? A może celowo wprowadzał w błąd?

Druga zagadka staje się jeszcze bardziej tajemnicza, jeśli połączy się ją z trzecią. Na czarnej skrzynce nagrały się nie tylko słowa załogi, ale także rozmowy innych samolotów z kontrolerami lotów. 13 minut przed katastrofą zapis zarejestrował następujące słowa po rosyjsku: " zakończyłem zrzut, odchodzę na wschód." Kto i co zrzucał w rejonie Smoleńska 10 kwietnia 2010 około godz. 10 rano czasu moskiewskiego?


piątek, 28 maja 2010

Wszystkie ręce do pomp

To nie spóźniony apel dotyczący powodzi w naszym kraju. Będzie o finansach. O wielkich finansach. Dla nikogo rozgarniętego od dawna nie jest tajemnicą strategiczny sojusz wielkiej finansjery i wielkiej polityki. Jego namacalnym symbolem jest amerykański FED, instytucja, o której z niewielką tylko dozą przesady można powiedzieć, iż rządzi współczesnym światem. Czasy są jednak ciężkie, toteż Ben Bernanke & Co. muszą uwijać się, jak w ukropie, żeby załatać wszystkie dziury w trzeszczącym w szwach gmachu światowej gospodarki.

Najważniejszym zadaniem jest oczywiście zapewnienie dopływu świeżej gotówki coraz bardziej niewydolnemu systemowi. Mechanizm jest prosty, jak budowa cepa. FED pożycza na zerowy procent bankom, które z kolei kupują amerykańskie obligacje. Przypomina to bardzo znane nam ze schyłkowego PRL-u finansowanie budżetu z kredytu NBP. Różnica polega na obecności "prywatnego" pośrednika. Dla banków takie operacje to zysk bez ryzyka. Nie ma jednak nic za darmo. FED obliguje bowiem banki do inwestowania zarobionych pieniędzy w giełdy. Wzrost indeksów ma być bowiem dla świata potwierdzeniem, że jedynie słuszna droga rozwoju prowadzi nas do świetlanej przyszłości.

Zawsze jednak znajdą się gnidy, które zamiast posłusznie słuchać "mądrzejszych", zaczynają coś kombinować na własną rękę. Choćby taka Unia ze swoim ECB. Zamiast naśladować FED na polu Quantitative Easing zaczęła się opierać przeciwko psuciu pieniądza. Pojawiły się przy tym jakieś durnowate komentarze, że euro jako stabilniejsza waluta jest w stanie w przyszłości zastąpić dolara. Trzeba było przywołać to towarzystwo do porządku, co też uczyniono. Wystarczyło, że Big Ben poszczuł swe wierne pieski z agencji ratingowych, żeby obnizyły ratingi europejskim "świnkom" i zaraz sprawy przybrały pożądany obrót.

Albo takie banki. Niektóre z nich zaczęły kąsać rękę, która je karmi. Zamiast inwestować, jak Pan Bóg (tj. FED) przykazał w akcje, surowce i wskazane waluty, zaczęły się bawić w jakieś naked shorty, albo co gorsza umieszczać złoto w portfelach funduszy inwestycyjnych. Inna sprawa, że monotonne pompowanie baniek mogło się co bardziej agresywnym wilczkom znudzić. Wbrew znanemu z przeszłości scenariuszowi do udziału w zabawie nie przystąpili bowiem drobni frajerzy. A jak długo można tak pompować i pompować bez żadnej gwarancji, że balon nie pęknie na mordzie?

Mniej wytrwali i słabiej odporni nerwowo zaczęli więc się łamać i zadawać sobie pytanie: "Czy leci z nami pilot, czy też już dawno wyskoczył na złotym spadochronie?". I w ten sposób te kanalie doprowadziły do sytuacji, w której pewnego popołudnia wszystkie ważniejsze indeksy poleciały o 10-15% w dół. Zrobić taką rzecz Wielkiemu Benowi? Siedział sobie spokojnie nad butelką Passower Sliwowitz i właśnie zakąszał koszernym prawdziwkiem, gdy nagle włączył się TAWS i zaczął wrzeszczeć:" Aj, waj! Ben, pull up! Pull up quickly! ". Benek oczywiście zrobił , co trzeba. Wydał komendę :"Wszystkie ręce do pomp" i jeszcze naprędce wymyślił historyjkę o naćpanym brokerze, który pomylił się o sześć zer przed przecinkiem. Ale turbulencje nie ustały i nadal kołysało indeksami, jak cholera.

Trzeba było wreszcie wziąć to całe towarzystwo za mordę. Od czego mamy propagandę. Przecież złotousty noblista Obama już od dawna powtarzał: "Yes, we can control the banks". Teraz wsparła go wystraszona kanclerzyna Zjednoczonej Europy Angela Merkel. "Ukrócić samowolę banków zagrażajacą stabilizacji systemu finansowego" - zabrzmiało od Nysy Łużyckiej po Wielki Kanion Colorado, a naiwne masy uznały, że mądra władza dobierze się do skóry pazernym bankierom. Ale przecież Goldman Goldmanowi oka nie wykole. To tylko jakiś prowincjonalny nieprawomyślny banczek "Hoss Cartwright & Brothers" z Virginia City zostanie rzucony na pożarcie tłumom.

Pilnować trzeba zresztą nie tylko głównego frontu, ale także takich dzikich krajów jak Polska. Do czego to podobne, żeby sztandarowa waluta "emerging markets" była tak poniewierana, jak w ostatnim czasie. Już tam namiestnik Belka zadba o to, żeby złoty się umacniał zgodnie z prognozą Marka Zubera ( ze 3-4 miesiące), a chłopaki z Morgana i Goldmana wciskałi ciemnym tubylcom opcje walutowe.

Tak więc dobry Uncle Ben zadbał o nasze spokojne wakacje. Pławmy się w pożyczonym luksusie , dopóki możemy. Jak nie w Egipcie, czy Tunezji, to chociaż pod rodzimą gruszką, czy też wierzbą, popijając chłodne piwko i zagryzając niekoszerną karkówką z grilla. Bo to już ostatnie takie wakacje.


czwartek, 27 maja 2010

CIAmajdy

Nic tak mnie nie raduje, jak informacja o jakiejś wpadce lub kompromitacji służb specjalnych, zwłaszcza zaś tak renomowanych, jak CIA. Amerykańskie media, powołując się na anonimowego informatora, podały wczoraj, że CIA planowała operację skompromitowania Saddama Husseina poprzez wrobienie go w pedofilię. W tym celu postanowiono nakręcić i rozpowszechnić w Iraku film, na którym ucharakteryzowany sobowtór irackiego dyktatora gwałciłby nieletniego chłopca. Rzecz miała miejsce jeszcze przed amerykańskim atakiem na Irak, kiedy rozpatrywano alternatywne posunięcia mające na celu zohydzenie Saddama w oczach opinii publicznej (zwłaszcza irackiej).

Do nakręcenia filmu ostatecznie nie doszło, przy czym bynajmniej nie ze względu na skrupuły w stosunku do chłopca, którego miano scwelować. Otóż zaprotestowali funkcjonariusze CIA lepiej znający bliskowschodnią mentalność. Uznali oni, że "Saddam" demonstrujący męską jurność zostanie przez Irakijczyków odebrany pozytywnie, niezależnie od obiektu jego namiętności (mogłaby być to nawet koza). Co innego, gdyby to chłopiec cwelował "Saddama". Wtedy efekt byłby murowany. Okazało się jednak, że chcieć nie zawsze równa się móc. Na nic zdały się walizki lizaków, dropsów i snickersów. Nie udało się znaleźć chłopca, który podołałby zadaniu aktywnego spółkowania ze starym dziadygą.

W zamian nakręcono filmik, na którym "Osama bin Laden" chleje wódę szklanami, kpi w żywe oczy z Allaha i proroka Mahometa, a następnie przechwala się deprawowaniem małoletnich płci obojga. Jak widać, "walka z pedofilią" to doskonała metoda walki. Na razie z przeciwnikami politycznymi USA, a wkrótce może z przeciwnikami neozamordyzmu.

piątek, 21 maja 2010

W Okopach Świętej Trójcy

Kościół katolicki to najstarsza w świecie instytucja, która na przestrzeni blisko 2000 lat przeżywała różne koleje losu. Miała okresy triumfów i wzlotów, bywały też bolesne upadki i długotrwałe kryzysy. Zdarzały się schizmy, wojny religijne, a nawet sytuacje, kiedy na czele podzielonego Kościoła stało czterech wzajemnie zwalczających się papieży. Po okresach burzliwych zawirowań zawsze przychodził jednak czas spokoju, gdy Kościół odbudowywał swoją pozycję i nadal trwał niczym kamienna opoka stabilizująca świat i wyznaczająca ludzkości właściwy kierunek.

Od kilkunastu lat katolicyzm znajduje się w stanie pogłębiającego się kryzysu, czego może wyraźnie nie widać z Polski, jednego z nielicznych we współczesności krajów, w których świątynie nadal są wypełnione rozmodlonymi tłumami wiernych. Podobnie jest chyba już tylko w niektórych państwach Ameryki Łacińskiej, choć i tam młodsze pokolenie zaczyna odwracać się od Kościoła. W tradycyjnie katolickich krajach Europy (Włochy, Hiszpania, Portugalia, Austria) kościoły świecą pustkami, a co roku setki tysięcy ludzi formalnie porzucają religię przodków. Dramatycznie spada liczba powołań kapłańskich, a współczesny europejski proboszcz to bardzo często zgrzybiały staruszek. Źle dzieje się też w Afryce subsaharyjskiej, gdzie religia katolicka sukcesywnie wypierana jest przez islam.

Aby prawidłowo zdiagnozować chorobę, warto cofnąć się w czasie i poszukać jej przyczyn. W XIX wieku znajdziemy początki tak charakterystycznego dla okresów późniejszych kryzysu wiary, który dotknął zresztą wszystkie religie świata. Osiągnięcia nauki, a w szczególności teoria ewolucji Darwina podważyły skutecznie starotestamentowe opisy stworzenia świata. Stopniowo coraz więcej osób zaczęło skłaniać się ku poglądowi, iż nauka jest w stanie całkowicie obalić religię poprzez udowodnienie nieistnienia Boga. Takim postawom sprzyjała rosnąca wiara w nieograniczoną potęgę ludzkiego umysłu, a także dynamiczny rozwój systemu komunistycznego agresywnie propagującego ateizm. Apogeum ateizmu przypadło na lata 60-te XX wieku. Był to także szczyt potęgi ZSRR i epoka lotów w kosmos, po których oczekiwano spotkania z obcymi cywilizacjami, a przynajmniej dowodów na istnienie życia poza Ziemią. Jednakże tych mocnych poszlak, co do nieistnienia Boga nie udało się osiągnąć i orędownicy bezgranicznej potęgi ludzkości nieco spokornieli. Co więcej, w późniejszych latach nauka odkryła fakty, które można potraktować jako poszlaki przemawiające za istnieniem Boga. Nie da się ukryć, że udowodnienie przez genetyków, iż wszyscy ludzie pochodzą od jednego mężczyzny i od jednej kobiety (choć niekoniecznie od jednej pary), to silny argument na korzyść wierzących. Nie oznacza to bynajmniej, że ateizm znalazł się w głębokim odwrocie. Są kraje, gdzie światopogląd ateistyczny deklaruje 70-80% społeczeństwa (Czechy). Można natomiast przyjąć, że kryzys wiary ustabilizował się i nie stanowi obecnie największego zagrożenia dla katolicyzmu.

Wielkim triumfem dla Kościoła katolickiego i osobiście dla papieża Jana Pawła II był upadek światowego systemu komunistycznego. Na łono wiary katolickiej powróciły Litwa, Słowacja, Słowenia, Chorwacja i zachodnia Ukraina. Odrodzenie wiary na olbrzymich połaciach Rosji to także ogromny sukces chrześcijaństwa (a także islamu), chociaż od razu zaczęło zgrzytać pomiędzy katolicyzmem i prawosławiem na tle prozelityzmu. Warto w tym miejscu odbiec na chwilę od głównego tematu i wprowadzić drobną dygresję. Od szeregu lat w Polsce amerykańskie kościoły protestanckie uprawiają jawny prozelityzm, przekupując polską młodzież atrakcyjnymi wyjazdami do USA, a nawet fundując najzdolniejszym hojne stypendia na zagranicznych uczelniach. Ani Kościół, ani ostentacyjnie katolickie państwo nie zauważają tego problemu. Czyżby strach przed Wielkim Bratem zza oceanu?

Druga połowa pontyfikatu Jana Pawła II nie była już tak udana, jak chcielibyśmy to w Polsce widzieć. Na pewno odcisnęła na niej swe piętno postępująca choroba papieża. Jest też możliwe, że pochodzący zza żelaznej kurtyny Jan Paweł II nie rozeznał w porę zagrożeń, które tym razem przychodziły nie ze Wschodu, lecz z Zachodu. Pierwszym z nich był konsumpcjonizm szerzący się w świecie co najmniej od ostatniej dekady XX wieku. Lansowany przez komercyjne media, zmienił setki milionów ludzi w bezmyślne bydlęta zaabsorbowane jedynie konsumowaniem kolejnych podsuwanych im dóbr, najczęściej zresztą na kredyt. O ile klasyczny ateista odrzucał Boga w wyniku swoich przemyśleń, o tyle konsumpcjonista kompletnie zatracił zdolność abstrakcyjnego myślenia i nad istnieniem Boga w ogóle się nie zastanawiał. Podobnie zresztą odnosił się do śmierci, która została odizolowana wysokimi płotami szpitali, hospicjów i domów opieki, a zatem jakby w ogóle nie istniała. Świadomość przemijanie odróżnia człowieka od zwierzęcia. Konsumpcjoniści zostali tej zdolności pozbawieni w sterowanym przez media procesie wtórnego zezwierzęcenia.

Tych, których nie wymiótł z kościołów konsumpcjonizm, zniechęcił równoległy z nim w czasie kryzys religii instytucjonalnych. Często dotknął on ludzi bardzo dla Kościoła wartościowych, bo głęboko wierzących i inteligentnych. Ich z kolei odstręczyły dogmatyzm i skostnienie poglądów. Większość dogmatów Kościoła katolickiego ma swoje źródło nie w Biblii, lecz została sformułowana przez tzw. Ojców Kościoła, czyli teologów działających w okresie od III do VIII w n.e. Przy całym szacunku dla tych czcigodnych ludzi, można odnieść wrażenie, że zrobili oni wiele, by proste i przystępne przesłanie Jezusa Chrystusa maksymalnie skomplikować i zagmatwać. Niektóre z obowiązujących interpretacji (np. dogmat o Świętej Trójcy) to przyczynowo-skutkowe potworki. Jeszcze gorzej jest z dogmatami znacznie późniejszej proweniencji, jak np. wzbudzający wiele kontrowersji dogmat o nieomylności papieża w sprawach wiary. Warto też wspomnieć, że niemało wiernych zraziło do katolicyzmu jego nieprzejednane i niezrozumiałe (zwłaszcza wobec problemu AIDS) stanowisko w sprawie antykoncepcji.

Konsumpcjonizm i kryzys religii instytucjonalnych dotknęły wszystkich wyznań. Stosunkowo najbardziej obronną ręką wyszły religie najbardziej fundamentalne i nietolerancyjne, a wiec z jednej strony islam, a z drugiej strony odłamy protestantyzmu rodem z USA. Z kolei najbardziej poszkodowane zostały tradycyjne kościoły protestanckie (anglikanizm i luteranizm), pomimo ( a może właśnie dlatego), iż starały się one intensywnie modernizować w duchu poprawności politycznej. Okazało się, że kapłaństwo kobiet, czy wyświęcanie biskupów otwarcie przyznających się do homoseksualizmu jest dobrze odbierane przez media, ale fatalnie przez wiernych. Dzisiaj w protestanckich świątyniach Wielkiej Brytanii, Holandii, czy Skandynawii ze świecą nie znajdzie się człowieka, który by tam przyszedł się pomodlić. Natomiast katolicyzm stanął w obliczu następnej katastrofy, jaką stała się dla niego walka z „pedofilią”.

Cudzysłowu użyłem celowo, bowiem w mojej ocenie mamy do czynienia ze sztucznie wykreowaną w USA i narzuconą światu hucpą, mającą na celu poddanie ludzkości zamordystycznej kontroli i cenzurze. Większość zbrodni przypisywanych „pedofilom” to czyny sadystów, którzy atakują dzieci tylko dlatego, że są one najłatwiejszymi ofiarami. Ilość „pedofilów” wzrasta też co najmniej stokrotnie, jeśli za pedofilię uznaje się (wg terminologii amerykańskiej) wszelkie czynności seksualne wobec osób prawnie nieletnich lecz seksualnie całkowicie dojrzałych (czyli nastolatków). Można wtedy uznać Romana Polańskiego za zbrodniarza, a każdego mężczyznę za potencjalnego zboczeńca. Tylko w kraju tak przesiąkniętym do szpiku kości hipokryzją, jak USA mogło się zrodzić prawo, w myśl którego nastolatek jest za młody na seks, ale jednocześnie wystarczająco dorosły na krzesło elektryczne.

Nie można wykluczyć, że krucjata przeciwko „pedofilom” od początku została pomyślana jako perfidna intryga wymierzona w katolicyzm. Prawdziwym, lecz za to odwiecznym problemem Kościoła katolickiego nie jest pedofilia, ale homoseksualizm sporej części kapłanów. Jest znamienne, że olbrzymia większość „pedofilskich zbrodni” kleru katolickiego to czyny seksualne popełnione w stosunku do nastoletnich chłopców i młodych mężczyzn (ministrantów, chórzystów, uczniów szkół kościelnych, kleryków). Świadczy to o tym, że o ile heteroseksualni mężczyźni wstępują do stanu kapłańskiego ze szczerym postanowieniem wyrzeczenia się życia seksualnego, o tyle homoseksualiści wręcz przeciwnie. Oni zostają kapłanami po to, żeby w pełni swoje skłonności seksualne realizować. Część z nich dochodzi do bardzo wysokich godności kościelnych. Stają się autorytetami dla wiernych, jednocześnie przez całe życie pozostając w konflikcie z sumieniem, moralnością, religią, a nawet wiarą. Jeśli „pedofilia” nie ma być gwoździem do trumny katolicyzmu, lobby homoseksualne musi zrozumieć i uznać, że jego czas w Kościele minął bezpowrotnie. Dzisiejszemu Kościołowi najbardziej potrzebni są mężczyźni z jajami. Takim był Jan Paweł II i na pewno nie brakuje takich wśród dzisiejszych kapłanów. Nowych trzeba pozyskać, znosząc jak najprędzej celibat.

Od 5 lat na Stolicy Piotrowej zasiada papież Benedykt XVI. Już w chwili wyboru wiadomo było, iż nie posiada on charyzmy swego poprzednika. Liczono jednak, że inteligencja i doskonała wiedza teologiczna pomogą mu w przeprowadzeniu Kościoła przez trudny okres. Przykro to stwierdzać, ale Benedykt XVI jak na razie nie podołał temu zadaniu. Ekumenizm, z takim trudem i konsekwencją budowany przez Jana Pawła II, jest obecnie w rozsypce. Kontrowersyjnymi decyzjami i niezbyt przemyślanymi słowami obecny papież zraził do siebie zarówno żydów, jak i muzułmanów. Zapewne zrazi i Polaków, jeśli nadal z niewiadomych powodów zwlekać będzie z beatyfikacją Jana Pawła II. Kościół Benedykta XVI to Kościół w głębokiej defensywie, przepraszający za popełnione i nie popełnione winy, co zachęca tylko przeciwników do coraz bardziej bezczelnej krytyki. Jednocześnie nieuniknione reformy są odwlekane. Zniesienie celibatu jest potrzebą chwili, nawet za cenę schizmy. Wątpliwe jednak, by Benedykt XVI zdecydował się na taki krok. Życząc mu wielu jeszcze lat życia, należy jednocześnie mieć nadzieję, że jego następca okaże się człowiekiem odważnym i energicznym.

poniedziałek, 17 maja 2010

Wyszło Szczygło z worka

Po katastrofie smoleńskiej gromy posypały się na głowę ministra obrony narodowej Bogdana Klicha. Opozycja (zwłaszcza PiS) najwyraźniej chciały z niego uczynić kozła ofiarnego winnego tragedii.

Nigdy nie darzyłem sympatią ministra Klicha, którego odbieram jako karierowicza (psychiatra ministrem od wojska) i pokornego przydupasa premiera Tuska. W dodatku Klich dał się poznać jako publiczny kłamca. Po katastrofie CASy pod Mirosławcem oświadczył, że społeczeństwo pozna zawartość czarnych skrzynek, w tym rozmowy w kabinie pilotów. Potem się z tej obietnicy wycofał, motywując to względami dla rodzin ofiar katastrofy. W efekcie nikt rozsądny w Polsce nie wierzy w oficjalną wersję o winie załogi, słusznie zapewne podejrzewając, że za sterami CASy siedział jakiś pijany generał lub pułkownik.

Ponieważ, jak na razie, śledztwo w sprawie smoleńskiej tragedii też wskazuje na winę załogi, Klichowi zarzucono odpowiedzialność za słabe wyszkolenie pilotów, a w szczególności podjęcie decyzji o wycofaniu się ze szkolenia załóg rządowych Tupolewów na symulatorze w Moskwie. Zwłaszcza jawnie PiSowska TVP1 obsobaczyła ministra Klicha z góry na dół. Było dużym zaskoczeniem, kiedy telewizyjni mądrale musieli swoje słowa odszczekać i ministra przeprosić. Okazało się, że taką decyzję podjął poprzednik Klicha na stanowisku ministra obrony, Aleksander Szczygło. No i wyszło szydło z worka.

Ś.p. Aleksander Szczygło to jedna z ofiar Smoleńska, minister obrony narodowej w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, a następnie szef prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Na tym stanowisku bruździł Klichowi, jak mógł i jawnie z nim rywalizował o rzeczywiste przywództwo nad wojskiem. Wprawdzie minister Klich sprawował teoretyczną władzę nad polską armią, ale to prezydent Kaczyński rozdzielał generalskie nominacje, kierując się przy tym wskazówkami swego wiernego Szczygły. W rezultacie generalicja olewała Klicha, trzęsąc za to portkami (lub sutannami) przed Szczygłą. I wyszła na tym fatalnie. Do Katynia z Tuskiem i Klichem nie poleciał żaden wyższej rangi wojskowy, za to Kaczyńskiemu i Szczygle towarzyszył orszak 10 generałów. Efektem tej błazenady jest największa klęska militarna w 1000-letniej historii Polski. Nigdy bowiem naraz nie poległo tak wielu wyższych dowódców.

W odróżnieniu od raczej skromnego Klicha, Aleksander Szczygło ewidentnie cierpiał na kompleks Napoleona. Na konferencjach prasowych prężył swą mizerną sylwetkę, nadymał się i stroił marsowe miny niczym Benito Mussolini. Chyba dlatego zyskał sobie przydomek Marszałek Szczygły- Pic. Należał też do grona najbardziej zawziętych jastrzębi, zwolenników udziału naszych wojsk w amerykańskich agresjach na Irak i Afganistan.

Przy okazji ataku z zasadzki na żołnierzy polskiego kontyngentu w Afganistanie Aleksander Szczygło nazwał publicznie afgańskich talibów tchórzami. Aż mną zatrzęsło. Wiele można talibom zarzucić, choćby fanatyzm lub barbarzyństwo (zwłaszcza za wysadzenie w powietrze posągów Buddy w Bamianie). Ale określic mianem tchórzy ludzi, którzy od lat toczą nierówną walkę z okupantem w obronie swojej ojczyzny? To wiecej niż kłamstwo. To bluźnierstwo!. To tak, jakby jakiś spasiony hitlerowiec (i to z tych dekujacych się na tyłach) zarzucił tchórzostwo partyzantom Hubala lub powstańcom warszawskim. Niech Allah miłosierny wybaczy Ci te słowa, ministrze Szczygło.


niedziela, 9 maja 2010

Niewidzialna ręka

Od kilku dni w mediach i na blogach obszernie komentowane jest nagłe tąpnięcie amerykańskich giełd po południu (u nas był wtedy wieczór) w czwartek 6.05.10. Indeksy najważniejszych giełd poleciały w dół o 8-10%, by po 15 minutach powrócić z powrotem do poprzednich poziomów. O ile blogerzy trafnie widzą przyczynę gwałtownych spadków we włączeniu się komputerowych algorytmów u najważniejszych giełdowych graczy, o tyle wersja oficjalna mówi o pomyłce brokera, który zgłosił zlecenie sprzedaży w miliardach zamiast w milionach USD. Jest to tak bezczelne kłamstwo, że w zasadzie nie warto z nim polemizować. Ja jednak spróbuję. Skoro w szczytowym momencie spadek (ok.10%) wartości walorów wyniósł 500 mld USD, to oznaczałoby, że ów pijany lub naćpany broker zlecił sprzedaż za jakieś 5 bilionów (po amerykańsku trylionów) dolarów. I nikt nie zauważył w tym niczego zdrożnego, tylko jego zlecenia skrupulatnie wykonano. Bardziej prawdopodobna jest chyba nagła inwazja ufoludków.

Ciekawe, dlaczego wszyscy zastanawiają się nad przyczyną nagłych spadków, a nikt nie zapyta o przyczynę równie gwałtownego odbicia w górę. Czyżby wzrosty na giełdach były czymś naturalnym, natomiast spadki mogłyby być tylko dziełem jakiegoś pijanego lub psychola? Stąd już blisko do sowieckiej praktyki zamykania dysydentów w zakładach psychiatrycznych. Bo przecież tylko wariat mógł nie wierzyć w dobre intencje władzy. Podobnie, jak dzisiaj tylko wariat może nie wierzyć, że kryzys się skończył, a pod światłym kierownictwem FED, MFW i ECB ludzkość czeka wspaniała przyszłość.

Tak więc zdaniem poprawnych politycznie (i ekonomicznie) propagandzistów spadki spowodował jakiś meszugene, natomiast wzrosty były czymś naturalnym, ponieważ zadziałała niewidzialna ręka rynku. Ja jednak sądzę, że było dokładnie odwrotnie i spróbuję odnaleźć sprawcę cudownego powrotu wartości akcji "na z góry upatrzone pozycje", posługując się starożytną maksymą "Cui bono ?", czyli w czyim to było interesie. Jeżeli zakłada się, że wielcy gracze na rynku posługują się komputerowymi algorytmami, to dlaczego mamy przypuszczać, że nie są one wykorzystywane przez instytucję znacznie potężniejszą. Np. algorytm powodujący w momencie nagłego spadku indeksów giełdowych kupno wszystkich tracących na wartości walorów w każdej ilości i za każdą cenę aż do całkowitego odwrócenia tendencji spadkowych. Oczywiście mógłby sobie na to pozwolić jedynie macher posiadający możliwość nieograniczonej i niekontrolowanej kreacji pieniądza. Kto to może być? Kto od lat pompuje giełdy, próbując zmienić nawis inflacyjny w kapitał, czyli innymi słowy zrobić z gówna złoto?

Tam, gdzie rzekomo działa niewidzialna ręka rynku, w rzeczywistości mamy do czynienia z niewidzialną łapą FEDu. Zresztą od dawna. Jesienią 2008 wiele razy mozna było dostrzec, jak spadające indeksy giełdowe nagle odbijały się jakby od niewidzialnej podłogi. Podobnie, jak przez większość 2009 cena złota odbijała się od niewidzialnego sufitu na wysokości 950 USD/oz. Czyżby była to ręka Boga, a Bernanke i spółka byli wszechmogący?

Na szczęście tak nie jest. Oni mogą dużo, ale nie są w stanie zmienić praw matematyki, a te skazują system pieniądza fiducjarnego na rychły koniec. Agonia już się zaczęła. Najwierniejsi z wiernych zaczynają się łamać, o czym świadczą wydarzenia czwartkowe. Jak długo można pompować giełdy na zasadzie "dzisiaj Goldman kupuje od Sachsa, a jutro Sachs od Goldmana"? Drobni w to nie wchodzą i chyba juz nie wejdą. Nawet całkiem duże szczury zaczynają uciekać z tonącego okrętu. Niedawno wydało się, że George Soros, publicznie prognozując spadek cen złota, w tym samym czasie po cichu je skupował. John Paulson zgromadził już ponad 100 ton żółtego metalu. Na razie FED stoi za szeregami swych żołnierzy niczym sowiecki politruk z rewolwerem w ręku. Ani kroku w tył? Skończy sie i tak, jak w kawale o maszerujacych do ataku plemnikach. Ktoś zawoła: "Zdrada, jesteśmy w dupie!!!" i nie będzie wiecej chętnych na obligacje USA . Pozostanie jedynie spuścić wodę po "fiat money".