wtorek, 2 lutego 2010

Żółw i słonie

Z czasów, kiedy chodziłem do szkoły podstawowej (zamierzchła przeszłość, wtedy właśnie żyły dinozaury) przypominam sobie rysunek zamieszczony w podręczniku do geografii lub historii (a może fizyki?). Był on zatytułowany "Jak ludzie niegdyś wyobrażali sobie Ziemię?" i przedstawiał olbrzymiego żółwia, na którego skorupie stały cztery słonie, które z kolei podtrzymywały na swych grzbietach okrągłą platformę symbolizującą Ziemię. Ten prosty rysunek zawierał w sobie aż trzy błędy. Pierwszy z nich był oczywisty. Wiemy przecież, że Ziemia jest kulą, a nie okrągłą platformą. Tę pomyłkę byłbym jednak skłonny moim praprzodkom sprzed paru tysięcy lat wybaczyć. Nie wiedzieli tego, co my wiemy dzisiaj i wyobrażali sobie świat, w którym żyli tak, jak to mogli ogarnąć swoimi zmysłami. Okrągła platforma na pewno była bardziej logiczna od platformy kwadratowej lub trójkątnej. Drugi błąd świadczy już o rysowniku dużo gorzej. Nie sposób nie zauważyć, że żółw fajta sobie łapkami w przestrzeni bez żadnego punktu podparcia. Przecież nie potrzeba Newtona, żeby dostrzec skutki grawitacji. Nawet zwierzę ucieka, kiedy coś spada mu z góry na głowę. Trzeci błąd, który spostrzegłem nieco później, jest błędem natury logicznej, a nie fizycznej. Skoro nie można udowodnić istnienia żółwia, to po kiego grzyba te słonie? Nie wnoszą niczego do zasadniczej kwestii, niepotrzebnie ją przy tym komplikując. Platforma opierająca się jedynie na żółwiu jest znacznie bardziej prawdopodobna, niż platforma dźwigana przez tegoż żółwia za pośrednictwem słoni.

Po wielu latach spojrzałem na ten sam rysunek (w wyobraźni, bo oczywiście nie posiadam już starego podręcznika) z zupełnie innego punktu widzenia. Wydał mi się doskonałą ilustracją do przedstawienia poglądów ludzi na temat istnienia lub nieistnienia Boga. Jeżeli pod postacią platformy wyobrazimy sobie otaczającą nas rzeczywistość, pod postacią żółwia - Boga, a pod postacią słoni - różnego rodzaju istoty pośredniczące (w przekazywaniu życia lub informacji) pomiędzy Bogiem, a światem realnym, to będziemy mogli dokonać przeglądu ludzkich poglądów na tę kwestię.

1. Ateista prosty

Ateista prosty odrzuca zarówno żółwia, jak i słonie. Tego, czego nie da się stwierdzić za pomocą "szkiełka i oka", po prostu nie ma. Koniec i kropka. Ateista prosty na ogół jest entuzjastą postępu naukowo-technicznego i uważa, że prędzej, czy później nauka odpowie na wszelkie kwestie, których do tej pory człowiek nie rozwiązał. To, że platforma wisi sobie w przestrzeni bez żadnego punktu podparcia jakoś mu nie przeszkadza.

2. Ateista skomplikowany

Do tej kategorii należą ludzie często posiadający dużą wiedzę, a jednocześnie totalnie nielogiczni. Odrzucając Boga jako nienaukowy zabobon, jednocześnie początków człowieka, czy w ogóle życia doszukują się poza naszą planetą. Wierzą, że życie na Ziemię przynieśli przybysze z innych układów planetarnych. Dopuszczają też możliwość, że kosmici wielokrotnie ingerowali w przeszłości lub aktualnie ingerują w losy rodzaju ludzkiego. Ale kwestia, skąd wzięli się owi kosmici, na ogół wcale ich nie interesuje. W odniesieniu do naszego rysunku ateiści skomplikowani odrzucają żółwia, ale wierzą w słonie.

3. Wierzący tradycjonalista

Zaliczymy tutaj wszystkich, którzy istnienie Boga przyjmują za pewnik nie wymagający udowodnienia. Z punktu widzenia naszego rysunku można przeprowadzić ciekawą analizę poszczególnych religii. Zacznijmy od tych politeistycznych. Wielu bogom powinno odpowiadać wiele żółwi. Ponieważ jednak większość religii politeistycznych zakłada istnienie jednego Boga głównego i wielu bogów pomniejszych, to w zasadzie otrzymujemy klasyczną piramidkę czyli żółw + słonie + platforma. Właściwe zinterpretowanie chrześcijaństwa stanowi pewien problem ze względu na Świętą Trójcę (jeden Bóg w trzech osobach). Chyba rysunkowym odpowiednikiem będzie żółw z trzema głowami. Do tego cała czereda słoni i słoników (aniołowie, Matka Boska, święci i błogosławieni). Oczywiście w luteraniźmie słoni będzie znacznie mniej, niż w katolicyźmie lub prawosławiu. Islam jest mniej skomplikowany. Skoro "nie ma Boga prócz Allaha", to żółw jest jednogłowy, lecz z jednym dużym słoniem na grzbiecie (prorok Mahomet) i kilkoma mniejszymi (m.in. Abraham, Mojżesz, Jezus). Przechodząc do judaizmu wyrzucimy oczywiście Mahometa i Jezusa, ale za to uzupełnimy stado słoni o starotestamentowych proroków i rabinów cudotwórców. A nóżki żółwia jak fajtały, tak fajtają.

4. Poszukiwacz prawdy.

Poszukiwacz prawdy to ten, dla którego podstawową sprawą jest znalezienie punktu podparcia, czyli przyczyny, dla której nasza rzeczywistość wygląda tak, a nie inaczej. Podobnie do ateisty prostego bazuje na osiągnięciach nauki, z tym, że swój światopogląd opiera nie tylko na tym, co stuprocentowo pewne, lecz także na tym, co prawdopodobne. Pośredników (słonie) kategorycznie odrzuca jako zbędne ogniwo, a co do Boga, to stara się oszacować prawdopodobieństwo jego istnienia w zależności od przemawiających za tym poszlak. Wracając do punktu podparcia, to teoria Wielkiego Wybuchu w połączeniu z pojęciem czasoprzestrzeni taki punkt stworzyła. Dzisiaj wiemy, że wszechświat ma swój czasoprzestrzenny początek. Na naszym rysunku będzie to gruba pozioma linia przebiegająca poniżej platformy i równolegle do niej. Nie musimy już zastanawiać się, co jest pod nią. Kwestią otwartą pozostaje, co jest pomiędzy nią i platformą. Poszukiwacz prawdy może być zarówno ateistą, jak i wierzącym. Ten pierwszy dostrzeże tam glejowatą magmę (chaos i przypadek), ten drugi niewyraźne zarysy pancerza żółwia (Bóg).

Podkreślam, że nie było moją intencją urażenie kogokolwiek.




poniedziałek, 1 lutego 2010

Alchemia dolara

Cofnijmy się do głębokiego średniowiecza (jakiś XII/XIII wiek) i wyobraźmy sobie, że ówczesny "młody zdolny naukowiec" (jak, nie przymierzając, niezależny ekspert Marek Zuber) właśnie wynalazł kamień filozoficzny, katalizator w którego obecności możemy otrzymać złoto z powszechnie występującego w przyrodzie materiału (np. z piasku lub z gliny). Oczywiście nasz uzdolniony alchemik nie pracował na własny rachunek, lecz miał sponsora np. najpotężniejszego ówczesnego europejskiego władcę tj. cesarza Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego, którego w skrócie odtąd będziemy nazywać cesarzem. Alchemik zdradził swój sekret władcy i na tym jego rola właściwie się kończy. W najlepszym razie cesarz postąpił z nim w myśl zasady "alchemik zrobił swoje, alchemik może odejść", chociaż bardziej prawdopodobna wydaje się tutaj maksyma "dobry alchemik, to martwy alchemik".

Skoncentrujmy swą uwagę na cesarzu, który znalazł się w posiadaniu kamienia filozoficznego. Co teraz powinien uczynić, żeby odnieść maksymalne korzyści z wynalazku? Przede wszystkim, nie mógł dopuścić, aby wieść o wynalazku przedostała się do opinii publicznej, gdyż w takim wypadku złoto szybko straciłoby wszelką wartość. Z drugiej strony w pojedynkę cesarz też nic by nie zdziałał. Musiał więc do realizacji swych planów skompletować niewielkie, ale sprawne grono wtajemniczonych, którzy za wyprodukowane złoto kupiliby dla niego maksymalnie dużo dóbr trwałego użytku (przede wszystkim za granicą). Do wykonania takiego planu najlepiej nadawaliby się kupcy, zwłaszcza kupcy żydowscy z uwagi na swoje uzdolnienia i mentalność. Przy ich pomocy należałoby przerzucić złoto do wszelkich możliwych krajów, a następnie zamienić je na ziemię i nieruchomości (akcji i obligacji jeszcze nie wymyślono, srebro i kamienie szlachetne pomińmy, żeby nie komplikować problemu). Ważna byłaby także taktyka transakcyjna. Przedwczesne rzucenie dużych ilości złota na rynek mogłoby spowodować jego zdemaskowanie . Właściwą metodą byłoby elastyczne reagowanie na popyt. Np. król Anglii potrzebuje złota na wojnę z Francją - dostaje odpowiednią ilość w zamian za Walię i Kornwalię. Król Francji rozpaczliwie potrzebuje złota, aby obronić się przed Anglikami - dostaje je w zamian za pół królestwa i 5 pięknych księżniczek. Zanim świat zorientowałby się w końcu, co jest grane, cesarz stałby się jego jedynym suwerenem (chyba, że wykiwaliby go przedsiębiorczy Izraelici).

Przejdźmy teraz od bajki do rzeczywistości. W tym celu w miejsce XII wieku podstawiamy wiek XXI, w miejsce Świetego Cesarstwa - USA, a w miejsce złota - współczesny światowy miernik wartości, czyli dolara. Zamiast gliny nie musimy wcale podstawiać papieru. W dobie pieniądza elektronicznego dolary możemy wykreować z powietrza, a nawet z próżni. W podwójnej roli alchemika i cesarza obsadzamy... Nie, nie zgadliście. Wcale nie Baracka Obamę. Pokojowy noblista nadaje się najwyżej na błazna. W roli głównej oczywiście szef FED-u Ben Bernanke. No i Żydów nie ruszamy. Minęło 9 wieków, ale oni są nadal nie do zastąpienia.

Mamy obsadę, a więc czas na scenariusz. W porównaniu do średniowiecza uległ znacznemu uproszczeniu. Zadanie jest o wiele łatwiejsze do wykonania. Nie ma problemu z przewożeniem ciężkich skrzyń przez niespokojne granice. Wystarczy parę kliknięć w komputerze. A ile dóbr do nabycia za sztucznie wykreowany pieniądz. Nie tylko pola, lasy i jeziora, ale fabryki, statki i samoloty. Akcje, obligacje i surowce. I wszystko w zasięgu ręki. Tylko trzeba pomału i ostrożnie, żeby frajerstwo się nie połapało, zanim nie zostanie obłupione ze wszelkiej własności.

To nie sen wariata. To się dzieje naprawdę.


Dwa filmy

W dzisiejszych czasach dobrych filmów fabularnych jest, jak na lekarstwo. W telewizji na wszystkich kanałach króluje amerykańska sieczka dla kretynów, przy czym dominującym motywem jest nieśmiertelna postać dzielnego stróża porządku publicznego, co to "zabili go i uciekł". W rolach głównych najczęściej Chuck Norris, Clint Eastwood i Steven Segal. W ostatnich latach coraz częściej pojawia się na ekranach upolityczniona odmiana tego wątku. Zamiast policjanta walczącego z handlarzami narkotyków lub seksualnymi zwyrodnialcami jako główni bohaterowie występują agenci CIA, FBI i innych tajnych służb walczący z terrorystami zazwyczaj proweniencji muzułmańskiej, ale czasami także chińskiej, rosyjskiej lub serbskiej. Przyznam, że tego typu filmy oglądam z taką "przyjemnością", z jaką oglądałbym przygody nieustraszonych funkcjonariuszy Gestapo walczących w latach II Wojny Światowej z polskimi, francuskimi, czy też jugosłowiańskimi bandytami.

W styczniu 2010 zdarzyło mi się obejrzeć jednak 2 filmy godne uwagi i zapamiętania. Pierwszym z nich jest holenderskiej produkcji "Czarna księga" (Zwartboek) z 2007 roku w reżyserii Paula Verhoevena. Akcja filmu dzieje się w okupowanej przez hitlerowców Holandii, a jego motywem przewodnim losy młodej i atrakcyjnej holenderskiej Żydówki imieniem Rachel. Na tle jej losów możemy przyjrzeć się tragicznej sytuacji prześladowanych Żydów, a także działalności holenderskiego ruchu oporu. Film jest znakomity pod względem technicznym. Akcja toczy się wartko, co chwilę jej radykalne zwroty zaskakują widza, a pikanterii dodają śmiałe sceny erotyczne, gdyż główna bohaterka bez zahamowań obdarza swymi wdziękami zarówno partyzantów, jak i okupantów. Dodajmy niespodziewaną puentę pod koniec filmu i mamy gotowe małe arcydzieło sztuki filmowej.

Jest jednak w filmie coś, co wzbudza mój sprzeciw. To judeocentryzm, czyli pokazanie rzeczywistości z żydowskiego punktu widzenia. Jego przejawem jest lansowany przez reżysera pogląd, że podłożem holocaustu jest chęć zagarnięcia żydowskiego majątku. Oczywiście wszyscy Żydzi są bogaci, a Niemcy i holenderscy kolaboranci mordują ich po to, żeby zagarnąć ich skarby. Dodajmy do tego coś, co przypomina "mentalność Kalego". Holenderscy Żydzi domagają się pomocy od holenderskiego ruchu oporu, powołując się na wspólną przynależność państwową. Co do tego, zgoda. Ale kiedy pod koniec filmu Rachel odzyskuje zagrabione przez faszystów skarby pomordowanych Żydów, to bynajmniej nie oddaje ich organom władzy wyzwolonej Holandii, tylko wyjeżdża do Izraela i zakłada za nie kibuc. Przynależność państwowa idzie w kąt, a na plan pierwszy wysuwa się wspólne pochodzenie od praojca Abrahama.

Przeczytałem w Internecie, że "Czarna księga" początkowo została przyjęta w Holandii bardzo chłodno. Wcale mnie to nie dziwi. W filmie holenderski ruch oporu wprawdzie bohatersko walczy o wolność, ale jednocześnie jest do tego stopnia inwigilowany przez Niemców, że jego poczynania są zupełnie nieskuteczne. Po wyzwoleniu przez aliantów pijana holenderska hołota świętuje na ulicach, jednocześnie w nieludzki sposób rozprawiając się z prawdziwymi lub domniemanymi kolaborantami. Kiedy jednak film zdobył nagrody na wielu festiwalach, opinia publiczna stopniowo zmieniła zdanie. Dzisiaj "Czarna Księga" uchodzi za najwybitniejsze dzieło holenderskiej kinematografii.

Paul Verhoeven to reżyser utalentowany i wybitny. W jego dorobku są tak znane pozycje , jak "Robocop" lub "Nagi instynkt". W XXI wieku jednak nie wiodło mu się najlepiej. "Czarna księga" była wielkim sukcesem po wielu latach reżyserskiej posuchy. No cóż, każdy orze, jak może. Nie od dziś wiadomo, że w przemyśle filmowym lobby żydowskie, jest prawie tak silne, jak w światowych finansach.

Druga pozycja na którą zwróciłem uwagę, to dwuczęściowy kanadyjski "Szczyt". Film jest nudny, akcja nadmiernie zagmatwana, a reżyseria na kiepskim poziomie. Co w takim razie mnie w nim zafascynowało? Ano to, że po raz pierwszy w życiu obejrzałem film, w którym prezydent USA pokazany był jako cyniczny łajdak, a podległe mu tajne służby zgodnie z prawdą tj. jako płatni mordercy, nie cofający sie przed żadną zbrodnią. Że też coś takiego pokazali w TVP1?

Przypadek Stefana Gondy

Stefan Gonda to 49-letni słowacki elektryk na co dzień pracujący w Irlandii, a od święta odwiedzający swoją starą ojczyznę. Odwiedził ją też przy okazji Bożego Narodzenia 2009. Parę dni później wsiadł do samolotu na lotnisku w Popradzie i odleciał z powrotem do Dublina. Późnym wieczorem bez przeszkód dotarł do wynajmowanego w stolicy Irlandii mieszkania i, nie rozpakowując bagażu, położył się spać.

Następnego dnia przeżył koszmar. O 6 rano irlandzka policja (a właściwie to chyba jakiś uzbrojona po zęby jednostka służb specjalnych) z hukiem wyłamała drzwi do mieszkania Gondy, wywlekła go z łóżka i bez żadnych wyjaśnień wywiozła w nieznanym mu kierunku. Przy okazji przeprowadzono drobiazgową rewizję mieszkania Gondy i ewakuowano mieszkańców kilku okolicznych kamienic. Po kilkugodzinnym przesłuchaniu Słowaka zwolniono. Okazało się, że poprzedniego dnia słowackie służby specjalne w ramach ćwiczeń na lotnisku w Popradzie podrzuciły elementy bomb do bagażu 9 niczego nieświadomych pasażerów. 8 ładunków wykryto w czasie procedur z udziałem specjalnie szkolonych psów, ale dziewiąty poleciał w bagażu Stefana Gondy do Irlandii. Słowacy odkryli swój błąd i po kilku godzinach poinformowali o nim Irlandczyków, którzy zadziałali tak, jak zadziałali.

Pierwsze pytanie, jakie się nasuwa, to dlaczego Irandczycy przeprowadzili brutalny nalot na mieszkanie Gondy, skoro zostali poinformowani przez stronę słowacką, iż nie ma on nic wspólnego z terroryzmem i jest osobą najzupełniej przypadkową. Znacznie prościej byłoby grzecznie zapukać do drzwi, uprzedziwszy wcześniej telefonicznie o celu swojej wizyty. Odpowiedź jest prosta i brzmi: ten typ tak ma. Szkoły kształcące członków służb specjalnych to wytwórnie wściekłych psów, którym wpaja się zachowanie według określonego schematu. Oni po prostu inaczej nie umieją postępować. Człowiek w tym wszystkim liczy się najmniej, a szoku i przerażenia Stefana Gondy, jego żony i nieletnich dzieci w ogóle nie brano pod uwagę.

Poważniejsza jest kwestia legalności działania służb słowackich. Czy można w ramach ćwiczeń podkładać pasażerom do bagażu bomby, narkotyki, pornografię dziecięcą i inne trefne przedmioty? Kategoryczna odpowiedź brzmi nie i po ujawnieniu przypadku Gondy słowackie służby spotkały się z powszechną krytyką, tak krajową, jak i zagraniczną. Wysoki funkcjonariusz służb zapłacił za nieudaną akcję własnym stanowiskiem. Możnaby w tym miejscu zamknąć temat, lecz warto postawić sobie jeszcze kilka pytań i pokusić się o odpowiedzi na nie. Czy akcja na lotnisku w Popradzie była precedensem? Raczej nie, była działaniem rutynowym, tyle że w wyniku czyjeś nieudolności sytuacja wymknęła się spod kontroli. Czy tylko Słowacy stosują takie metody? Nie ma żadnej gwarancji, że w podobny sposób nie działają służby polskie, niemieckie, amerykańskie itd. itp. Czy zawsze służby przyznają się do popełnionego błędu? Śmiem wątpić. Jest zupełnie realne, iż w służbach specjalnych pracują kanalie, które będą wolały poświęcić Bogu ducha winnego człowieka, niż narazić na szwank własną karierę. Co grozi pechowemu pasażerowi, któremu podłożono do bagażu taką, czy inną świnię? W zależności od kierunku lotu, długoletnie więzienie, bezterminowy pobyt w amerykańskim gułagu w Guantanamo połączony z torturami, a nawet wyrok śmierci.

Porwania i zamachy bombowe w ruchu lotniczym rozpoczęły się w latach 60-tych XX wieku. Przez kilkadziesiąt lat władze przyglądały się takim działaniom obojętnym bykiem i dopiero po zamachach z 9 września 2001 nastąpił radykalny zwrot. Wybuchła prawdziwa histeria i w tej chwili na lotniskach zagląda się pasażerom do dupy, nie mówiąc o innych uciążliwych szykanach. Podróżnym wmawia się, że to w ich interesie. Gówno prawda. Tu nie chodzi o bezpieczeństwo tych, co w powietrzu, tylko o tych, co na ziemi, a konkretnie o wielkich tego świata. Precedens 9 września polegał na tym, iż po raz pierwszy terroryści nie zaatakowali jedynie przypadkowych ludzi, ale także wybrane cele w tym np. Pentagon. A więc z powietrza można ugodzić też w Sejm RP, pałac prezydencki, czy dowolnie wybrane ministerstwo lub urząd centralny. I nie musi tego dokonać członek Al- Kaidy, ale np. zdesperowany przedsiębiorca puszczony w skarpetkach przez
Urząd Skarbowy lub chory na raka skazany na śmierć decyzją NFZ-u.

czwartek, 26 listopada 2009

Marksistowskie spojrzenie na kryzys

Ekonomia ma to do siebie, że można na nią patrzeć z różnych punktów widzenia i wyciągać zupełnie odmienne wnioski, z których wszystkie okażą się przynajmniej częściowo słuszne. W szczególności mamy mnóstwo teorii na temat przyczyn kryzysów gospodarczych i w każdej tkwi ziarenko prawdy. Dlatego, chociaż bardziej przekonują mnie poglądy Misesa, aniżeli Marksa, pozwolę sobie przypomnieć, co ten ostatni twierdził odnośnie cyklicznie pojawiających sie okresów recesji w gospodarce.

Dla Karola Marksa punktem wyjścia był nierozwiązywalny jego zdaniem w gospodarce kapitalistycznej antagonizm pomiędzy kapitałem a pracą. Z grubsza rzecz biorąc, uważał, iż pracodawcy (kapitaliści) płacą "za mało" pracobiorcom (robotnikom), w zamian przywłaszczają sobie "za dużo" zysku, który przeznaczają na dalsze inwestycje. Ponieważ dochody konsumentów (których gros stanowią robotnicy) rosną znacznie wolniej, niż zyski producentów, w pewnym momencie pojawia się nadprodukcja, czyli wytworzone towary, na które nie ma popytu. W ten sposób chciwość kapitalistów obraca się przeciwko nim samym. Zaczyna się kryzys.

Można się z Marksem zgadzać lub nie, ale trzeba mu przyznać przynajmniej cząstkową rację. Doświadczenia historyczne potwierdzają, że w społeczeństwach, w których doszło do nadmiernego rozwarstwienia dochodowego i majątkowego trudno o długotrwały i stabilny rozwój. Zarówno rzesze biedaków, jak i opływający w dostatki i zainteresowani jedynie utrzymaniem status quo bogacze stają się kulami u nogi gospodarki. Oczywiście zjawisko przeciwne w postaci nadmiernej urawniłowki również jest gospodarczo szkodliwe.

Poglądy Marksa zyskały dużą popularność i wpłynęły na ustawodawstwo gospodarcze. Właśnie w celu zapobiegania kryzysom nadprodukcji wprowadzono zasiłki dla bezrobotnych, płace minimalne, jak również progresję podatku dochodowego. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że zarówno teoria Marksa, jak też podjęte pod jej wpływem działania odnosiły się do całkiem innych warunków gospodarczych, niż dzisiaj, a mianowicie do systemu opartego na pieniądzu wymienialnym na złoto, stałych kursach wymiany walut i braku inflacji .

Jak wiemy, lekarstwa na jedną chorobę są w stosunku do innej kompletnie nieprzydatne, a nawet szkodliwe. Sporządzone według marksistowskiej receptury środki antykryzysowe zupełnie nie skutkują w całkowicie zmienionej rzeczywistości gospodarczej, z jaka mamy do czynienia obecnie. Podstawowy antagonizm nie przebiega od dawna pomiędzy kapitałem produkcyjnym a pracobiorcą, lecz pomiędzy kapitałem finansowym, a całą resztą społeczeństwa. Nie chcę głosić spiskowej teorii dziejów, ale od kilkudziesięciu lat mamy do czynienia ze strategicznym sojuszem pomiędzy sektorem finansów i władzą polityczną. Sojuszem, który przy pomocy inflacji, manipulacji stopami procentowymi i nierównego dostępu do informacji systematycznie ograbia większość ludzi z ich ciężko zapracowanych dochodów.

Obecny kryzys to nie kryzys nadprodukcji, lecz nadpłynności pieniądza. Środki zgromadzone przez bankierów są niewspółmiernie duże w stosunku do zasobów, którymi dysponuje reszta gospodarki. Środki te nie służą finansowaniu konsumpcji, ani inwestycji, lecz jedynie pompowaniu kolejnych, coraz większych baniek spekulacyjnych. Wygląda jednak na to, że gra w bańki dobiega kresu. Rosnące wbrew wszelkiej rynkowej logice indeksy giełdowe nie przyciągną już milionowych tłumów drobnych inwestorów, bo ci zwyczajnie nie mają już ani wolnej gotówki, ani chęci do ryzyka, ani zaufania do władzy, która ewidentnie kłamie. Giełda oparta na transakcjach typu "dzisiaj ja od ciebie, a jutro ty ode mnie" nie może rosnąć w nieskończoność. Prędzej, czy później ktoś nie wytrzyma nerwowo. Zacznie się paniczna ucieczka w tangibles, która skończy się hiperinflacją. Mane, Tekel, Fares, Panowie bankierzy!




sobota, 21 listopada 2009

Święty Mikołaj umarł?

W Rumunii w okresie rządów nieboszczyka Nicolae Ceausescu panował zwyczaj, że zakłady pracy fundowały dzieciom swoich pracowników paczki z prezentami pod choinkę. Oczywiście dzieci były przekonane, że prezenty roznosi Mos Craciun, czyli tamtejszy odpowiednik Świętego Mikołaja ewentualnie Dziadka Mroza. W drugiej połowie lat 80-tych XX wieku Rumunia przeżywała ciężki kryzys gospodarczy związany m. in. z tym, iż w przeciwieństwie do Polski skrupulatnie i terminowo spłacała długi zaciągnięte za granicą. Oszczędzano na wszystkim, więc pod nóż poszły też paczki choinkowe. Dzieci dowiedziały się z mediów, że Mos Craciun umarł i więcej prezentów nie będzie.

Podobna sytuacja zaistniała obecnie w USA. Wprawdzie tam państwo nigdy nie wyręczało rodziców w kupowaniu dzieciom prezentów gwiazdkowych, ale za to istniał inny sympatyczny zwyczaj. Ponieważ dzieci wysyłały listy do Św. Mikołaja zaadresowane na Biegun Północny, od 55 lat amerykańska poczta kierowała je do miasteczka North Pole (Biegun Północny) na Alasce, gdzie tysiące wolontariuszy czytało je i odpowiadało dzieciom. W tym roku amerykańskie dzieci nie dostaną już listów od Św. Mikołaja. Odkryto bowiem, iż rok temu wśród ochotników był 1 (słownie: jeden) osobnik figurujący w rejestrach skazanych za przestępstwa seksualne ( nie sprecyzowano za jakie). Nie ma najmniejszych przesłanek świadczących o tym, że ten człowiek napisał dzieciom coś zdrożnego. Ale przecież mógł napisać.

Amerykanie wykazali się iście proletariacką czujnością. "Wróg nie śpi, wróg czuwa" i "Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś". Nie będzie nam żaden podbiegunowy zboczeniec korespondencyjnie molestował naszych milusińskich. Parafrazując słowa Józefa Stalina, "walka z pedofilią zaostrza się w miarę jej trwania". Niedługo zapewne karząca ręka ludowej sprawiedliwości dosięgnie wreszcie ginekologów i położne. Przecież oni dotykają i macają gołe dzieci! Niech udowodnią, że przy tych czynnościach nie doznają żadnej perwersyjnej satysfakcji seksualnej. A jak nie, to na 50 lat do paki zgodnie z prawem stanu Kalifornia.

Być może pedofilia to tylko pretekst. W USA podobno ok. 25% ludzi nie stać na to, aby najeść się do syta, a więc nie mają zapewne też pieniędzy na prezenty świąteczne. Skoro Św. Mikołaj nie odpisuje na listy, to zapewne już poważnie niedomaga, biedaczek. W przyszłym roku starowina zemrze, jak nic. Po banku Lehman Brothers stanie się kolejną ofiarą kryzysu.

Ale przecież Wielki Czarny Ojciec ogłosił niedawno, iż kryzys się skończył i USA czeka świetlana przyszłość. Jak tu nie wierzyć laureatowi Nagrody Nobla? Więc może chodzi jeszcze o coś innego? Święty Mikołaj jest biały i przez to niepoprawny politycznie. To musi się wreszcie zmienić. Drogie amerykańskie dzieciaki! Nie wysyłajcie więcej próśb o prezenty na adres: Santa Claus, North Pole. Teraz trzeba je adresować: Uncle Makumba, Africa.

czwartek, 19 listopada 2009

Odwrócone pytanie

Do czego Bóg jest potrzebny człowiekowi? Ateista odpowie, że Bóg to wymysł łajdaków, którzy przy pomocy wiary zapragnęli przejąć władzę nad innymi ludźmi, a religia to "opium dla ludu". Człowiek wierzący stwierdzi, iż Bóg i tylko Bóg może zapewnić człowiekowi życie wieczne i tym samym pełnię szczęścia. Te dwa poglądy są tak odległe od siebie, że żaden kompromis na tym polu jest niemożliwy.

A gdyby tak odwrócić kota ogonem i zapytać, do czego człowiek jest potrzebny Bogu. To dopiero jest fascynujące zagadnienie, oczywiście jedynie dla wierzących, bo dla ateistów problem nie istnieje. Można założyć, że Bóg stworzył człowieka z nudów i dla rozrywki. Ale czy istota tak potężna i reprezentująca obiektywne Dobro kierowałaby się tak przyziemnymi pobudkami? Stawiałoby to Boga na poziomie ludzi emocjonujących się walkami psów. Chyba więc należy przyjąć, iż Bóg stworzył człowieka w konkretnym i ważnym celu. Od czasów Darwina wiemy, że proces stworzenia nie był tak prosty i łatwy, jak to się wcześniej wydawało. Żadne tam hokus pokus, czary mary i cyk, jest człowiek. Bóg musiał się zdrowo "namęczyć", żeby swój cel osiągnąć. Śledząc ewolucję i historię ludzkości można nawet dojść do wniosku, iż było to działanie metodą prób i błędów, a w pewnych momentach nawet wybieranie mniejszego zła.

Człowiek jest więc narzędziem w ręku Boga. Narzędziem skomplikowanym, bo obdarzonym świadomością własnego istnienia i wolną wolą. To nie jest młotek, ani komputer. Człowieka nie wystarczy stworzyć, trzeba go jeszcze przekonać do działania w określonym kierunku. Jak to zrobić? Najlepiej zawrzeć z nim umowę. Coś za coś. Życie wieczne w zamian za określone postępowanie. Jest wielce prawdopodobne, iż taka umowa została zawarta pomiędzy Bogiem i pierwszymi ludźmi, a potem wielokrotnie przedłużana i potwierdzana z ich potomstwem. Także w formie pisemnej, bo czymże innym jest Dziesięć Przykazań. Właściwie należałoby mówić o siedmiu przykazaniach, bo trzy pierwsze są bez sensu i nie mogą pochodzić od Boga. Zresztą chrześcijanie najzwyczajniej w świecie wywalili trzecie przykazanie na śmietnik, w odróżnieniu od żydów i muzułmanów. Gdyby uczynili to także z dwoma pierwszymi, nic złego by się nie stało. No, ale w sumie jest to temat na zupełnie inne opowiadanie.

W tym momencie ważniejsze jest wyciągnięcie odpowiednich wniosków z przytoczonych powyżej rozważań. Jeżeli Bóg reprezentuje Dobro, to człowiek jest mu potrzebny jako sojusznik w walce z obiektywnie istniejącym i pierwotnym Złem. Złem, z którym Bóg w pojedynkę nie może się uporać. Bo nie jest wszechmogący.


sobota, 14 listopada 2009

Rewolucja 2012

Na rok 2012 przewidywane są przeróżne kataklizmy, zderzenie z kometą lub asteroidą, a nawet Koniec Świata. A więc, jak sądzę, moja skromna prognoza ogólnoświatowej rewolucji, to tylko "mały Pikuś" w porównaniu z tym, co wieszczą inni. W końcu porządnej rewolucji nie mieliśmy już tak dawno, że chyba najwyższy czas, żeby nadeszła. Już w tej chwili mamy sytuację przedrewolucyjną, na którą składają się:
- pogłębiający się rozziew pomiędzy aspiracjami większości ludzi, a możliwościami ich zaspokojenia
- brak perspektyw dla młodego pokolenia
- postępujące rozwarstwienie społeczeństwa, z którego 10% najbogatszych szybko pomnaża swe majątki, a pozostałe 90% traci, lub w najlepszym razie pozostaje na niezmienionym poziomie
- powszechne poczucie niesprawiedliwości
- powszechna korupcja
- kompletna demoralizacja klasy politycznej
- rosnąca nienawiść zwykłych ludzi do wszystkich polityków, od prawicy po lewicę
- przekonanie, że media kłamią
- światowy kryzys gospodarczy, który przez rządzące elity nie jest naprawiany, lecz pogłębiany

Mógłbym jeszcze wymieniać, ale chyba wystarczy. Doświadczenie uczy, że, aby wybuchła rewolucja nie jest potrzebna żadna organizacja spiskowa, ani długie przygotowania. Gniew ludu wybucha spontanicznie, a potem dopiero jakiś Bolek, czy Lolek przeskakuje przez płot i nadaje ruchowi jakieś formy organizacyjne. Przykładem takiej właśnie rewolucji jest rosyjska Rewolucja Lutowa 1917, kiedy to władza dosłownie leżała na ulicy przez dobrych kilka dni. Z tzw. Rewolucją Październikową było już zupełnie inaczej. Mała grupka łajdaków wspieranych przez niemiecki wywiad i finansowanych przez żydowski kapitał objęła przemocą władzę nad ogromnym krajem. Był to jednak zwykły zamach stanu, a nie żadna rewolucja.

Można próbować zgadywać, gdzie i kiedy to się zacznie. Moim zdaniem, nie tam, gdzie najbardziej pogorszył się poziom życia (Litwa, Łotwa, Węgry, Hiszpania), lecz tam, gdzie wystąpi największe rozczarowanie niespełnionymi obietnicami. Kiedy nawet dość tępy i ogłupiany przez dziesięciolecia naród zrozumie, że "Yes, we can" naprawdę znaczyło "Yes, we can steal your money". Ameryko, czekamy na ciebie! Na koniec gospodarki opartej o fiat money i koniec systemu politycznego polegającego na rządach złodziei w imieniu kretynów. Liczymy na to, że w 2012:

A na sznurkach zamiast gaci będa wisieć Demokraci,
Razem z nimi inne dranie, w tym także Republikanie.

środa, 11 listopada 2009

Kościuszko pod Maciejowicami

11 listopada 1918 roku nie wydarzyło się w Polsce nic nadzwyczajnego, a jednak przyjęliśmy 11.11. jako nasze święto narodowe. Mankamentem takiej daty jest zazwyczaj paskudna pogoda, plusem - łatwość zapamiętania. Myślę, że przy okazji kolejnej rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę warto zastanowić się nad tym, jaka data w naszej historii jest z kolei najbardziej tragiczna. Na pozór wydaje się, że 1 września 1939. Ja postawiłbym jednak na 10 października 1794 - dzień w którym odbyła się bitwa pod Maciejowicami. Konsekwencje wydarzeń, jakie rozegrały się 10.10. 1794 (kolejna okrągła data) były dla Polski znacznie bardziej katastrofalne, niż skutki wrześniowej klęski w 1939. Sądzę, że warto przypomnieć tę bitwę nie tylko ze względu na jej fatalne skutki dla naszej państwowości, lecz także dlatego, iż była ona bardzo ciekawa pod względem taktycznym i wręcz niesamowicie dramatyczna.

Wczesną jesienią 1794 nic nie wskazywało, że niebawem na ponad wiek Polska straci niepodległość. Insurekcja Kościuszkowska okrzepła, a nawet wzmocniła się po odparciu Prusaków i Rosjan spod Warszawy. Sytuacja militarna była skomplikowana, ale wcale nie tragiczna. Na zachodzie powstanie rozszerzyło się na Wielkopolskę, a dywizja generała Jana Henryka Dąbrowskiego w pościgu za uchodzącymi Prusakami zajęła Bydgoszcz i Gniezno. Położenie na froncie wschodnim było gorsze. Padło Wilno, a od wschodu nadciągał korpus dowodzony przez najzdolniejszego rosyjskiego dowódcę wszech czasów, generała Aleksandra Suworowa. Drugi rosyjski korpus pod wodzą generała Iwana Fersena znajdował się ciągle na lewym brzegu Wisły na południe od Warszawy. W tej sytuacji Naczelnik Tadeusz Kościuszko zdecydował się podjąć ryzykowną wyprawę, której celem było zniszczenie korpusu Fersena, zanim Suworow nadciągnie z pomocą. Zagrożony Fersen przeprawił się na prawy brzeg Wisły, ale 9 października został pod Maciejowicami doścignięty przez wojska Kościuszki. Następny dzień miał przynieść decydujące rozstrzygnięcie.

Jakim dowódcą był Tadeusz Kościuszko, nasz sztandarowy bohater narodowy? Najwybitniejszy polski historyk wojskowości generał Marian Kukiel ocenia go bardzo wysoko. Przeanalizujmy pokrótce historię wojskowych dokonań Kościuszki, aby móc ocenić je obiektywnie. Zacząć należy od jego udziału w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych Ameryki, który przyniósł mu międzynarodowy rozgłos. Niewątpliwie jest to chwalebna karta w życiorysie Kościuszki, aczkolwiek zasłynął on za oceanem jako bardzo zdolny inżynier wojskowy i twórca fortyfikacji, a nie jako samodzielny dowódca w polu. W tym charakterze miał okazję wykazać się dopiero jako dowódca dywizji w czasie wojny polsko-rosyjskiej w 1792, w szczególności podczas bitwy pod Dubienką. Mając za przeciwnika wielokrotnie liczniejsze wojska rosyjskie pod dowództwem generała Kachowskiego, Kościuszko znakomicie wybrał pole bitwy ograniczone z jednej strony nurtem Bugu, a z drugiej granicą austriacką. Frontalne ataki Rosjan były odpierane z dużymi stratami. Kiedy jednak przeciwnik, gwałcąc granicę, obszedł polskie pozycje z flanki, w szeregach polskiej jazdy wybuchła panika. Kościuszko nie zdołał jej zapobiec i także zrejterował z pola walki. Bitwa zakończyła się wynikiem nierozstrzygniętym, ale co do postawy Kościuszki jako wodza można mieć spore wątpliwości.

Jako wódz naczelny Insurekcji Kościuszko walczył ze zmiennym szczęściem. Mało znacząca zwycięska potyczka pod Racławicami przeszła do historii i narodowej legendy dzięki brawurowemu atakowi chłopskich kosynierów na armaty. Kolejna bitwa, tym razem z Prusakami pod Szczekocinami zakończyła się dotkliwą porażką, a kosynierzy w większości wyginęli. Potem jednak Kościuszko spisał się wyśmienicie w roli obrońcy Warszawy przed połączonymi siłami rosyjsko-pruskimi. Reasumując, można powiedzieć, iż Kościuszko był wybitnym inżynierem wojskowym doskonale wypadającym w roli obrońcy umocnionych fortyfikacji, natomiast w polu brakowało mu czasami siły charakteru i opanowania, cech niezbędnych dobremu dowódcy.

Jego przeciwnik, generał Iwan Fersen pochodził z arystokratycznej rodziny kurlandzkich Niemców. W przeciwieństwie do wybitnie utalentowanego Suworowa, karierę wojskową zawdzięczał głównie szlachetnemu urodzeniu i koneksjom. Do chwili, kiedy los zetknął go z Kościuszką, niczym specjalnym się na polach bitew nie wyróżnił. Na pozór więc talenty wojskowe przemawiały wyraźnie za naszym naczelnym wodzem.

Dwunastotysięczny korpus Fersena zajmował rozległe błonia pomiędzy Maciejowicami i Kawęczynem mając za plecami w odległości kilku kilometrów Wisłę. Zawsze doskonale "czujący teren" Kościuszko zajął ze swoimi wojskami górujące nad okolicą wzgórze opodal miejscowości Podzamcze. Była to doskonała pozycja strategiczna, ponieważ zamykała Rosjanom drogę na północny wschód, czyli w kierunku korpusu Suworowa. Ukształtowanie terenu sprawiało, iż atak pod górę na wprost nie rokował powodzenia. Prawe polskie skrzydło było trudne do obejścia ze względu na bagnistą dolinę rzeczki Okrzejki. Dodatkowo na przedpolu znajdował się tam folwark, który Kościuszko kazał obsadzić silną załogą. Łatwiejszy dostęp do polskich pozycji był od strony lewego skrzydła, tam jednak polski wódz rozmieścił swoje najbardziej wartościowe oddziały, w tym doborowy 10 Regiment Pieszy Szefostwa Działyńskich.

Siły polskie liczyły tylko niecałe 7 tys. żołnierzy, a więc były prawie dwukrotnie mniejsze od rosyjskich. Kościuszko uważał jednak, że natchnięci patriotycznym duchem ochotnicy jako wojsko przedstawiają dużo większą wartość, niż przymusowo wcieleni w kamasze chłopi służący w armii rosyjskiej. Miał poza tym "asa w rękawie", a była nim czterotysięczna dywizja dowodzona przez Adama Ponińskiego, która znajdowała się w odległości ok. 40 km od Maciejowic. Plan Kościuszki zakładał stoczenie bitwy obronnej, która wykrwawiłaby atakujących silną pozycję Rosjan. W decydującym momencie na polu bitwy miała zjawić się dywizja Ponińskiego i przesądzić o polskim zwycięstwie. Kościuszko bardziej obawiał się przedwczesnego nadejścia odsieczy i wypłoszenia Rosjan, niż jakiegoś opóźnienia. Dlatego gońca z rozkazem wzywającym Ponińskiego pod Maciejowice wysłał dopiero o godzinie 2 w nocy. Jak zanotowali naoczni świadkowie, polski wódz był w przeddzień bitwy pewny zwycięstwa i w znakomitym nastroju. Niektórzy wspominają nawet, że Kościuszko był pijany, ale to chyba zwykła złośliwość.

Warto w tym momencie wybiec kilka, czy kilkanaście lat do przodu i wspomnieć, że fortel z dochodzącym w trakcie bitwy odwodem należał do ulubionych manewrów boga wojny Napoleona Bonaparte. Właśnie takie posunięcia przyniosły Napoleonowi wspaniałe zwycięstwa pod Marengo i Austerlitz. Trzeba jednak też zauważyć, iż nawet w przypadku tego genialnego wodza sprawdziło się powiedzenie: "do trzech razy sztuka". Pod Waterloo marszałek Grouchy nie dotarł w porę na pole bitwy i Napoleon poniósł decydującą klęske.

Pomimo posiadania znacznej przewagi liczebnej, sytuacja Iwana Fersena była nie do pozazdroszczenia. Odwrót na południe wzdłuż Wisły oddalał rosyjski korpus od wojsk Suworowa, narażał na pościg Polaków i stopniowy upadek ducha bojowego wśród żołnierzy. Pozostanie na miejscu na terenie pozbawionym zalet obronnych i z Wisłą za plecami również nie wróżyło nic dobrego. Kościuszko wzmocniony przez dywizje Ponińskiego i Sierakowskiego, a być może także przez posiłki wezwane z Warszawy zyskałby przewagę pozwalającą na rozbicie rosyjskiego korpusu. Pozostawał więc atak, a to, jak wiemy, oznaczało wciągnięcie Rosjan w pułapkę zastawioną przez Kościuszkę. Doświadczony rosyjski dowódca potrafił jednak znaleźć wyjście z trudnej sytuacji. Wyjście nieszablonowe i genialne w swojej prostocie.

Pod osłoną nocy Rosjanie przegrupowali swe siły i uderzyli na polskie pozycje już przed szóstą rano. Plan Kościuszki się nie zawalił, ale uległ daleko idącym komplikacjom. Kościuszko zakładał, iż Poniński dotrze pod Maciejowice ok. 14-15, a więc trzeba będzie wytrzymać atak rosyjski trwający jakieś 4-5 godzin. Teraz nagle okazało się, że z przeważającym liczebnie przeciwnikiem przyjdzie walczyć dwukrotnie dłużej. Zgodnie z przewidywaniami Kościuszki Rosjanie najpierw zaatakowali polskie lewe skrzydło. Odparci z dużymi stratami, skierowali następnie impet swojego natarcia na prawą część polskiego ugrupowania. Celne salwy rosyjskiej artylerii sprawiły, iż folwark stanął w płomieniach i polska załoga musiała go opuścić. Potem Rosjanie w zadziwiająco sprawny sposób sforsowali bagna Okrzejki i wyszli na tyły wojsk polskich. Nie sprawdziły się przypuszczenia odnośnie słabszego morale wojsk rosyjskich. Wszyscy świadkowie zgodnie potwierdzają, że pod Maciejowicami Rosjanie bili się wręcz znakomicie.

Około południa nadszedł krytyczny moment bitwy. Broniący się na wzgórzu Polacy byli prawie całkowicie okrążeni, a w szeregi wojska zaczynała wkradać się panika. W takich przełomowych momentach walk bardzo wiele zależy od dowódcy. Wspominany powyżej Napoleon potrafił w takich okolicznościach doskonale zmobilizować żołnierzy i poderwać do kontrataku. Pod Maciejowicami aż się prosiło o kontratak polskiej jazdy, która do tej pory nie wzięła aktywnego udziału w walce. Kościuszko rzeczywiście wsiadł na konia i stanął na czele jazdy. Ale nie po to, by kontratakować, lecz po to, by uciekać. Powtórzyła się sytuacja spod Dubienki, lecz tym razem z jakże tragicznymi konsekwencjami. Uciekająca polska jazda została rozbita przez kozaków, a ranny Kościuszko dostał się do niewoli. Pozostawiona bez dowodzenia piechota walczyła dzielnie jeszcze przez dwie godziny, lecz została w większości wybita przez silniejszego wroga. Dywizja Ponińskiego nadciągnęła około 15, lecz w pośpiechu wycofała się po skonstatowaniu faktu, iż bitwa została definitywnie przegrana.

Pozbawiona politycznego i wojskowego przywództwa Insurekcja nie stawiła już większego oporu zwycięskim Rosjanom. Polska została podzielona pomiędzy zaborców i wymazana z mapy na 124 lata. Do chwili, kiedy tragiczna data 10 października nie została przekreślona przez radosny dzień 11 listopada.


sobota, 10 października 2009

Poprawność ekonomiczna

Z poprawnością polityczną jesteśmy oswojeni. W amerykańskim filmie (innych prawie nie pokazują) szefem musi być Murzyn. Ewentualnie szefem może być kobieta, ale wtedy Murzyn musi być naukowcem, wybitnym lekarzem, genialnym hakerem, czyli jednym słowem gigantem intelektu. W Polsce perfekcyjnie poprawny politycznie jest Piotr Kraśko. Do tego stopnia, że podobno mają go wysłać do Sevres pod Paryżem w charakterze światowego wzorca poprawności politycznej. Na wypadek więc, że Kraśki może nam zabraknąć, pozwalam sobie przypomnieć, co jest, a co nie jest prawomyślne. A więc politycznie poprawne są: demokracja, USA, Unia Europejska, homoseksualizm, feminizm, własność prywatna, terroryzm państwowy, katolicyzm (w Polsce), służby specjalne i Kubuś Puchatek. Politycznie niepoprawne są: dyktatura, Iran, Białoruś, pedofilia, palenie papierosów, własność państwowa, terroryzm prywatny, katolicyzm (poza Polską), świńska grypa i hemoroidy.

Zostawmy żarty na boku i przyjrzyjmy się, czego uczą nas media w zakresie ekonomii. Co jest dobre, a co złe? Z niektórymi wskaźnikami sprawa jest prosta. Jeżeli rośnie produkcja lub PKB, jest to zjawisko pozytywne, jeżeli spada - negatywne. Wyjątkiem był tu profesor Leszek Balcerowicz, który uważał, iż, jeżeli gospodarka rośnie w tempie ponad 5% PKB, to należy ją schładzać. Chińczykom rosło średnio 10% przez 20 lat z rzędu i nie schładzali.

Analogicznie, jak PKB dziennikarze zajmujący się gospodarką i "niezależni eksperci" oceniają giełdę. Jeśli rośnie to dobrze, jeśli rośnie szybko (np. 50% rocznie) to wręcz wspaniale. Jak widać, postrzeganie takiego zjawiska jako ewidentnej bańki spekulacyjnej jest w złym guście.

Podobnie jest z kursem złotego. Jeśli spada, zaczyna się lament nad tymi, co pobrali kredyty we frankach szwajcarskich. Jeśli rośnie, no to mamy prawie święto narodowe. Jakoś nikt nie pamięta, że dla pracowników firm produkujących na eksport to bardzo zła nowina. Mam wrażenie, iż politycy i dziennikarze telewizyjni oceniają kurs złotego pod kątem najbliższego urlopu, który planują spędzić na Seszelach. A przecież ogromny sukces gospodarczy Chin ma swe główne źródło w dumpingu walutowym. To dlatego możemy kupić chińskie skarpetki za 2 zł, a buty za 20 zł. To dlatego oni mają rekordowy wzrost gospodarczy i pewną pracę, a my silną (do niedawna) złotówkę i gołą dupę. No, ale co taka komunistyczna swołocz wie o ekonomii?

Dziwacznie jest z inflacją. Do niedawna była traktowana jak diabeł wcielony, którego należy tępić za wszelką cenę. Teraz nagle okazuje się, że inflacja to mały pikuś, a prawdziwie groźna jest deflacja. Ciekawe, że radykalna zmiana oficjalnej wykładni nastąpiła w obrębie tego samego kierunku w ekonomii tj. monetaryzmu.

Jeśli chodzi o ceny surowców, to jednolitej wykładni nie ma. W tej dziedzinie pozostawiano "niezależnym ekspertom" więcej niezależności. Prowadzi to do ciekawych, rzekłbym twórczych interpretacji. Jakiś czas temu na antenie TVN CNBC usłyszałem, że "niestety, ceny ropy naftowej spadają". Allah akbar! Czyżbyśmy się obudzili w drugim Kuwejcie, a ja tego nie zauważyłem?

Na koniec zostawiłem złoto. W Polsce media mało zajmują się tym tematem, ale za granicą i owszem. W USA spekulant skupujący złoto to niemal wróg publiczny. Swoją niepatriotyczną postawą podważa wiarygodność jedynie słusznej polityki prowadzonej przez FED i rząd prezydenta Obamy. Przez takich szkodników Ben Bernanke może nie zdążyć odebrać Nobla z ekonomii.

A ja jednak doradzam Wam zainwestować właśnie w złoto.