poniedziałek, 1 lutego 2010

Przypadek Stefana Gondy

Stefan Gonda to 49-letni słowacki elektryk na co dzień pracujący w Irlandii, a od święta odwiedzający swoją starą ojczyznę. Odwiedził ją też przy okazji Bożego Narodzenia 2009. Parę dni później wsiadł do samolotu na lotnisku w Popradzie i odleciał z powrotem do Dublina. Późnym wieczorem bez przeszkód dotarł do wynajmowanego w stolicy Irlandii mieszkania i, nie rozpakowując bagażu, położył się spać.

Następnego dnia przeżył koszmar. O 6 rano irlandzka policja (a właściwie to chyba jakiś uzbrojona po zęby jednostka służb specjalnych) z hukiem wyłamała drzwi do mieszkania Gondy, wywlekła go z łóżka i bez żadnych wyjaśnień wywiozła w nieznanym mu kierunku. Przy okazji przeprowadzono drobiazgową rewizję mieszkania Gondy i ewakuowano mieszkańców kilku okolicznych kamienic. Po kilkugodzinnym przesłuchaniu Słowaka zwolniono. Okazało się, że poprzedniego dnia słowackie służby specjalne w ramach ćwiczeń na lotnisku w Popradzie podrzuciły elementy bomb do bagażu 9 niczego nieświadomych pasażerów. 8 ładunków wykryto w czasie procedur z udziałem specjalnie szkolonych psów, ale dziewiąty poleciał w bagażu Stefana Gondy do Irlandii. Słowacy odkryli swój błąd i po kilku godzinach poinformowali o nim Irlandczyków, którzy zadziałali tak, jak zadziałali.

Pierwsze pytanie, jakie się nasuwa, to dlaczego Irandczycy przeprowadzili brutalny nalot na mieszkanie Gondy, skoro zostali poinformowani przez stronę słowacką, iż nie ma on nic wspólnego z terroryzmem i jest osobą najzupełniej przypadkową. Znacznie prościej byłoby grzecznie zapukać do drzwi, uprzedziwszy wcześniej telefonicznie o celu swojej wizyty. Odpowiedź jest prosta i brzmi: ten typ tak ma. Szkoły kształcące członków służb specjalnych to wytwórnie wściekłych psów, którym wpaja się zachowanie według określonego schematu. Oni po prostu inaczej nie umieją postępować. Człowiek w tym wszystkim liczy się najmniej, a szoku i przerażenia Stefana Gondy, jego żony i nieletnich dzieci w ogóle nie brano pod uwagę.

Poważniejsza jest kwestia legalności działania służb słowackich. Czy można w ramach ćwiczeń podkładać pasażerom do bagażu bomby, narkotyki, pornografię dziecięcą i inne trefne przedmioty? Kategoryczna odpowiedź brzmi nie i po ujawnieniu przypadku Gondy słowackie służby spotkały się z powszechną krytyką, tak krajową, jak i zagraniczną. Wysoki funkcjonariusz służb zapłacił za nieudaną akcję własnym stanowiskiem. Możnaby w tym miejscu zamknąć temat, lecz warto postawić sobie jeszcze kilka pytań i pokusić się o odpowiedzi na nie. Czy akcja na lotnisku w Popradzie była precedensem? Raczej nie, była działaniem rutynowym, tyle że w wyniku czyjeś nieudolności sytuacja wymknęła się spod kontroli. Czy tylko Słowacy stosują takie metody? Nie ma żadnej gwarancji, że w podobny sposób nie działają służby polskie, niemieckie, amerykańskie itd. itp. Czy zawsze służby przyznają się do popełnionego błędu? Śmiem wątpić. Jest zupełnie realne, iż w służbach specjalnych pracują kanalie, które będą wolały poświęcić Bogu ducha winnego człowieka, niż narazić na szwank własną karierę. Co grozi pechowemu pasażerowi, któremu podłożono do bagażu taką, czy inną świnię? W zależności od kierunku lotu, długoletnie więzienie, bezterminowy pobyt w amerykańskim gułagu w Guantanamo połączony z torturami, a nawet wyrok śmierci.

Porwania i zamachy bombowe w ruchu lotniczym rozpoczęły się w latach 60-tych XX wieku. Przez kilkadziesiąt lat władze przyglądały się takim działaniom obojętnym bykiem i dopiero po zamachach z 9 września 2001 nastąpił radykalny zwrot. Wybuchła prawdziwa histeria i w tej chwili na lotniskach zagląda się pasażerom do dupy, nie mówiąc o innych uciążliwych szykanach. Podróżnym wmawia się, że to w ich interesie. Gówno prawda. Tu nie chodzi o bezpieczeństwo tych, co w powietrzu, tylko o tych, co na ziemi, a konkretnie o wielkich tego świata. Precedens 9 września polegał na tym, iż po raz pierwszy terroryści nie zaatakowali jedynie przypadkowych ludzi, ale także wybrane cele w tym np. Pentagon. A więc z powietrza można ugodzić też w Sejm RP, pałac prezydencki, czy dowolnie wybrane ministerstwo lub urząd centralny. I nie musi tego dokonać członek Al- Kaidy, ale np. zdesperowany przedsiębiorca puszczony w skarpetkach przez
Urząd Skarbowy lub chory na raka skazany na śmierć decyzją NFZ-u.

czwartek, 26 listopada 2009

Marksistowskie spojrzenie na kryzys

Ekonomia ma to do siebie, że można na nią patrzeć z różnych punktów widzenia i wyciągać zupełnie odmienne wnioski, z których wszystkie okażą się przynajmniej częściowo słuszne. W szczególności mamy mnóstwo teorii na temat przyczyn kryzysów gospodarczych i w każdej tkwi ziarenko prawdy. Dlatego, chociaż bardziej przekonują mnie poglądy Misesa, aniżeli Marksa, pozwolę sobie przypomnieć, co ten ostatni twierdził odnośnie cyklicznie pojawiających sie okresów recesji w gospodarce.

Dla Karola Marksa punktem wyjścia był nierozwiązywalny jego zdaniem w gospodarce kapitalistycznej antagonizm pomiędzy kapitałem a pracą. Z grubsza rzecz biorąc, uważał, iż pracodawcy (kapitaliści) płacą "za mało" pracobiorcom (robotnikom), w zamian przywłaszczają sobie "za dużo" zysku, który przeznaczają na dalsze inwestycje. Ponieważ dochody konsumentów (których gros stanowią robotnicy) rosną znacznie wolniej, niż zyski producentów, w pewnym momencie pojawia się nadprodukcja, czyli wytworzone towary, na które nie ma popytu. W ten sposób chciwość kapitalistów obraca się przeciwko nim samym. Zaczyna się kryzys.

Można się z Marksem zgadzać lub nie, ale trzeba mu przyznać przynajmniej cząstkową rację. Doświadczenia historyczne potwierdzają, że w społeczeństwach, w których doszło do nadmiernego rozwarstwienia dochodowego i majątkowego trudno o długotrwały i stabilny rozwój. Zarówno rzesze biedaków, jak i opływający w dostatki i zainteresowani jedynie utrzymaniem status quo bogacze stają się kulami u nogi gospodarki. Oczywiście zjawisko przeciwne w postaci nadmiernej urawniłowki również jest gospodarczo szkodliwe.

Poglądy Marksa zyskały dużą popularność i wpłynęły na ustawodawstwo gospodarcze. Właśnie w celu zapobiegania kryzysom nadprodukcji wprowadzono zasiłki dla bezrobotnych, płace minimalne, jak również progresję podatku dochodowego. Trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że zarówno teoria Marksa, jak też podjęte pod jej wpływem działania odnosiły się do całkiem innych warunków gospodarczych, niż dzisiaj, a mianowicie do systemu opartego na pieniądzu wymienialnym na złoto, stałych kursach wymiany walut i braku inflacji .

Jak wiemy, lekarstwa na jedną chorobę są w stosunku do innej kompletnie nieprzydatne, a nawet szkodliwe. Sporządzone według marksistowskiej receptury środki antykryzysowe zupełnie nie skutkują w całkowicie zmienionej rzeczywistości gospodarczej, z jaka mamy do czynienia obecnie. Podstawowy antagonizm nie przebiega od dawna pomiędzy kapitałem produkcyjnym a pracobiorcą, lecz pomiędzy kapitałem finansowym, a całą resztą społeczeństwa. Nie chcę głosić spiskowej teorii dziejów, ale od kilkudziesięciu lat mamy do czynienia ze strategicznym sojuszem pomiędzy sektorem finansów i władzą polityczną. Sojuszem, który przy pomocy inflacji, manipulacji stopami procentowymi i nierównego dostępu do informacji systematycznie ograbia większość ludzi z ich ciężko zapracowanych dochodów.

Obecny kryzys to nie kryzys nadprodukcji, lecz nadpłynności pieniądza. Środki zgromadzone przez bankierów są niewspółmiernie duże w stosunku do zasobów, którymi dysponuje reszta gospodarki. Środki te nie służą finansowaniu konsumpcji, ani inwestycji, lecz jedynie pompowaniu kolejnych, coraz większych baniek spekulacyjnych. Wygląda jednak na to, że gra w bańki dobiega kresu. Rosnące wbrew wszelkiej rynkowej logice indeksy giełdowe nie przyciągną już milionowych tłumów drobnych inwestorów, bo ci zwyczajnie nie mają już ani wolnej gotówki, ani chęci do ryzyka, ani zaufania do władzy, która ewidentnie kłamie. Giełda oparta na transakcjach typu "dzisiaj ja od ciebie, a jutro ty ode mnie" nie może rosnąć w nieskończoność. Prędzej, czy później ktoś nie wytrzyma nerwowo. Zacznie się paniczna ucieczka w tangibles, która skończy się hiperinflacją. Mane, Tekel, Fares, Panowie bankierzy!




sobota, 21 listopada 2009

Święty Mikołaj umarł?

W Rumunii w okresie rządów nieboszczyka Nicolae Ceausescu panował zwyczaj, że zakłady pracy fundowały dzieciom swoich pracowników paczki z prezentami pod choinkę. Oczywiście dzieci były przekonane, że prezenty roznosi Mos Craciun, czyli tamtejszy odpowiednik Świętego Mikołaja ewentualnie Dziadka Mroza. W drugiej połowie lat 80-tych XX wieku Rumunia przeżywała ciężki kryzys gospodarczy związany m. in. z tym, iż w przeciwieństwie do Polski skrupulatnie i terminowo spłacała długi zaciągnięte za granicą. Oszczędzano na wszystkim, więc pod nóż poszły też paczki choinkowe. Dzieci dowiedziały się z mediów, że Mos Craciun umarł i więcej prezentów nie będzie.

Podobna sytuacja zaistniała obecnie w USA. Wprawdzie tam państwo nigdy nie wyręczało rodziców w kupowaniu dzieciom prezentów gwiazdkowych, ale za to istniał inny sympatyczny zwyczaj. Ponieważ dzieci wysyłały listy do Św. Mikołaja zaadresowane na Biegun Północny, od 55 lat amerykańska poczta kierowała je do miasteczka North Pole (Biegun Północny) na Alasce, gdzie tysiące wolontariuszy czytało je i odpowiadało dzieciom. W tym roku amerykańskie dzieci nie dostaną już listów od Św. Mikołaja. Odkryto bowiem, iż rok temu wśród ochotników był 1 (słownie: jeden) osobnik figurujący w rejestrach skazanych za przestępstwa seksualne ( nie sprecyzowano za jakie). Nie ma najmniejszych przesłanek świadczących o tym, że ten człowiek napisał dzieciom coś zdrożnego. Ale przecież mógł napisać.

Amerykanie wykazali się iście proletariacką czujnością. "Wróg nie śpi, wróg czuwa" i "Ktoś nie śpi, żeby spać mógł ktoś". Nie będzie nam żaden podbiegunowy zboczeniec korespondencyjnie molestował naszych milusińskich. Parafrazując słowa Józefa Stalina, "walka z pedofilią zaostrza się w miarę jej trwania". Niedługo zapewne karząca ręka ludowej sprawiedliwości dosięgnie wreszcie ginekologów i położne. Przecież oni dotykają i macają gołe dzieci! Niech udowodnią, że przy tych czynnościach nie doznają żadnej perwersyjnej satysfakcji seksualnej. A jak nie, to na 50 lat do paki zgodnie z prawem stanu Kalifornia.

Być może pedofilia to tylko pretekst. W USA podobno ok. 25% ludzi nie stać na to, aby najeść się do syta, a więc nie mają zapewne też pieniędzy na prezenty świąteczne. Skoro Św. Mikołaj nie odpisuje na listy, to zapewne już poważnie niedomaga, biedaczek. W przyszłym roku starowina zemrze, jak nic. Po banku Lehman Brothers stanie się kolejną ofiarą kryzysu.

Ale przecież Wielki Czarny Ojciec ogłosił niedawno, iż kryzys się skończył i USA czeka świetlana przyszłość. Jak tu nie wierzyć laureatowi Nagrody Nobla? Więc może chodzi jeszcze o coś innego? Święty Mikołaj jest biały i przez to niepoprawny politycznie. To musi się wreszcie zmienić. Drogie amerykańskie dzieciaki! Nie wysyłajcie więcej próśb o prezenty na adres: Santa Claus, North Pole. Teraz trzeba je adresować: Uncle Makumba, Africa.

czwartek, 19 listopada 2009

Odwrócone pytanie

Do czego Bóg jest potrzebny człowiekowi? Ateista odpowie, że Bóg to wymysł łajdaków, którzy przy pomocy wiary zapragnęli przejąć władzę nad innymi ludźmi, a religia to "opium dla ludu". Człowiek wierzący stwierdzi, iż Bóg i tylko Bóg może zapewnić człowiekowi życie wieczne i tym samym pełnię szczęścia. Te dwa poglądy są tak odległe od siebie, że żaden kompromis na tym polu jest niemożliwy.

A gdyby tak odwrócić kota ogonem i zapytać, do czego człowiek jest potrzebny Bogu. To dopiero jest fascynujące zagadnienie, oczywiście jedynie dla wierzących, bo dla ateistów problem nie istnieje. Można założyć, że Bóg stworzył człowieka z nudów i dla rozrywki. Ale czy istota tak potężna i reprezentująca obiektywne Dobro kierowałaby się tak przyziemnymi pobudkami? Stawiałoby to Boga na poziomie ludzi emocjonujących się walkami psów. Chyba więc należy przyjąć, iż Bóg stworzył człowieka w konkretnym i ważnym celu. Od czasów Darwina wiemy, że proces stworzenia nie był tak prosty i łatwy, jak to się wcześniej wydawało. Żadne tam hokus pokus, czary mary i cyk, jest człowiek. Bóg musiał się zdrowo "namęczyć", żeby swój cel osiągnąć. Śledząc ewolucję i historię ludzkości można nawet dojść do wniosku, iż było to działanie metodą prób i błędów, a w pewnych momentach nawet wybieranie mniejszego zła.

Człowiek jest więc narzędziem w ręku Boga. Narzędziem skomplikowanym, bo obdarzonym świadomością własnego istnienia i wolną wolą. To nie jest młotek, ani komputer. Człowieka nie wystarczy stworzyć, trzeba go jeszcze przekonać do działania w określonym kierunku. Jak to zrobić? Najlepiej zawrzeć z nim umowę. Coś za coś. Życie wieczne w zamian za określone postępowanie. Jest wielce prawdopodobne, iż taka umowa została zawarta pomiędzy Bogiem i pierwszymi ludźmi, a potem wielokrotnie przedłużana i potwierdzana z ich potomstwem. Także w formie pisemnej, bo czymże innym jest Dziesięć Przykazań. Właściwie należałoby mówić o siedmiu przykazaniach, bo trzy pierwsze są bez sensu i nie mogą pochodzić od Boga. Zresztą chrześcijanie najzwyczajniej w świecie wywalili trzecie przykazanie na śmietnik, w odróżnieniu od żydów i muzułmanów. Gdyby uczynili to także z dwoma pierwszymi, nic złego by się nie stało. No, ale w sumie jest to temat na zupełnie inne opowiadanie.

W tym momencie ważniejsze jest wyciągnięcie odpowiednich wniosków z przytoczonych powyżej rozważań. Jeżeli Bóg reprezentuje Dobro, to człowiek jest mu potrzebny jako sojusznik w walce z obiektywnie istniejącym i pierwotnym Złem. Złem, z którym Bóg w pojedynkę nie może się uporać. Bo nie jest wszechmogący.


sobota, 14 listopada 2009

Rewolucja 2012

Na rok 2012 przewidywane są przeróżne kataklizmy, zderzenie z kometą lub asteroidą, a nawet Koniec Świata. A więc, jak sądzę, moja skromna prognoza ogólnoświatowej rewolucji, to tylko "mały Pikuś" w porównaniu z tym, co wieszczą inni. W końcu porządnej rewolucji nie mieliśmy już tak dawno, że chyba najwyższy czas, żeby nadeszła. Już w tej chwili mamy sytuację przedrewolucyjną, na którą składają się:
- pogłębiający się rozziew pomiędzy aspiracjami większości ludzi, a możliwościami ich zaspokojenia
- brak perspektyw dla młodego pokolenia
- postępujące rozwarstwienie społeczeństwa, z którego 10% najbogatszych szybko pomnaża swe majątki, a pozostałe 90% traci, lub w najlepszym razie pozostaje na niezmienionym poziomie
- powszechne poczucie niesprawiedliwości
- powszechna korupcja
- kompletna demoralizacja klasy politycznej
- rosnąca nienawiść zwykłych ludzi do wszystkich polityków, od prawicy po lewicę
- przekonanie, że media kłamią
- światowy kryzys gospodarczy, który przez rządzące elity nie jest naprawiany, lecz pogłębiany

Mógłbym jeszcze wymieniać, ale chyba wystarczy. Doświadczenie uczy, że, aby wybuchła rewolucja nie jest potrzebna żadna organizacja spiskowa, ani długie przygotowania. Gniew ludu wybucha spontanicznie, a potem dopiero jakiś Bolek, czy Lolek przeskakuje przez płot i nadaje ruchowi jakieś formy organizacyjne. Przykładem takiej właśnie rewolucji jest rosyjska Rewolucja Lutowa 1917, kiedy to władza dosłownie leżała na ulicy przez dobrych kilka dni. Z tzw. Rewolucją Październikową było już zupełnie inaczej. Mała grupka łajdaków wspieranych przez niemiecki wywiad i finansowanych przez żydowski kapitał objęła przemocą władzę nad ogromnym krajem. Był to jednak zwykły zamach stanu, a nie żadna rewolucja.

Można próbować zgadywać, gdzie i kiedy to się zacznie. Moim zdaniem, nie tam, gdzie najbardziej pogorszył się poziom życia (Litwa, Łotwa, Węgry, Hiszpania), lecz tam, gdzie wystąpi największe rozczarowanie niespełnionymi obietnicami. Kiedy nawet dość tępy i ogłupiany przez dziesięciolecia naród zrozumie, że "Yes, we can" naprawdę znaczyło "Yes, we can steal your money". Ameryko, czekamy na ciebie! Na koniec gospodarki opartej o fiat money i koniec systemu politycznego polegającego na rządach złodziei w imieniu kretynów. Liczymy na to, że w 2012:

A na sznurkach zamiast gaci będa wisieć Demokraci,
Razem z nimi inne dranie, w tym także Republikanie.

środa, 11 listopada 2009

Kościuszko pod Maciejowicami

11 listopada 1918 roku nie wydarzyło się w Polsce nic nadzwyczajnego, a jednak przyjęliśmy 11.11. jako nasze święto narodowe. Mankamentem takiej daty jest zazwyczaj paskudna pogoda, plusem - łatwość zapamiętania. Myślę, że przy okazji kolejnej rocznicy odzyskania niepodległości przez Polskę warto zastanowić się nad tym, jaka data w naszej historii jest z kolei najbardziej tragiczna. Na pozór wydaje się, że 1 września 1939. Ja postawiłbym jednak na 10 października 1794 - dzień w którym odbyła się bitwa pod Maciejowicami. Konsekwencje wydarzeń, jakie rozegrały się 10.10. 1794 (kolejna okrągła data) były dla Polski znacznie bardziej katastrofalne, niż skutki wrześniowej klęski w 1939. Sądzę, że warto przypomnieć tę bitwę nie tylko ze względu na jej fatalne skutki dla naszej państwowości, lecz także dlatego, iż była ona bardzo ciekawa pod względem taktycznym i wręcz niesamowicie dramatyczna.

Wczesną jesienią 1794 nic nie wskazywało, że niebawem na ponad wiek Polska straci niepodległość. Insurekcja Kościuszkowska okrzepła, a nawet wzmocniła się po odparciu Prusaków i Rosjan spod Warszawy. Sytuacja militarna była skomplikowana, ale wcale nie tragiczna. Na zachodzie powstanie rozszerzyło się na Wielkopolskę, a dywizja generała Jana Henryka Dąbrowskiego w pościgu za uchodzącymi Prusakami zajęła Bydgoszcz i Gniezno. Położenie na froncie wschodnim było gorsze. Padło Wilno, a od wschodu nadciągał korpus dowodzony przez najzdolniejszego rosyjskiego dowódcę wszech czasów, generała Aleksandra Suworowa. Drugi rosyjski korpus pod wodzą generała Iwana Fersena znajdował się ciągle na lewym brzegu Wisły na południe od Warszawy. W tej sytuacji Naczelnik Tadeusz Kościuszko zdecydował się podjąć ryzykowną wyprawę, której celem było zniszczenie korpusu Fersena, zanim Suworow nadciągnie z pomocą. Zagrożony Fersen przeprawił się na prawy brzeg Wisły, ale 9 października został pod Maciejowicami doścignięty przez wojska Kościuszki. Następny dzień miał przynieść decydujące rozstrzygnięcie.

Jakim dowódcą był Tadeusz Kościuszko, nasz sztandarowy bohater narodowy? Najwybitniejszy polski historyk wojskowości generał Marian Kukiel ocenia go bardzo wysoko. Przeanalizujmy pokrótce historię wojskowych dokonań Kościuszki, aby móc ocenić je obiektywnie. Zacząć należy od jego udziału w wojnie o niepodległość Stanów Zjednoczonych Ameryki, który przyniósł mu międzynarodowy rozgłos. Niewątpliwie jest to chwalebna karta w życiorysie Kościuszki, aczkolwiek zasłynął on za oceanem jako bardzo zdolny inżynier wojskowy i twórca fortyfikacji, a nie jako samodzielny dowódca w polu. W tym charakterze miał okazję wykazać się dopiero jako dowódca dywizji w czasie wojny polsko-rosyjskiej w 1792, w szczególności podczas bitwy pod Dubienką. Mając za przeciwnika wielokrotnie liczniejsze wojska rosyjskie pod dowództwem generała Kachowskiego, Kościuszko znakomicie wybrał pole bitwy ograniczone z jednej strony nurtem Bugu, a z drugiej granicą austriacką. Frontalne ataki Rosjan były odpierane z dużymi stratami. Kiedy jednak przeciwnik, gwałcąc granicę, obszedł polskie pozycje z flanki, w szeregach polskiej jazdy wybuchła panika. Kościuszko nie zdołał jej zapobiec i także zrejterował z pola walki. Bitwa zakończyła się wynikiem nierozstrzygniętym, ale co do postawy Kościuszki jako wodza można mieć spore wątpliwości.

Jako wódz naczelny Insurekcji Kościuszko walczył ze zmiennym szczęściem. Mało znacząca zwycięska potyczka pod Racławicami przeszła do historii i narodowej legendy dzięki brawurowemu atakowi chłopskich kosynierów na armaty. Kolejna bitwa, tym razem z Prusakami pod Szczekocinami zakończyła się dotkliwą porażką, a kosynierzy w większości wyginęli. Potem jednak Kościuszko spisał się wyśmienicie w roli obrońcy Warszawy przed połączonymi siłami rosyjsko-pruskimi. Reasumując, można powiedzieć, iż Kościuszko był wybitnym inżynierem wojskowym doskonale wypadającym w roli obrońcy umocnionych fortyfikacji, natomiast w polu brakowało mu czasami siły charakteru i opanowania, cech niezbędnych dobremu dowódcy.

Jego przeciwnik, generał Iwan Fersen pochodził z arystokratycznej rodziny kurlandzkich Niemców. W przeciwieństwie do wybitnie utalentowanego Suworowa, karierę wojskową zawdzięczał głównie szlachetnemu urodzeniu i koneksjom. Do chwili, kiedy los zetknął go z Kościuszką, niczym specjalnym się na polach bitew nie wyróżnił. Na pozór więc talenty wojskowe przemawiały wyraźnie za naszym naczelnym wodzem.

Dwunastotysięczny korpus Fersena zajmował rozległe błonia pomiędzy Maciejowicami i Kawęczynem mając za plecami w odległości kilku kilometrów Wisłę. Zawsze doskonale "czujący teren" Kościuszko zajął ze swoimi wojskami górujące nad okolicą wzgórze opodal miejscowości Podzamcze. Była to doskonała pozycja strategiczna, ponieważ zamykała Rosjanom drogę na północny wschód, czyli w kierunku korpusu Suworowa. Ukształtowanie terenu sprawiało, iż atak pod górę na wprost nie rokował powodzenia. Prawe polskie skrzydło było trudne do obejścia ze względu na bagnistą dolinę rzeczki Okrzejki. Dodatkowo na przedpolu znajdował się tam folwark, który Kościuszko kazał obsadzić silną załogą. Łatwiejszy dostęp do polskich pozycji był od strony lewego skrzydła, tam jednak polski wódz rozmieścił swoje najbardziej wartościowe oddziały, w tym doborowy 10 Regiment Pieszy Szefostwa Działyńskich.

Siły polskie liczyły tylko niecałe 7 tys. żołnierzy, a więc były prawie dwukrotnie mniejsze od rosyjskich. Kościuszko uważał jednak, że natchnięci patriotycznym duchem ochotnicy jako wojsko przedstawiają dużo większą wartość, niż przymusowo wcieleni w kamasze chłopi służący w armii rosyjskiej. Miał poza tym "asa w rękawie", a była nim czterotysięczna dywizja dowodzona przez Adama Ponińskiego, która znajdowała się w odległości ok. 40 km od Maciejowic. Plan Kościuszki zakładał stoczenie bitwy obronnej, która wykrwawiłaby atakujących silną pozycję Rosjan. W decydującym momencie na polu bitwy miała zjawić się dywizja Ponińskiego i przesądzić o polskim zwycięstwie. Kościuszko bardziej obawiał się przedwczesnego nadejścia odsieczy i wypłoszenia Rosjan, niż jakiegoś opóźnienia. Dlatego gońca z rozkazem wzywającym Ponińskiego pod Maciejowice wysłał dopiero o godzinie 2 w nocy. Jak zanotowali naoczni świadkowie, polski wódz był w przeddzień bitwy pewny zwycięstwa i w znakomitym nastroju. Niektórzy wspominają nawet, że Kościuszko był pijany, ale to chyba zwykła złośliwość.

Warto w tym momencie wybiec kilka, czy kilkanaście lat do przodu i wspomnieć, że fortel z dochodzącym w trakcie bitwy odwodem należał do ulubionych manewrów boga wojny Napoleona Bonaparte. Właśnie takie posunięcia przyniosły Napoleonowi wspaniałe zwycięstwa pod Marengo i Austerlitz. Trzeba jednak też zauważyć, iż nawet w przypadku tego genialnego wodza sprawdziło się powiedzenie: "do trzech razy sztuka". Pod Waterloo marszałek Grouchy nie dotarł w porę na pole bitwy i Napoleon poniósł decydującą klęske.

Pomimo posiadania znacznej przewagi liczebnej, sytuacja Iwana Fersena była nie do pozazdroszczenia. Odwrót na południe wzdłuż Wisły oddalał rosyjski korpus od wojsk Suworowa, narażał na pościg Polaków i stopniowy upadek ducha bojowego wśród żołnierzy. Pozostanie na miejscu na terenie pozbawionym zalet obronnych i z Wisłą za plecami również nie wróżyło nic dobrego. Kościuszko wzmocniony przez dywizje Ponińskiego i Sierakowskiego, a być może także przez posiłki wezwane z Warszawy zyskałby przewagę pozwalającą na rozbicie rosyjskiego korpusu. Pozostawał więc atak, a to, jak wiemy, oznaczało wciągnięcie Rosjan w pułapkę zastawioną przez Kościuszkę. Doświadczony rosyjski dowódca potrafił jednak znaleźć wyjście z trudnej sytuacji. Wyjście nieszablonowe i genialne w swojej prostocie.

Pod osłoną nocy Rosjanie przegrupowali swe siły i uderzyli na polskie pozycje już przed szóstą rano. Plan Kościuszki się nie zawalił, ale uległ daleko idącym komplikacjom. Kościuszko zakładał, iż Poniński dotrze pod Maciejowice ok. 14-15, a więc trzeba będzie wytrzymać atak rosyjski trwający jakieś 4-5 godzin. Teraz nagle okazało się, że z przeważającym liczebnie przeciwnikiem przyjdzie walczyć dwukrotnie dłużej. Zgodnie z przewidywaniami Kościuszki Rosjanie najpierw zaatakowali polskie lewe skrzydło. Odparci z dużymi stratami, skierowali następnie impet swojego natarcia na prawą część polskiego ugrupowania. Celne salwy rosyjskiej artylerii sprawiły, iż folwark stanął w płomieniach i polska załoga musiała go opuścić. Potem Rosjanie w zadziwiająco sprawny sposób sforsowali bagna Okrzejki i wyszli na tyły wojsk polskich. Nie sprawdziły się przypuszczenia odnośnie słabszego morale wojsk rosyjskich. Wszyscy świadkowie zgodnie potwierdzają, że pod Maciejowicami Rosjanie bili się wręcz znakomicie.

Około południa nadszedł krytyczny moment bitwy. Broniący się na wzgórzu Polacy byli prawie całkowicie okrążeni, a w szeregi wojska zaczynała wkradać się panika. W takich przełomowych momentach walk bardzo wiele zależy od dowódcy. Wspominany powyżej Napoleon potrafił w takich okolicznościach doskonale zmobilizować żołnierzy i poderwać do kontrataku. Pod Maciejowicami aż się prosiło o kontratak polskiej jazdy, która do tej pory nie wzięła aktywnego udziału w walce. Kościuszko rzeczywiście wsiadł na konia i stanął na czele jazdy. Ale nie po to, by kontratakować, lecz po to, by uciekać. Powtórzyła się sytuacja spod Dubienki, lecz tym razem z jakże tragicznymi konsekwencjami. Uciekająca polska jazda została rozbita przez kozaków, a ranny Kościuszko dostał się do niewoli. Pozostawiona bez dowodzenia piechota walczyła dzielnie jeszcze przez dwie godziny, lecz została w większości wybita przez silniejszego wroga. Dywizja Ponińskiego nadciągnęła około 15, lecz w pośpiechu wycofała się po skonstatowaniu faktu, iż bitwa została definitywnie przegrana.

Pozbawiona politycznego i wojskowego przywództwa Insurekcja nie stawiła już większego oporu zwycięskim Rosjanom. Polska została podzielona pomiędzy zaborców i wymazana z mapy na 124 lata. Do chwili, kiedy tragiczna data 10 października nie została przekreślona przez radosny dzień 11 listopada.


sobota, 10 października 2009

Poprawność ekonomiczna

Z poprawnością polityczną jesteśmy oswojeni. W amerykańskim filmie (innych prawie nie pokazują) szefem musi być Murzyn. Ewentualnie szefem może być kobieta, ale wtedy Murzyn musi być naukowcem, wybitnym lekarzem, genialnym hakerem, czyli jednym słowem gigantem intelektu. W Polsce perfekcyjnie poprawny politycznie jest Piotr Kraśko. Do tego stopnia, że podobno mają go wysłać do Sevres pod Paryżem w charakterze światowego wzorca poprawności politycznej. Na wypadek więc, że Kraśki może nam zabraknąć, pozwalam sobie przypomnieć, co jest, a co nie jest prawomyślne. A więc politycznie poprawne są: demokracja, USA, Unia Europejska, homoseksualizm, feminizm, własność prywatna, terroryzm państwowy, katolicyzm (w Polsce), służby specjalne i Kubuś Puchatek. Politycznie niepoprawne są: dyktatura, Iran, Białoruś, pedofilia, palenie papierosów, własność państwowa, terroryzm prywatny, katolicyzm (poza Polską), świńska grypa i hemoroidy.

Zostawmy żarty na boku i przyjrzyjmy się, czego uczą nas media w zakresie ekonomii. Co jest dobre, a co złe? Z niektórymi wskaźnikami sprawa jest prosta. Jeżeli rośnie produkcja lub PKB, jest to zjawisko pozytywne, jeżeli spada - negatywne. Wyjątkiem był tu profesor Leszek Balcerowicz, który uważał, iż, jeżeli gospodarka rośnie w tempie ponad 5% PKB, to należy ją schładzać. Chińczykom rosło średnio 10% przez 20 lat z rzędu i nie schładzali.

Analogicznie, jak PKB dziennikarze zajmujący się gospodarką i "niezależni eksperci" oceniają giełdę. Jeśli rośnie to dobrze, jeśli rośnie szybko (np. 50% rocznie) to wręcz wspaniale. Jak widać, postrzeganie takiego zjawiska jako ewidentnej bańki spekulacyjnej jest w złym guście.

Podobnie jest z kursem złotego. Jeśli spada, zaczyna się lament nad tymi, co pobrali kredyty we frankach szwajcarskich. Jeśli rośnie, no to mamy prawie święto narodowe. Jakoś nikt nie pamięta, że dla pracowników firm produkujących na eksport to bardzo zła nowina. Mam wrażenie, iż politycy i dziennikarze telewizyjni oceniają kurs złotego pod kątem najbliższego urlopu, który planują spędzić na Seszelach. A przecież ogromny sukces gospodarczy Chin ma swe główne źródło w dumpingu walutowym. To dlatego możemy kupić chińskie skarpetki za 2 zł, a buty za 20 zł. To dlatego oni mają rekordowy wzrost gospodarczy i pewną pracę, a my silną (do niedawna) złotówkę i gołą dupę. No, ale co taka komunistyczna swołocz wie o ekonomii?

Dziwacznie jest z inflacją. Do niedawna była traktowana jak diabeł wcielony, którego należy tępić za wszelką cenę. Teraz nagle okazuje się, że inflacja to mały pikuś, a prawdziwie groźna jest deflacja. Ciekawe, że radykalna zmiana oficjalnej wykładni nastąpiła w obrębie tego samego kierunku w ekonomii tj. monetaryzmu.

Jeśli chodzi o ceny surowców, to jednolitej wykładni nie ma. W tej dziedzinie pozostawiano "niezależnym ekspertom" więcej niezależności. Prowadzi to do ciekawych, rzekłbym twórczych interpretacji. Jakiś czas temu na antenie TVN CNBC usłyszałem, że "niestety, ceny ropy naftowej spadają". Allah akbar! Czyżbyśmy się obudzili w drugim Kuwejcie, a ja tego nie zauważyłem?

Na koniec zostawiłem złoto. W Polsce media mało zajmują się tym tematem, ale za granicą i owszem. W USA spekulant skupujący złoto to niemal wróg publiczny. Swoją niepatriotyczną postawą podważa wiarygodność jedynie słusznej polityki prowadzonej przez FED i rząd prezydenta Obamy. Przez takich szkodników Ben Bernanke może nie zdążyć odebrać Nobla z ekonomii.

A ja jednak doradzam Wam zainwestować właśnie w złoto.

Krótki kurs kreatywnej statystyki

Kreatywną księgowość znamy od dawna. Nazwa stała się znana dzięki ENRONowi, ale same zjawisko rozpowszechniło sie w świecie o wiele wcześniej. Chyba już w starożytności fałszowano księgowość, a w średniowieczu to już na pewno. Tylko motywy się zmieniały na przestrzeni wieków. Zaniżanie zysku, aby nie zapłacić podatku ustąpiło miejsca zawyżaniu zysku, aby prezesi mogli sobie wypłacić bonusy. Zły przykład szedł z góry i dalej idzie. Najbardziej mataczą rządy. Minister Rostowski ogłosił na przyszły rok deficyt budżetowy w wysokości 52 mld zł, podczas gdy wszyscy wiedzą, że razem ze wszystkimi serwitutami będzie tego ze dwa razy tyle.

Kreatywna statystyka to zjawisko nowe i, można tak powiedzieć, rozwojowe. W dobie kryzysu propagandziści wszystkich krajów łączą się we wspólnym dziele ogłupiania społeczeństw i wmawiania im, że czarne to białe, że pies to kot, że bieda to dobrobyt. Także przy pomocy statystyki. W ostatnich miesiącach udało mi się wyłapać w mediach 3 metody statystycznych manipulacji.

1. Porównywanie nieporównywalnego

Powszechnie wiadomo, że ze względów klimatycznych niektóre wskaźniki, jak np. produkcja przemysłowa, PKB i bezrobocie różnią się dość istotnie w poszczególnych kwartałach. Dlatego zawsze porównywano je rok do roku, a nie kwartał do kwartału. W tym roku zrobiono wyjątek. Usilnie porównywano 2 kwartał do 1-go, żeby udowodnić, iż kryzys się skończył. Zgodnie z tak pojmowaną statystyką można będzie np. ogłosić, że zbiory zbóż wzrosły nam o 100% w 3 kwartale. W 4 kwartale z kolei wzrosną nam buraki cukrowe itd.

2. Metoda "na korektę"

Kilka tygodni temu w Wiadomościach TVP redaktor Piotr Kraśko triumfalnie obwieścił koniec recesji w Europie w oparciu o właśnie opublikowane dane statystyczne. Wrażenie było piorunujące i porównywalne jedynie z końcem komunizmu ogłoszonym przez Joannę Szczepkowską w 1989 roku. Wczoraj okazało się, iż po korekcie PKB w strefie euro jednak spadło o 0,3 % kwartał do kwartału (rok do roku spadek o 4,8%). Ale te dane oczywiście nie zostały nagłośnione.

3. Metoda "na oczekiwania"

To już jest największa bezczelność. Niezależnie od tego, czy bezrobocie rośnie o 2 mln, czy PKB spada o 20%, i tak wynik jest zawsze lepszy od oczekiwań ekspertów.

Na pewno "eksperci" i "specjaliści" już pracują nad nowymi metodami. A w ostateczności mają jeszcze w zanadrzu metodę "na chama", czyli kłamstwo w żywe oczy.

piątek, 9 października 2009

Rasistowski Nobel

Ze 30 lat temu byłem rasistą. Potem poznałem pierwszego Murzyna, drugiego, trzeciego i stopniowo mi przeszło. Murzyni nie są gorsi, są inni. Są bardzo dobrzy w biegach, koszykówce, czy boksie, za to beznadziejni w pływaniu lub podnoszeniu ciężarów. Statystycznie ustępują inteligencją białej rasie, posiadają jednak w zamian inne zalety. Mam wrażenie, że odsetek sk....synów wśród czarnych jest wyraźnie niższy, niż wśród białych.

Następnie przyszły kilkakrotne podróże do Afryki, które pogłębiły moją sympatię do ludzi o ciemnym kolorze skóry. Biali ludzie wyrządzili Afrykanom ogrom krzywd i krzywdzą ich w dalszym ciągu. Chociażby przez nierównoprawną wymianę handlową. Afryka ma tak doskonałe warunki do hodowli bydła, że mogłaby zaopatrzyć w wołowinę cały świat. Gdyby znieść protekcjonizm, to kilo wołowiny w naszych sklepach kosztowałoby nie 30, a 5 zł. My jednak mamy Wspólną Politykę Rolną i zamiast dać szansę biednemu pasterzowi z Afryki, sponsorujemy francuskiego obszarnika zatrudniającego wschodnioeuropejskich parobków.

Miało jednak być nie o bydle, a o nagrodzie Nobla. Pokojowy Nobel dla Baracka Obamy, to kpina w żywe oczy. Cóż takiego uczynił obecny prezydent USA dla pokoju? To, że zwiększył kontyngent wojskowy w Afganistanie i masakruje Bogu ducha winnych afgańskich wieśniaków? A może to, że wbrew obietnicom, nie zamknął haniebnego gułagu w Guantanamo? Dokonania Baracka Obamy w dziedzinie walki o pokój nie są nawet zerowe. Są ujemne. Dostał nagrodę Nobla tylko i wyłącznie za względu na kolor skóry. W XXI wieku zatriumfował rasizm. I tak od Nobla powracamy znowu do bydła. Ci, co dali Obamie pokojową nagrodę to bydlęta do kwadratu.



sobota, 3 października 2009

Kryzys - Polska na tle innych

"Jesteśmy wyspą stabilizacji na oceanie kryzysu", "Kryzys tylko nas musnął", "Giełda pójdzie w górę, a złoty będzie sie umacniać", "Polska gospodarka ma zdrowe fundamenty" - takie i podobne opinie możemy usłyszeć z ust tzw. "niezależnych ekspertów". Tych samych, którzy latem ubiegłego roku przewidywali kurs 3 zł/EUR na koniec 2008. Zamiast zakopać się ze wstydu pod ziemię, nadal powtarzają swoje zaklęcia i, co gorsza, znajdują posłuch wśród wielu naiwnych.

Jak jest naprawdę? Czy faktycznie nie mamy się czego obawiać? Zacznijmy analizę od odpowiedzi na pytanie, dlaczego rzeczywiście jesteśmy jedynym krajem Europy, który odnotował wzrost PKB w I półroczu 2009. Stało się tak tylko i wyłącznie za sprawą drastycznego spadku kursu złotówki, który zadziałał na naszą gospodarkę, jak poduszka powietrzna. Czy była w tym jakakolwiek zasługa rządzących? Absolutnie nie. Ile to było narzekań premiera Tuska i ministra Rostowskiego na początku roku, że Słowacy zdążyli do euro przed kryzysem, a my nie. Teraz widać, jaką cenę przyszło zapłacić Słowacji za wysunięcie się przed szereg. Nic się tam nie opłaca produkować, bo wszystko można taniej kupić w Polsce lub innych krajach ościennych. Inna sprawa, że kurs złotego w ostatnich miesiącach wyraźnie wzrósł, co jest dobrodziejstwem dla Słowaków, a nam przysporzy kłopotów.

Przyjrzyjmy się tym rzekomo zdrowym fundamentom polskiej gospodarki. PKB rośnie u nas od wielu lat w tempie dużo wyższym, niż np. w zachodniej Europie. Jeszcze w drugiej połowie lat 90-ych ubiegłego wieku oceniano, że PKB na głowę statystycznego Polaka wynosi ok. 30% PKB przypadającego na jednego Niemca. Teraz mamy już ponad 50 % i dalej się zbliżamy (u nas minimalny wzrost, ale u nich głęboki spadek). Na tej podstawie niedawno jakiś mądrala prorokował, że za 15 lat nie tylko dogonimy, ale prześcigniemy Niemców. Wolno z plackiem, panowie! W 1962 roku Nikita Siergiejewicz Chruszczow ogłosił światu, że do 1980 ZSRR przegoni USA. Też miał podstawy, by tak twierdzić. ZSRR rozwijał się wówczas w szybkim tempie, a Gagarin jako pierwszy człowiek poleciał w kosmos. Jak wiemy, gówno z tego wyszło. Skoro przez 1000 lat naszej historii zawsze byliśmy w tyle za Niemcami, to nie łudźmy się, że właśnie teraz jesteśmy w punkcie zwrotnym.

PKB to (wg Wikipedii) zagregowana wartość dóbr i usług finalnych wytworzonych na terenie danego kraju w określonej jednostce czasu (np. w ciągu roku). PKB Polski to suma dóbr i usług wytworzonych na terytorium Polski. Ale przez kogo i dla kogo? Czyją własnością jest większość dużych firm produkcyjnych, banków, hipermarketów w Polsce? Do kogo należy np. "polska" telekomunikacja? Dokąd płyną zyski? Da liegt der Hund begraben! Kiełbasa przegoniła, PKB się przybliżyło, ale my jesteśmy tam, gdzie byliśmy. Poziom życia przeciętnego Polaka to nadal 30% poziomu życia Niemca. No, niech będzie 35%, jeśli uwzględnimy dochody 2-3 milionów Polaków pracujących na Zachodzie.

Przejdźmy teraz do długu publicznego. W Polsce wynosi on ponad 630 mld zł, co stanowi ok. 50% PKB. Na pozór to nie jest dużo w porównaniu z innymi. W Japonii zadłużenie sięga 200% PKB, w USA blisko 90%, we Włoszech 110%, w Niemczech 75%. Diabeł jednak tkwi w szczegółach. Tempo wzrostu zadłużenia jest u nas jednym z najwyższych na świecie. My po prostu później wystartowaliśmy od innych. Zadłużenie "gierkowskie" nam w dużym stopniu umorzono, a potem łataliśmy dziury w budżecie prywatyzacją. Ale teraz, gdy nie ma już czego prywatyzować, dziura budżetowa rośnie z roku na rok, pomimo "zamiatania śmieci pod dywan". Jako kraj mniej wiarygodny niż np. USA i Japonia musieliśmy i musimy zadłużać się na znacznie wyższy procent. A więc obsługa jednostki długu kosztuje nas kilkakrotnie więcej niż np. Japończyków. Sytuacja Polski jest daleko gorsza, aniżeli wynikałoby to tylko z poziomu zadłużenia.

Istotne jest to, kto u kogo jest zadłużony. Olbrzymi dług publiczny Japonii to prawie wyłącznie zadłużenie wewnętrzne. Innymi słowy, biedniejsi Japończycy są zadłużeni u bogatszych Japończyków za pośrednictwem państwa. Duża część zadłużenia USA ma swe źródła za granicą, a największymi zagranicznymi wierzycielami są Chiny i Japonia. Do niedawna dług publiczny był tam jednak kompensowany przez prywatny amerykański kapitał, posiadający wierzytelności w wielu innych krajach. Jeżeli zbilansujemy długi i wierztelności w poszczególnych krajach zarówno publiczne, jak i prywatne, to otrzymamy globalny łańcuszek kredytowy. Można to zrobić oczywiście jedynie w przybliżeniu, ze względu na brak oficjalnych statystyk. Tak, czy owak na jednym biegunie zobaczymy Chiny, Japonię i kraje naftowe, w środku bogate kraje Zachodu (USA na minusie, Niemcy na plusie), a na drugim biegunie biedne kraje Czarnej Afryki i Oceanii oraz kilkanaście "pseudotygrysów" od lat szprycowanych kredytowymi dopalaczami. Niestety, wśród nich także Polskę, dla której światowe delewarowanie kredytu może być wyjątkowo bolesne.

Warto zwrócić uwagę także na inne aspekty sytuacji ekonomicznej Polski. Jednym z nich jest poziom rezerw walutowych przekraczający 60 mld USD. Jest to stosunkowo dużo, zważywszy, że większa i bogatsza Hiszpania ma tyko niecałe 40 mld USD, a Niemcy (gospodarka 5-krotnie większa od polskiej) - 140 mld USD. Z drugiej strony sens utrzymywania tak dużych rezerw wydaje się dość problematyczny. Sprzedając obligacje w złotych na wyższy procent i utrzymując rezerwy w dewizach na niższy, Skarb Państwa traci rocznie jakieś 5-7 mld zł.

Innym istotnym wskaźnikiem jest poziom rezerw złota (wchodzących w skład rezerw walutowych). Tu z kolei poziom 103 t złota wydaje się bardzo niski. Niemcy mają 3400 ton złota, Szwajcaria ponad 1000 t, Portugalia - 380 t, Liban - 280 t (ale Kanada tylko 3,5 t). W wypadku światowego kryzysu inflacyjnego (którego nie można wykluczyć za kilka lat) i utraty roli światowej waluty przez dolara możemy się obudzić z ręką w nocniku tj. ze stertą zdewaluowanych papierków i bez rzeczywistego zabezpieczenia, jakim jest złoto.

Jak by na to nie patrzeć, od sterników naszej gospodarki w najbliższych latach bedzie zależało niewiele. Sytuacja w Polsce będzie pochodną sytuacji w USA i EU. A tam, póki co, nie dzieje się nic dobrego. Rządy walczą ze skutkami kryzysu, lecz ignorują jego przyczynę. Jest nią globalny dług publiczny narastający lawinowo w niekontrolowany sposób, a wywołany przez klasę pasożytniczą (sektor finansowy + elity polityczne), o czym piszę w tekście "Cień Ludwika XVI".

Nie jest łatwo być prorokiem, jednak pokuszę się o prognozę dla polskiej gospodarki na rok 2010. Będzie to rok "średni". Znacznie gorszy, niż 2009, ale za to znacznie lepszy niż 2011.